czwartek, 19 marca 2015

Sudety - Śladem wież i kamieniołomów(na trasie Nowa Ruda-Wałbrzych) (2014)

Na poczatku naszego wyjazdu spotyka nas niemiła i smutna niespodzianka- nasza ulubiona knajpa “Mozaika” w Nowej Rudzie jest zamknieta. Na drzwiach wisi kartka “nieczynne do odwolania”. W srodku porzadek, nakryte obrusami stoly. Tylko lada jest pusta, nie ma w niej zadnych zakąsek… Jakos nie wyglada to ani na urlop ani zeby splajtowala. Martwie sie bardzo czy cos sie nie stalo babci ktora ta knajpke od lat prowadzila? Ktos moze wie?? Suniemy wiec na nocleg ktory zaplanowalismy sobie kolo wiezy na Gorze Wszystkich Swietych, gdzie sa ponoc dwie nowe wiaty. Miejsce jednak zupelnie nie przystaje do naszych wspomnien z grudnia 2008. Zostala w pamieci opuszczona, zapomniana wieza i pustka.. Teraz teren robi wrazenie parku miejskiego. Sciezka od Koscielca spaceruje duzo ludzi. We wiacie przy wiezy siedzi okolo dwudziestoosobowa grupa w wieku licealnym. Obok stoja zaparkowane 4 auta. Przy autach stoi kilka glosnikow rozmiarow metr na poltora i wydobywa sie z nich glosne umck umck az wieza drzy w posadach. Z drugiej wiaty tez wydobywaja sie jakies kwiki obsciskiwanych panienek. Ze scian wiezy patrzy na nas zlowrogie oko kamery. Nic tu po nas…


Choc widoki ze szczytu wciaz sa bardzo ladne, zwlaszcza w tych promieniach chylacego sie ku zachodowi slonca…







Zarzadzamy przyspieszony odwrot. W okolicy jest jeszcze jedna wieza i przypuszczam ze tamta nas nie rozczaruje. Skodusie zostawiamy na obrzezach wsi Świerki, przy jednym ze starych poniemieckich domow przy ktorym trwa jakas mocna impreza. Pniemy sie w gore pograniczem pastwisk, wawązem zarosnietym kolczastymi chaszczami a w koncu dusznym lepkim lasem, gdzie muchy chca nas zazrec zywcem. W dali slychac pomruki burzy co zdaje sie byc odpowiedzia na zaistnialy zaduch i totalny brak powietrza.


Zbocza Włodzickiej Gory obfituja w ruiny starych obiektow przemyslowych.



Chyba malo kto tu chodzi- nad sama droga wisza maliny giganty, wystarczy otworzyc gębe i mocno tupnac a owoce same wpadaja gdzie trzeba. Wieza na szczycie stoi bez zmian. Udaje sie z niej dojrzec ostatnie promienie slonca.

Potem robimy ognicho, pieczemy na patyku oscypki. Wrzucamy tez pare ziemniakow ale jest zbyt malo zaru i ostatecznie sie nie upiekly.



Do snu pohukuja nam sowy i odglosy dyskoteki gdzies z dolin. Spi sie cudownie na mięciutkim dywanie z mchu, w cieniu starych drzew, wsrod szumu wiatru w galeziach i spiewu ptakow. Chyba szlakiem nikt rano nie chodzi albo chodzac zachowuje sie cicho. Budzi nas dopiero dzwoniacy telefon. Jest prawie poludnie…

Potem siedzimy troche na wiezy. Udaje sie zdobyc nawet jej sam wierzcholek- ostatnio jak bylismy tu zima to nie mialam odwagi tego dokonac w warunkach zimowych, na mocno oblodzonych stopniach :P







Schodzac do Świerkow toperz zauwaza na zboczu jelenia o wyjatkowo rozlozystych rogach. Mnie niestety nie bylo dane- juz sie schowal. Idziemy kawalek w tamtym kierunku ale jelen nawial na dobre. Musze sie wiec zadowolic widokiem innej zwierzyny, wypasajacej sie na plowych łakach nad wsia.

Bardzo lubie kolor ziemi w tych okolicach.


Jako ze pogoda wciaz jest duszna, goraca i lepka odwiedzamy kamieniolom kolo Głuszycy Górnej.



W centrum Głuszycy mozna natrafic na ksiegarnie o wyjatkowo frapujacych pozycjach, mogacych pewnie zainteresowac nawet najbardziej wybrednego czytelnika ;)

My natomiast skupiamy sie na innym obiekcie- rzuca sie nam w oczy jadłodajnia!!

Jest chyba nowa bo pamietam ze kilka lat temu szukalismy zarcia w Głuszycy i skonczylo sie na braku sukcesu. W owej knajpie wreszcie daja normalne ludzkie zarcie a nie jakies pizze, gyrosy, tortile, czy hotdogi.. Jest np. puchaty nalesnik z jagodami! I kompot wisniowy!!! Miejsce to bedzie obowiazkowym punktem naszego programu podczas wycieczek w te okolice!


Z pelnymi brzuchami przemieszczamy sie do wioski Pogorzala, gdzie mozna nabyc szeroki asortyment roznych rzeczy, dla kazdego cos milego wedlug potrzeb ;)

W zarosnietym ogrodzie jest tu opuszczony dom wielkosci wrecz palacu. Wrodzona sympatia do takich miejsc nie pozwala mi odpuscic, mimo posiadania krotkich spodni i ogrodu zarosnietego trzymetrowym chaszczem kolczastych krzewow i malinojezyn wydzierajacych spore kawalki skory.

Dom jest chyba czasem zamieszkany, zwlaszcza “łoże z baldachimem” sprawia wrazenie sporadycznie uzywanego.

Jest tez akcent gruzinski, niestety czesciowo rozbity

Terenami jakby dawnych przysiolkow, ze zdziczalymi drzewkami owocowymi, docieramy nad Jeziorko Daisy. Jest to stawek w dawnym wyrobisku kamieniolomu, otoczony ruinami chyba wapiennikow. Spora ilosc wypalonym miejsc po ogniskach swiadczy ze teren jest popularną miejscowką imprezowa.







Zupelnie niechcacy przepłaszamy parke nudystow zazywajacych kapieli, ktorym sie chyba wydawalo ze to bardzo ustronne miejsce.. Przyprawiam tez prawie o zawal serca trojke gimnazjalistow ktorzy chodza sobie po wiezy i opowiadaja historie o duchach. Strasza sie wampirami, topielcami, zywymi trupami i bardzo przezywaja jakby musialo tu byc upiornie jakby tu zanocowali. I nagle wychodza za zalom muru- a tam buba! Tak strasznego wrzasku to ja dawno nie slyszalam ;) Faktycznie mialby tu kto straszyc, przynajmniej dwa trupy tu mieli w ciagu ostatnich 50 lat..


Mimo braku slonca woda w jeziorku ma wyjatkowo fajny kolor.. Mimo nadchodzacej burzy i wlasnie zaczynajacego padac deszczu kapiel jest niezwykle przyjemna.


W okolicy spotykamy tez kilka dziwnych miejsc gdzie grzybki rosna tworzac prawie zamkniete kolo..

Wracamy przez Lutomie- gdzie po raz pierwszy w zyciu natrafiam na drzewo ubrane w sweter!


A potem cala droge do domu to juz tylko czarne, chmury, razace slonce i tęcze….


wiecej zdjec https://picasaweb.google.com/112202359829575992568/201408_WiezeKamieniolomy

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz