środa, 25 marca 2015

Ukraina - Elektriczkami na Krym (2010)

Czytajac "Biała Goraczke" Hugo Badera spodobal mi sie fragment, ze marzeniem wszystkich radzieckich hipisow byla podroz elektriczkami z Moskwy do Wladywostoku i kazdy chcial przynajmniej raz w zyciu przebyc w taki sposob ta trase. Ile musialoby to trwac skoro normalny pociag jedzie ponad tydzien? czy byloby mozliwe do wykonania dla obcokrajowca? Dlatego pomysl podsuniety przez znajomego wydal mi sie idealny. Wariant blizszy, krotszy i latwiejszy- elektriczkami na Krym!!! :D Mi to się mniej spodobał, bo wiedziałem jak się skończy. Dobrze, żeśmy nie przywieźli ze sobą konopii i łodyg maku (niewiele brakowało – hippisi wracali zwykle z łupami). Buba od razu zaczyna swoje polowanie na „szerokie czapki” które zostało uwieńczone powodzeniem dopiero na Krymie … Ze Lwowa ruszamy wczesnym rankiem. Termometr dworcowy wskazuje 3 stopnie, wieje lodowaty wiatr a my czekamy na peronie na nasza pierwsza elektriczke. Wszystkie perony sa puste tylko na naszym kłebi sie dziki tłum. Przynajmniej tyle ludzi co kwiatków. Tak!! Naszymi wspolpasazerami beda cale kartony kolorowych bratkow, ktore z nieznanych nam przyczyn musza odbyc podroz na trasie Lwow- Tarnopol. A najgorsze, ze na trasie Wrocław-Lwów jedziemy polskim wagonem a nie ukrańskim - nie ma Lvivskiego za 3 złote!. I jakby ciaśniej ...



Elektriczka podjezdza oczywiscie najkrotsza z mozliwych.., wiec gdy ja juz widac na horyzoncie, ludzko -kwiatkowy tlum zaczyna obierac dogodne pozycje, by gdy pociag sie zatrzyma, z donosnymi okrzykami, tratujac wszytsko po drodze, ruszyc w kierunku drzwi. Trafiamy gdzies w srodek tlumu. Przestaje dotykac nogami peronu a fala unosi nas wraz z plecakami przed siebie. Aż się przypomiją studenckie wyjazdy do Wilkas … to wsiadanie przez okna zanim się pociąg zatrzyma i deptanie po kłębiącym się tłumie … Muszę jednak przyznać, że polscy studenci to łamagi i amatorzy jeśli chodzi o walke o miejsca w pociągu … Nigdy nie sądziłem, że dwie 70 letnie babcie – na oko po 40 kg + kwiatki - są w stanie mnie odepchnąć na bok :) W końcu miałem tylko trzykrotną przewagę masy ;) Jednak nie przegralismy w tej walce- mamy miejsca siedzace a plecaki stoja na ziemi a nie na naszych kolanach. W Tarnopolu okazuje sie ze internetowy rozklad nie klamal- faktycznie jest jedna dziennie elektriczka do Wołoczynska i juz pojechala.. Szukajac dworca autobusowego dajemy sie naciagnac taksowkarzowi, ktory nam wmawia ze dworzec jest daleko a ostatni autobus na Wołoczynsk odjezdza za pol godziny. Widzimy ze cos jest nie tak jak koles zaczyna nas wozic w kolko po miescie malymi uliczkami, coby wydawalo sie ze jest daleko..A na koniec domaga sie dwa razy wiekszej oplaty niz sie umawialismy na poczatku! i nie chce nam oddac plecakow z bagaznika jesli mu nie zaplacimy! Na szczescie madry toperz mowi ze kase mamy w plecakach, wiec musimy je wyjac. Jako ze koles nie dostal tyle kasy co chcial, zegnaja nas rozne klatwy i wyzwiska.. Na szczescie pozostaje to jedynym niesympatycznym wydarzeniem na tym wyjezdzie. A taksiarz był na tyle dobrym aktorem, że do teraz nie mamy pewności czy się nie dogadaliśmy co do ceny czy nas wkręcał … Jeden wniosek do którego doszliśmy – nie ufać młodym – bo dla nich to tylko kasa się liczy. Jakoś tak śmiesznie jest, że tacy co jeszcze wspominają z łezką w oku sajuza (czytaj 40+) jak się umówią – to nie zawalą. A z młodymi to róźnie bywa ... W Wołoczynsku mamy ze dwie godziny na powloczenie sie po miescie,


odwiedzenie knajpek a nastepna elektriczka zawozi nas do Chmielnickiego gdzie nocujemy w dworcowych "kimnatach widpoczynku"

Rano jedziemy do Żmerinki. Na tej trasie przekraczamy chyba jakas niewidzialna granice- od tego momentu praktycznie wszyscy spotykani przez nas ludzie mowia glownie po rosyjsku, ukrainski slyszy sie coraz rzadziej (glownie w dworcowych megafonach). Najzabawniejsze jest to jak języki przeplatają się. Czasem dwóch ludzi rozmawia ze sobą tylko jeden pyta po ukraińsku a drugi odpowiada wyłącznie po rusku - i świetnie się rozumieją. Nikogo także nie dziwi, że dwa warianty cyrylicy przeplatają się z alfabetem łacińskim ... W Żmerince na peronie mamy totalny "full wypas". Grzejemy sie w sloneczku, gdy wjezdzaja dwa dalekobiezne pociagi : Moskwa-Odessa, i Kiszyniow-Moskwa a wokol pojawiaja sie stada handlujacych babuszek: wareniki, pierozki, z kapusta, z kartoszka, miesem, watrobka, powidlem, piwo, herbata, cukierki, suszone ryby, ogorki. Doslownie wszytsko, "czym chata bogata" :) Babuszki grupuja sie przy drzwiach pociagow, a my ku ich ogromnemu zdziwieniu atakujemy je od tylu, od strony peronow. Wiec mamy pierwszenstwo do najlepszych smakolykow :) kolejne godziny mijaja na peronie w milej atmosferze, czekajac na nastepne pociagi, z wypchana buzia, zlocistym napojem pod reka i przygladajac sie lokalnemu zyciu. Z powidłem był tylko jeden!! Uwaga: nie mylić pierożków z warenikami – nazwy są mylące! Bubę tak „wzięła” atmosfera, że nawet zjadła pierożka z ziemniakami i grochem i tego nie odchorowala ;)




Kolejna elektriczka wiezie nas do Kozjatyna. Ogladamy tu polecony przez kunka dworzec "dla koneserow" ktory rzeczywiscie robi wrazenie.


Niby nie planowalismy tu noclegu ale łażąc po peronie napotykam napis "kimnaty widpoczynku". Na pierwszy rzut oka wydaja sie opuszczone- pordzewiala tablica, zepsuty dzwonek, dlugi ciemny korytarz, skrzypiace drzwi i schody na kolejne pietra, krata, przycmione swiatlo, puste pokoje z dywanami na scianach i pusty pokoj z napisem "administracja" gdzie spod biurka ucieka przestraszony kot.



Ale rozrzucone papiery i cennik usług na kartce z zeszytu na scianie sugeruje ze ludzie tu bywaja. Nie no, my tu musimy zanocowac!!!!! :))) Wyruszam wiec na poszukiwanie kogos mogacego nas zakwaterowac. Po dlugich i mozolnych poszukiwaniach, oraz pomocy pani z kibelka, z baru i z kolejowej informacji, udaje sie odnalezc odpowiednia osobe. Babka , okazuje sie, ma maly problem z wpisaniem naszych danych w odpowiednie arkusze- ponoć rzadko bywaja tu turysci , ktorych paszporty sa wypisane "tak nieczytelnymi literami". Ale wspolnie udaje sie jakos wypelnic wszystkie niezbedne rubryki, choc brak w naszych paszportach punktu "otczestwo" powoduje duze zaklopotanie , podejrzliwosc i dlugo trzeba tlumaczyc ze nasze paszporty, mimo "niekompletnosci" danych osobowych , sa jednak wazne. Naturalne by było, żeby pani papier do wypisania dała Bubie. Z 5 miejsc gdzie był problem z danymi z naszych paszportów pani z okienka tylko raz się na to zdecydowala … Ciekawa sprawa ale na Ukranie bardzo dużo osób odczuwa potrzebę udowodnienia iż są niezbędnymi – nawet jeśli nikt tego nie poddaje w wątpliwość. Wypisywanie to ich zadanie (przywilej?), więc wypiszą. I tak się potem kończy z nazwiskiem Oława … BTW. Pierwszy raz podczas tego wyjazdu widzialem kibelek na dworcu gdzie były dwie panie do obsługi – jedna sprzedawała bilety a druga pilnowała, żeby wszyscy po zapłacanie przechodzili prawidłowo przez obrotową bramkę. Popoludnie spedzamy pijac piwo, łażąc po miasteczku,gdzie mamy okazje ogladac: miejskie studnie

anteny wystepujace stadami


przenosne mini stodoly

czy lokalne zaklady mechaniczne naprawiajace gaźniki i nie tylko


wieczorem w dworcowym pokoiku zjadamy nasza rybke wedzona,


a do snu graja nam dworcowe megafony i swisty nocnych pociagow. Kolejna elektriczka wiezie nas do Fastowa. Poznajemy w niej Igora, chlopaka z Berdyczowa , ktory obecnie jezdzi do pracy w Kijowie. Zagaduje nas z racji na wielkie plecaki. Jest zachwycony pomyslem elektriczkowej drogi na Krym, opowiada nam o swoim zyciu, oraz twierdzi, ze jak tylko mu dzieciaki podrosna to tez wyruszy w jakas daleka podroz (a przynajmniej przedyskutuje ten pomysl z zona ;-) ). Tymczasem obiecuje trzymac kciuki za powodzenie wyprawy, za dobra pogoda i zebysmy spotykali na swej drodze jedynie samych sympatycznych ludzi. Na Ukranie to mężczyźni są ... barwni. Jak chcesz poguliat to tylko do faceta. Jak potrzebna konkretna informacja lub pomoc – tylko do babki. Najzabawniejsze są te niepewne miny facetów jak przyprowadzają gości do siebie. Przed chwila cały świat byli gotowi zawojować, ale tu żeńka … niby można dać w pysk jak dojdzie do ostateczności, ale na dłuższą metę to się nie opłaci ... W Fastowie mozemy obserwowac zwyciestwo techniki i cywilizacji nad zdrowym rozsadkiem- na peronach zamontowali bramki.


Podrozny aby wejsc/wyjsc na peron musi wlozyc swoj bilet z kodem kreskowym w odpowiednia dziurke, wtedy zapala sie swiatelko, bramka sie otwiera- jest pieknie , milo, bezpiecznie i nowoczesnie. Jednak w 3/4 przypadkow z niewiadomych przyczyn bramka sie nie otwiera, a ludzie sie spiesza na swoje pociagi. Wiec babuszki przepelzaja na czworakach pod bramkami ciagnac za soba worki cebuli, rowery i wozki sa przenoszone nad bramkami, kwicza dzieci zbyt mocno przycisniete przez tlum do poreczy.. Mnie udaje sie wtopic w tlum- moja bramka rowniez sie nie otwiera. W koncu udaje nam sie pokonac te zapory, gdy megafony informuja ze nasz pociag odjedzie dzis z innego peronu niz zwykle wiec cala nasza przygode z bramkami trzeba powtarzac od poczatku ;) Te bramki na Ukranie spotkaliśmy kilkakrotnie. Dla mnie jest to piekny przykład „cargo culting-u” (tj. powtarzanie zaobserwowanych działań z kompletnym brakiem zrozumienia ich prawwdziwego znaczenia. W czasie II WŚ niektóre wyspy pacyfiku były wykorzystywane jako wysunięte bazy. Co się z tym wiązało miejscowi otrzymywali piękne podarki i jedzenie od „boskich ptaków” które tam lądowały. Po wojnie bazy zostały opuszczone a miejscowi zaczeli budować swoje „lotniska” , słomiane samoloty a nawet biegać z chorągiewkami w celu ponownego przywabienia latających posłańców … warto pogooglać, robi wrażenie ;)). Ukraińskie bramki to to samo … Wszyscy (?!) się cieszą, że mają nareszcie nowocześnie tylko do obsługi wejścia na peron zamiast 1-2 osób potrzebnych do sprawdzania biletów są potrzebne co najmniej 3. A pociag podjeżdża i tak gdzie indziej ... W Mironiwce czekamy na nocny pociag do Zaporoza.




W Zaporozu jestesmy przed 5 rano. Probujemy sie dostac do "komnat oddycha" ale pani mowi ze teraz rano to ona nic nie wie, czy sa miejsca, chyba nie ma, ale zebysmy przyszli i zapytali o 8. Zamiast czekac na dworcu 3 godziny, wyruszamy na poszukiwanie polecanego nam hotelu "Teatralnyj" - ktory jak sie okazuje, niestety podzielil losy odeskiego "Spartaka" i berezanskiej "Zlotej Lipy" :( Po drodze spotykamy Sieroże, ktory chce z nami pogadac, napic sie, wszedzie nas zaprowadzic i pokazac nam miasto

Gada bez przerwy, polowe ciezko zrozumiec, jest okropnie namolny , twierdzi ze nie pojdzie dzis do pracy aby sie z nami bratac. W koncu ,po dlugich negocjacjach, kilkakrotnym zegnaniu sie i wracaniu, udaje nam sie go przekonac ze praca jest wazna a my idziemy sobie na dworzec i sie zegnamy na dobre. Uffff! Jako ze nadeszla 8 zostawiam toperza z bagazami na dworcu i ide do "komnat oddycha". Babki mowia mi "czekac". Czekac to czekac- wiele razy slyszalam ze podroze na wschod ucza cierpliwosci, siadam sobie wiec grzecznie na schodkach i obserwuje krzatanine wokolo. Przede mna czeka jakis facet w garniturze z walizka na kolkach , ktory jest jakis strasznie nerwowy i malo nie wychodzi z siebie ze musi chwileczke poczekac. Obsluga natomiast spokojnie sprzata pokoje. Jedna babka znosi ze schodow ogromny kosz brudnej poscieli, widac ze jej zaraz upadnie wiec prosi tego faceta o pomoc. On natomiast prawie wrzeszczy ze przyjechal tu do hotelu a nie pomagac w porzadkach i żąda aby go natychmiast zakwaterowali. Rzucam sie w strone kosza i pomagam go zaniesc babce do piwnicy. Potem proponuje pomoc w sprzataniu pokoi. Zatem one przewlekaja posciel, ja zmywam podlogi i gawedzimy sobie o narwanych i niekulturalnych gosciach, ktorych mialy one okazje spotkac w swojej pracy w hotelu, a ja w aptece. Po jakis 20 minutach babki udaja sie do recepcji w celu zakwaterowania nowych podroznych. Facet w garniturku jest juz purpurowy i bulgocze. Nie wiem jak nazwac kolor ktory osiaga gdy babki mu mowia ze miejsc noclegowych jednak brak- "diewuszka pomagala, diewuszka bedzie spala". Nie pomagaja stwierdzenia ze "on rezerwowal 3 dni temu". Panie mowia ze "diewuszka rezerwowala 4 dni temu" ;) Jeszcze przez chwile slychac oddalajace sie przeklenstwa i na koniec wielkie łup! drzwiami. My natomiast dostajemy w nagrode najlepszy pokoj- z lazienka, telewizorem, lodowka i klimatyzacja. I ze znizka 70 hrywni bo "diewuszka odpracowala". Hurra! moje pierwsze 70 hrywni zarobione na Ukrainie! :) niby nie duzo, ale biorac pod uwage 20 min pracy to stawke godzinowa mam duzo lepsza niz w Polsce ;) Ruszamy wiec na zwiedzanie miasta, w ktorym prawie wszystko ma jednego patrona. Imie Lenina nosi tu: prospekt, pomnik, plac, port, wyspa, galeria artystyczna i ogromna tama. Az naprawde przypomina sie dowcip o konserwie ;)


Schodzimy na plaze nad Dnieprem,


Łazimy po wielkiej tamie, ktora pod jakims wzgledem zajmowala w ZSRR jakies "naj", nie wiem czy najszersza, najdluzsza, najwiecej wody spiętrza czy zbudowana w najdurniejszy sposob... A ponieważ Buba z upodobaniem robi zdjęcia wszystkim napotkanym radarom, bunkrom, dworcom, tamom, elektrowniom (ze szczególnym uwzględnieniem konstruktu i wieżyczek strażniczych) ja się zaczynam zastanawiać, kiedy się nami zainteresują jacyś smutni panowie. Bajka o tym, że „jedziemy na Krym” nie zawsze brzmi wiarygodnie. ?



Taaak.. wlasnie gdzies tu powinny byc porohy.. Surski, Strzelczy, Kniaży, Łochanny, Woronowa Zapora, Nienasytec.. Ale za sojuza zachcialo im sie splawnej rzeki i wszystko zniszczyli :( i teraz porohy mozna obejrzec jedynie na starych zdjeciach w muzeum kozackim na Chortycy. Tam wlasnie idziemy, samo muzeum nie powala na twarz, nawet koszulek z kozakiem i napisem Chortyca nie sprzedawali :( wiec ogladamy jeszcze jakis cepeliowski skansen w budowie


Wypijamy wyjatkowe piwo z widokiem na tame i rzeke. Dlaczego wyjatkowe? bo wyglalismy 5 hrywni - banknot siedzial zwiniety w korku :) Nie wydamy ich- bedziemy nosic na szczescie! i żałujemy, że nie wzięliśmy żadnej cegły Sienkiewicza bo dobrze by się to tutaj czytało.



Wracajac przechodzimy przez osiedle ktore mogloby wygrac w konkursie na najwieksza ilosc slupow wysokiego napiecia,


co miejscowi wykorzystuja m.in. do suszenia dywanow.

W Zaporozu przestaje sie zgadzac internetowy rozklad jazdy pociagow. Do Melitopola musimy jechac z przesiadka w Fedoriwce. Pociag jedzie wzdluz Dniepru. Poczatkowo sa to rozlewiska, bagna, starorzecza i wyspy pelne ptakow. Moze wlasnie tak wygladal "Czertomelik ze swoim labiryntem cieśnin, zatok, kołbani, wysp, skał, jarów i oczeretów". Niestety nie udalo mi sie zrobic zadnych zdjec, z racji na tlok i niesamowicie brudne szyby.. W koncu udaje mi sie przepchac i zajac taktyczna pozycje w drzwiach. Trasa dalej prowadzi wzdluz wybrzezy Kachowskiego Zalewu. Wiekszosc elektriczkowego tlumu jedzie na "rybałke" wiec my z toperzem sciagamy ciekawe spojrzenia z racji braku wędki, wiaderka czy krzeselka ;) Zalew chyba rzeczywiscie obfituje w ryby wszelakie bo prawie co 100m ktos siedzi z wedka wpatrujac sie w drugi brzeg zalewu zlewajacy sie z horyzontem. Co chwile pociag zatrzymuje sie na bezimiennych stacyjkach,

Rybacy wysiadaja zajmujac z gory upatrzone pozycje nad woda a pozostali pasazerowie wysiadaja aby zapalic i pogadac z rybakami. Postoje trwaja nieraz i po pol godziny, ale tutaj nikomu nigdzie sie nie spieszy. „Nie spieszy” to znaczy, że jak pociąg ma stać planowo 20 min to będzie stał 20, nawet jak ma już godzine „w plecy” :) Tak myślę, że tu by można nałowić ryb „po drodze” ...



Zapach fajkowego tytoniu i bezfiltrowych papierosow zlewa sie z zapachem ryb, wodorostow i kwitnacych sadow ktore gesto porastaja cale brzegi. Szum pluskajacej wody miesza sie z rozmowami , glownie na temat gatunkow ryb, mandatow za nielegalny połów czy wyzszosci wedki nad siecia lub odwrotnie.. Ta podroz moglaby trwac wiecznie!!! Oprocz wspanialej miejscowki z drzwiach pozyskuje jeszcze najlepszego pierozka na wyjezdzie- z kapusta i sosem pomidorowym :) Buba mi nie kupiła pierożka! Niestety wszystko ma swoj kres i w koncu docieramy do Melitopola. Tu oczywiscie rozkladem internetowym rowniez mozemy sobie d.. podetrzec- nie ma porannego pociagu do Dzankoj! Jest jeden, wieczorem.. Wiec nasz pomysl noclegu w tym miescie i wycieczki do Kamiennych Mogil bierze w łeb :( Pozostaje nam 7 godz oczekiwania na pociag, wiec zostawiamy bagaze w przechowalni i ruszamy na miasto. Włóczymy sie po knajpkach i chyba w trzeciej z kolei poznajemy Igora i Sieroże. Sierioża jest byłym taksówkarzem więc zna wszystkich. Faktycznie zna a nie tylko mówi, ze zna – bo tak mówią wszyscy miejscowi. BTW. Jak miejscowy mówi, że „on tu wszystkich zna i tu są źli ludzie ale on będzie bronił” to trzeba się rozejrzeć gdzie się ma siekierę. Na szczęście to nie ten przypadek... Sierioża i Igor pracują razem na jednej maszynie (w jakiejś fabryce?) i chyba właśnie przyszli się zrelaksować po robocie. Ponieważ nie jest to pierwsza knajpa gdzie się relaksują mamy pewien handicup. Oczywiście biorą nas za Czechów (na tej wyprawie byliśmy też Litwinami a Buba raz została Białorusinką … ciekawe, ale Polaków tu nie znają …). W czasie tej imprezy dowiadujemy się także nareszcie jak poprawnie rozebrać suszonego „byczka” (wcześniej sądziliśmy, że są raczej niejadalne ;) ). Odrywamy płetewke i ... Na poczatku chca pic tylko z toperzem, a Igor kupuje mi piwo bezalkoholowe (!) bo "diewuszki nie pija".. Na szczescie z czasem sytuacja sie normuje :)) Naturalne jest, że na imprezie pija faceci, a baby (tu: buba) mogą w najlepszym razie się przysłuchiwać i dyskretnie dbać o aprowizacje (tu: wódka i zagrycha). Poczyniłem małe fo pa rozlewając drugą kolejkę do 4, a nie 3 kubków... Ci innostrańcy … Drugim problemem z którym cięęęężko się pogodzić miejscowym jest to, że to Buba „nawija” trochę po rusku (ja coś tam rozumiem, ale musimy więcej wypić przed osiągnięciem porozumienia). Przy każdej wódce widzę tę konsternację jak nie wiedzą gdzie lać a gdzie gadać ;)

Igor jest wielkim fanem Wysockiego i puszcza nam w komorce rozne jego piosenki. Jest ogromnie zdziwiony ze znam na pamiec wiecej slow "Wierszyny" niz on ;) Nie jestem pewien czy Igor jest fanem Wysockiego bo lubi jego muzykę czy też dlatego, że to chyba 4 co do wielkości pomnik w mieście (po Diabelskim młynie, Armii Czerwonej i Puszkinie). Chlopaki postanawiaja nam pokazac maisto, a jako ze my protestujemy ze malo czasu do pociagu- wynajmuja taksowke. Pokazuja nam sady wisniowe , kwitnace w calym miescie, ponoc z tej racji Melitopol slynie na calej poludniowej Ukrainie z pysznego miodu.



Potem zabieraja nas do parku- dumy calego miasta. Niesamowicie przypomina mi on park w Chorzowie, tylko bez ZOO. Momentami az mi dziwnie, ze takie az podobienstwo. Zabieraja nas tez pod pomnik bohaterow - czolg z czerwona gwiazda na cokole, pamiatkowe tablice itp.


Igor ma bardzo powazne podejscie do takich spraw, nie pozwala siadac pod pomnikiem, gani za radosne usmiechy do zdjec czy glosne rozmowy. Za to Sieroża (wstydzac sie tylko troszeczke) opowiada nam na ucho jak to dawniej z chlopakami robili w tym czolgu imprezy z samogonem :) Ponoc da sie wejsc nawet do srodka - tylko klapa bardzo ciezka i policja moze zlapac ;) Miasto szczyci sie rozwniez pieknymi klombami pelnymi tulipanow. Lekko wciety Igor, ku mej rozpaczy, zrywa dla mnie tulipana w srodku miasta, wiec łaże z kwiatkiem w rece rozgladajac tylko wokol kiedy mnie zwinie jakis stroz porzadku za niszczenie zieleni... Tulipany faktycznie są piękne. Im jesteśmy bliżej Krymu tym więcej ich spotykamy. I to nie tylko na klombach – rowinież niespotykanych u nas „dzikich” pieknie pstrzących łąki … :) Jeśli wierzyć w opowiadanie (i nie wierzyć własnym oczom) to Melitopol to jest w ogóle perłą Europy - a Ukrainy w szczególności. Hasło „a co, u was takich nie ma” jest hasłem przewodnim naszej, skądinąd przemiłej, wycieczki. Grzecznie podziwiamy wszystko łącznie z młyńskim kołem i letnim lodowiskiem (od którego z trudem się migamy tłumacząc się brakiem czasu). Ostatnim elementem naszej wycieczki jest wspólna impreza w parczku pod dworcem, gdzie chłopaki, pomimo całej miłości do najpiękniejszego miasta Europy pustą flaszkę rzucają w krzaki ...

Cudem zdążamy na pociag i odjezdzamy do Dzankoj.

zdążamy bo przerywamy w połowie pożegnania. Buba jakoś nie wspomniała jaką atencją Igora się cieszyła ;) Niestety przez wiekszosc trasy jest juz ciemno, szkoda, zwlaszcza w momentach gdy pociag przejezdza przez rozlewiska nad Siwaszem. W Dzankoj spimy w dworcowych komnatach

Rano łazimy po niesamowicie zarosnietych i pelnych zieleni osiedlach, ze smutkiem wspominajac nasze osiedlowe popodcinane do granic mozliwiosci krzaczki, wykarczowane drzewa czy w najlepszym wypadku drzewa bez galęzi -zrobione na "palme" i wygolone trawniki.. Tu nikomu nie przeszkadza ze drzewo zacienia, wiosna kwitnie, a jesienia zrzuca liscie.. Nawet widac ze ludzie o nie dbaja- zabezpieczaja przed szkodnikami, podlewaja..

Czekajac na pociag wygrzewamy sie na opuszczonej bocznicy kolejowej przy jakis zakladach przemyslowych które to miejsce zajęliśmy dwóm laskom, które właśnie tam ciągnęły z kocykiem. HA!



Wieczorem dojezdzamy do Feodozji. Niestety elektriczki na Krymie maja sklady normalnej plackarty, co pociaga za soba obecnosc prowadnika, trudnosci w przepychaniu sie z plecakiem, mniej miejsca i zamykanie kibli na zupelnie irracjonalne na tych, wiejskich trasach- "sanitarne zony".

W Feodozji spimy w komnatach na dworcu. Podobnie ,jak w reklamujacym sie przy dworcu czterogwiazdkowych hotelu, my rowniez mamy pokoj z widokiem na morze :)

Wieczorem łazimy po deptaku

oraz kupujemy fajne kroliczki, których tylko nijak nie umiemy nadmuchac :( bez skojarzeń!!!!!


A rano idziemy zwiedzac twierdze. Z poczatku wyobrazalam sobie ją jak twierdze w Sudaku- turysci, bilety, kasy.. A tu oprocz nas i starych murow towarzysza nam tylko kury, gesi, kozy, spiew ptakow i odurzajacy zapach ziol :)





Po drodze sa tez typowe pomniki


Kolejny pociag wiezie nas do Władysławowki gdzie zaopatrujemy sie u babuszki w smietane, ser, zielenine i miod :) Wogole przy stacji jest sympatyczny handelek. Ale bedzie wyzerka!!





Trasa Wladyslawowka -Kercz wiedzie glownie przez step, trawa, trawa i tylko gdzieniegdzie malutka wioseczka. … i gdzieś na tym etapie skończyła mi się książeczka ...



Do Kercza docieramy wieczorem. Nie mamy pojecia na ktora stacje- na mapie mam ich sporo znaczonych: Kercz Miczurino, Kercz Zawod, Kercz Port, pł. 8km, pł.94km, pł.97km, pł 99km, pł.101km.. Pytamy prowadnika a on tylko robi zdumione oczy- "przeciez stacja Kercz jest tylko jedna". Wysiadamy wiec na jakims zadupiu, ciemno, nie bardzo jest kogo spytac o droge. Taksowkarze i busiarze mowia nam ze do centrum jest bardzo daleko i najlepiej podjechac (taaaaa...znamy takich...) wiec prosimy ich tylko o wskazanie kierunku upierajac sie ze idziemy pieszo. Po polgodzinnym spacerze dochodzimy do tego ze jednak mieli racje- jest daleko.. Mijamy jakies zaklady, parki, osiedla.. W koncu odnajdujemy polecany na forum hotelik "Lazurnyj".

Obsluga jest niesamowicie zdumiona ze za podobna oplata wybieramy ten bardziej odrapany pokoj, a nie nowo odremontowany, cuchnacy swieza farba, ktory jest chyba duma calego hotelu. W tym przynajmniej mozemy bez obaw postawic usmolone plecaki pod sciana, wejsc w zabloconych butach, rozlozyc sie z zarciem czy zrobic i rozwiesic ,upragnione od ponad tygodnia, pranie :) apropos prania … regulamin na scianie - tj. nie grzać na butli nie prać - znaleźliśmy pózniej … ;)

to białe w słoiku to śmietana … „łyżka stoi” to nie jest przenośnia ;)

komplet zdjec z naszej drogi na Krym: http://picasaweb.google.com/uchate.paciatko/201004_elektriczkami_na_krym#

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz