wtorek, 6 grudnia 2016

Czas nie goni nas cz.39 - Gruzja, na trasie przez Zestaponi, Kaszuri, Borżomi...

Z milych sielskich okolic wjezdzamy na obrzydliwie ruchliwa,przeładowana i nerwowa droge wschod-zachod, łączaca Kutaisi z Tbilisi, gdzie jedzie sie fatalnie.. A moze to my odwyklismy od takich miejsc włóczac sie krętymi, pylistymi traktami gdzie pierwszenstwo zawsze maja koty, kury i prosiaki? Przy drodze tej kwitnie handel, glownie sprzedaja slodkie chlebki pieczone na miejscu
Mozna tez zakupic gotujace sie w wielkich garach kukurydze.
To sie nazywa wolny rynek- chcesz to budujesz z kamieni przy drodze minigrila, rozpalasz ognicho, stawiasz gar i handlujesz! :) U nas wszyscy wyznawcy “europejskosci”- standardow, sterylnosci i porzadku zeszli by na zawał na sama mysl… Wyobrazam sobie takie stoiska np. przy drodze nr 94 Oława- Wrocław- ale by bylo fajnie!!! :D

Gdzies przy tej ruchliwej drodze jest tunel trasy alternatywnej. Wyglada jakby kiedys chcieli tedy puscic nitke glownej szosy ale potem sie plany odmienily. Tunel nie jest dlugi i jest praktycznie skonczony- swobodnie mozna by go pokonac nawet skodusia.
Na nocleg mamy dzis fajny plan (a przynajmniej tak nam sie poki co wydaje ;) ). Glowna droga przebija sie tunelem na wschod. Wjazd do tunelu...
Dawniej, gdy tunelu jeszcze nie bylo, droga wspinala sie na przełecz Rikoti. W lewo odbija zapomniana droga, ktora potem jakby wiaduktem przewala sie na prawa strone. Mozna wiec sie zmylic- bo z mapy wynika, ze trzeba skrecic w prawo. Teraz przelecz powinna byc spokojna, skoro caly zwariowany ruch idzie dołem. Wyobrazamy sobie widokowe, ciche miejsce idealne na nasz namiocik i ognicho wsrod gor.. W pewnym sensie nasze wizje nie byly pozbawione racji- jadac przez przelecz nie minelo nas zadne auto, motor, rower, fura- nic.. Tylko my i serpentynu calkiem dobrego asfaltu. Na pierwszy rzut oka przelecz nam sie nawet podoba. Ladne widoki i rozsiane budyneczki opuszczonych knajp. Jadlodajnie czy zajazdy staly sie niepotrzebne od kiedy ruch poszedl innym nurtem..
Chwile pozniej zaczynamy dostrzegac inne cechy tego miejsca. W jednej z opuszczonych knajp mam wrazenie jakby tu byli ludzie tylko wlasnie znikneli. Na stole stoi napoczeta flaszka, popiol w kominku jest jeszcze cieply. Pod sciana stoi jakas walizka.. Porzadne drzwi zamykane na skobel prowadza do pomieszczenia z pryczami na ktorych leżą koce. Nieopodal w lasku stoi bus. Z wybitymi szybami i lekko napoczetym silnikiem. Wygieta jakby łomem klapa lekko swiszcze na wietrze. Ale to nie jest wrak. Opony napompowane, ogolnie w dobrym stanie.. Nie stoi tu od dawna, nie nadgryzla go rdza. Stoi pod sosnami- a na masce czy szybach igliwia jest niewiele wiecej niz na skodusi, ktora przyjechala 10 minut temu! Mila atmosfera dzikiej przeleczy zaczyna sie powoli ulatniac.. A z kolejnymi odkryciami owo ulatnianie zaczyna nabierac predkosci… Wokol nas zaczynaja wloczyc sie psy. Sztuk chyba z 8. Psy sredniej wielkosci, nieagresywne, ale jakos coraz mniejsze kółka zaczynaja robic wokol skodusi. Wszystkie psy sa jakies chore i sparszywiale. Jeden ma niesamowicie krzywe przednie łapy- łukowato wygiete, pies nie idzie na łapach tylko na czyms co z zalozenia mialo byc piszczelem, a łapy zwisaja z boku. Drugi ma strasznie zaropiałe oko z jakims guzem, juz nawet ciezko stwierdzic gdzie jest oko a gdzie go nie ma... Trzeci ma liszaj na pol plecow, brak siersci i pękniecia skory az do kosci. Az dziwne, ze wogole zyje w takim stanie. Czwarty chodzi bokiem i wstrzasaja nim drgawki. W rowie lezy jakis pies, ktory chcialby dołączyc do pozostalych, ale nie bardzo moze bo przednia czesc psa chce isc a tylna postanawia dalej lezec i nie rusza sie z miejsca. Psa to widac irytuje bo probuje ciagnac za soba tylna czesc, ale jakos nie bardzo mu to wychodzi, wiec sprawa konczy sie tylko nieziemskim skowytem od ktorego az przebiega po plecach dreszcz.. Mysl o tym, ze za chwile zapadnie zmrok i wsrod ciemnosci znow uslyszymy taki dzwiek, nie nalezy do przyjemnych. Pomysł, ze te zwierzaki zaczna sie ocierac o namiot czy skodusie- rowniez. Kątem oka dostrzegam jakas przebiegajaca postac. Jakby ktos wybiegl z lasu i schowal sie za knajpami. Nieee.. Chyba musialo mi sie zdawac. Ja kątem oka nieraz widze rzeczy ktorych nie ma. Juz na tym etapie jestesmy zdecydowani jechac dalej i tu nie spac. Chcemy jeszcze tylko obejrzec dawna knajpe, taka stylizowana na swanska wieze obronna. Mimo, ze nie jest tam daleko podjezdzamy skodusia.
Za wieżą jest troche krzakow, jakies murki. Wcisniety pomiedzy krzaki i murki, scisle przytulony do wiezy stoi samochod. Mercedes, lokalne blachy, wylaczony silnik. Dokladnie widac, ze ten samochod nie jest zaparkowany- on jest schowany. Z drogi albo przechodzac obok nie ma szans go zobaczyc. W srodku ktos siedzi. Tak jakby za kierownica. Nie odwraca jednak glowy gdy wjechalismy za wieze. Musial slyszec silnik. Dalej twardo patrzy przed siebie tzn. w mur wiezy, ktory zaczyna sie kilka centymetrow przed maską. Znaczy udaje, ze go nie ma… Albo.. nie udaje… Nie wiem jakie predkosci skoda felicja jest w stanie osiagnac na wstecznym biegu- ale podejrzewam, ze calkiem spore! ;) Upewniwszy sie, ze mercedes- widmo za nami nie podąża, juz na spokojnie ale konsekwentnie oddalamy sie z owianej dosc szczegolna atmosfera przeleczy Rikoti.. Dziwne miejsce- jakby zapomniane, ale jakby nie przez wszystkich. Jak zwykle w takich momentach zaczynamy snuc rozne przypuszczenia i wkrecac sobie rozne rzeczy. A moze to jest dyzurne miejsce na zalatwianie roznych ciemnych interesow? Bo nadaloby sie calkiem niezle- porzadne zadaszone budynki gdzie mozna wygodnie siasc i pogadac. Swiadkow malo, spokoj.. Kto przy zdrowych zmyslach by sie tu pchal i po co? Przejazd dolem szybszy, krotszy a tu nic nie ma… Jakos nie mamy ochoty spac nigdzie w poblizu, wogole przy tej drodze, mimo ze przy serpentynach zjazdowych jest kilka sympatycznych polanek. Jakos mamy potrzebe znalezc sie daleko stad.. Wjezdzamy znow na ta glowna ruchliwa droge.. Przy takiej drodze zwykle miejsca biwakowe nie rosna jak grzyby po deszczu. A pora na biwak robi sie bardzo odpowiednia, slonce schowalo sie juz za olesione pasma gor.. Moze jakis hotelik bedzie przy drodze, jakis sympatyczny zajazd? Ciezko jednak rozgladac sie na boki, obserwowac, oceniac i podejmowac szybkie decyzje o hamowaniu i zjezdzie w bok gdy co chwile ma sie na zderzaku trąbiacego tira.. Bo to nie jest droga zeby sie rozgladac , to jest droga zeby zapierdalac z klapkami na oczach.. Mijamy Surami, Kaszuri, Borżomi.. Jakis zamek calkiem ładny mignal nam na tle miasteczka…
Ale nie zwiedzanie nam teraz w glowie.. Sciemnia sie, zaczyna lać.. Jestesmy strasznie zmeczeni. Kabak wyje.. Nie wiem jak to jest, ale malenstwo tak niesamowicie wyczuwa atmosfere chwili i nasze nastroje. Chocby nie wiem co sie nie dzialo, jak my jestesmy w dobrych humorach to i ona cieszy gębe i radosnie guga. Ale gdy tylko cos jest nie tak.. to ona musi dowalic jeszcze swoje od siebie.. Probuje ją nakarmic. Zawsze ladnie je w skodusi, rowniez w czasie jazdy. Oczywiscie nie dzisiaj. Nie chce jesc. Wypluwa cala kasze, wytrąca mi z reki miseczke.. jeszcze w taki sposob, ze udaje sie upaskudzic kaszą jej ubranko, fotelik, moje spodnie i caly tyl siedzenia kierowcy. My z toperzem nie jedlismy nic od sniadania. Jakos dopiero teraz sobie to uswiadamiamy, ze jestesmy tez wilczo glodni. Probuje tak na rozum zjesc ten slodki chlebek, ktory kupilismy przed tunelem. Ale jakos nie moge, kazdy kęs staje mi w gardle. Na dodatek znow boli mnie gardlo. Przeziebienie sprzed dwoch tygodni jednak nie ma ochoty mnie opuscic.. Chyba kazdy ma czasem w podrozy takie momenty, ze marzy o tym aby natychmiast znalezc sie w domu. By moc sie teleportowac i juz na zawsze wiesc spokojny los domatora. Ja zdecydowanie nieczesto mam takie momenty, ale teraz jest wlasnie jeden z nich..

Gdzies dobry kawalek za Borzomi zjezdzamy na lewo na blotnisty plac. Nie chcemy jechac juz dalej. Jeszcze tylko tego brakuje, zeby nam ktos teraz wjechal w tylek.. Poza tym szkoda tej drogi, ktora pamietam z okien marszrutki- byla piekna i ciekawa, a teraz tego zdecydowanie nie docenimy. Namiot stawiamy na przydroznym parkingu, gdzie unosi sie zapach miejskiego szaletu, a przejezdzajace auta, mimo ze sa daleko, oslepiaja nas reflektorami. Bo wlasnie tu jest zakret drogi a wszyscy oczywiscie walą na dlugich. Ale nam jest juz wszystko jedno. Toperz i kabak zasypiaja natychmiast. Ja nie moge zasnac. Wpadam w jakis dziwny stan, ze nie moge ani do konca zasnac ani sie obudzic. Takie pogranicze snu i jawy, przeplatane blyskami samochodowych swiatel. W koncu zasypiam, ale dręcza mnie koszmary. Takich upiornych snow chyba jeszcze nigdy nie mialam. W jednym z nich ide ulica podswietlona jakims seledynowym swiatlem. Co chwile odpada mi jakis kawalek ciała, to reka, to nos, to ucho, upada na asfalt i rozbryzguje sie jak szklo na tysiace kawalkow.. W drugim snie jestesmy wszyscy w trojke i wpadamy w jakas otchłan, w jakis jakby lej czy krater wulkanu. Toperz i kabak spadaja jednak szybciej i natychmiast nikna mi z oczu, nie moge ich dogonic.. Ja lece w ten dol jakos powoli i co chwile mijaja mnie inne spadajace postacie, glownie sa to dawno nie widziani znajomi… Az czasem mi dziwnie bo wrecz zapomnialam o ich istnieniu. Wiekszosc z nich cos do mnie mowi, ale nie slysze co, nie rozumiem slow, bo caly ten lej wypelnia szum… to chyba szumi rzeka Mtkvari, ktora plynie w dole, niedaleko za naszym namiotem..

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz