bubabar

wtorek, 30 kwietnia 2019

Ruiny koło Nysy cz.2 (kaplica, pałac, most kolejowy i ognisko o niecodziennym aromacie ;)

Plan na tą wycieczke zakładał spacer nieczynnym torowiskiem miedzy Nysą a wsią Koperniki. Linia wygląda bardzo zachęcająco… na mapie. Trzy dawne stacyjki, pola, lasy, most nad rzeką Biała Głuchołaska… Dzień jest ciepły, iście już wiosenny! Cóż chcieć wiecej? “Nosem wyobraźni” juz niucham woń karbolu czy innej impregnacyjnej mazi, której aromatem zapodają zwykle stare podkłady. Wycieczke zaczynamy gdzieś w srodku linii - od mostu, jako że na nim zalezy nam najbardziej. Most jest… i jest na tyle klimatyczny, że nie bardzo sie nadaje aby po nim przejść rzeke.. tzn. rade by dało, ale mi troche brakuje odwagi… ;)




Pod mostem coś zapamietale ryją… Dziś akurat przerwali zabawe, moze dlatego, że niedziela...




Natomiast sama linia kolejowa całkowicie przestała już istnieć. Po szynach to już raczej śladu nie ma, podkłady jakies są ale bezładnie rozrzucone po lesie. Miejsce torowiska zarósł wysoki chaszcz z dużą domieszką kolczastych jeżyn, malin i czy innych drapieżnych roślinek wgryzających sie ochoczo w łydki nawet przez spodnie.. Nie wróży to dogodnej wędrówki, wiec nasze plany na dzisiaj muszą ulec przyspieszonemu przekonfigurowaniu ;)




Od mostu odchodzi całkiem sympatyczny wał nadrzeczny, wiec sobie nim tuptamy - w strone jeziora i pałacyku, ktore to mielismy ochote i tak dzis odwiedzic idąc tymi zaplanowanymi torami.

Wiosną to każdy skrawek świata jest piękny! (pod warunkiem, że np. nie dorwą sie do niego miłośnicy źle pojetego porządku ze swoimi kosiarkami, piłami i sekatorami…)







Droge raz po raz przegradzają różniste tory przeszkód…





Jakiś jaz, śluza czy inny wodospadokształtny spust wody.


Coś do mojej kolekcji rur - tu wielka rura znikająca w chaszczu.



A to nasz zdecydowany rekord - trasa o długości 200 metrów, którą pokonywaliśmy w półtorej godziny. Droga z betonowych płyt, na której poboczach zalegały stosy przygotowanego niegdyś (i póki co nie wykorzystanego) budulca. Wszystko porosłe juz trawą, zasypane płatkami wiosennych kwiatków i super nadające sie do wspinaczki.







Nabrzeżne klimaty Jeziora Nyskiego.






Pałac w Siestrzechowicach. Od przodu wygląda dość imponująco…





A od zadka mniej - jak rozwalona stodoła!




Kilkukrotnie nurkuje w czeluście piwnic, licząc, ze jakas dziura wyprowadzi mnie do reszty pałacowych zakątków.




Piwnice niestety są odcięte od reszty korytarzy. W jednej zalega jakaś dziwna maź o fosforyzującym kolorku.



Wejść do pałacu sie da, ale raczej jest to wersja dla osob bardziej wygimnastykowanych niż buby, juz o kabakach o krótkich nóżkach nie wspominając. Pozostaje mi więc jedynie pofocenie przez okna ciekawych sufitowych malowideł.



Przypałacowe zabudowania też w stanie zawalonej wydmuszki.



Stary mostek z niemieckimi napisami.



Park w Białej Nyskiej i relikt ławki. Do siedzenia się wciąż nadaje!


Gdzieś w zaułkach wioski.



Żyć na przekór wszystkiemu! Mając w d.. wszelakich wrogów zieleni, miłośników asfaltowania i sterylnych chodniczków :) Podlaliśmy mlecza z butelki. Niech żyje i cieszy oko jak najdłużej!


Fajne kominki garażowe! :)



Napotkany gdzieś tam pomniczek. Ni to słup ogłoszeniowy, ni to kapliczka..



Stary napis wyłażący spod łuczczących się tynków.


W wiosce Goświnowice, a raczej na jej obrzeżach, na zarosłym młodym lasem pagórku, odnajdujemy stary, poniemiecki cmentarz. Grobów nie ma dużo i reprezentują stopien pokruszenia charakterystyczny dla Dolnego Śląska.





Wszystko porasta busz zieleni i wiosenne kwiatki dodają okolicy malowniczości.


Kawałek dalej stoi w zaroślach nieco wieksza ruinka. Mapa twierdzi, że są to ruiny ewangelickiego kościoła, z którego pozostały jedynie piwnice. Faktycznie - otoczona murami kotlinka wygląda raczej jak fort niż jak kościół. Oprócz niewielkiego kawałka, wnętrza są niezadaszone, otoczone jedynie ceglano-kamiennymi łukami i zwieszającymi sie zewszad lianami pnączy.




Jest tez zbudowane palenisko, a popiół w ognisku jest jeszcze ciepły. Widać miejscowi często wykorzystują to miejsce do celów biesiadnych. Jest ono dla tych celów bardzo dogodne - zaciszne, nie wieją tu wiatry, a połozenie w zagłębieniu terenu powoduje, że mimo bliskości zabudowań - ognicho będzie raczej niewidoczne z wioski. Jedynym minusem jest spora ilość rozwłóczonych śmieci, ale 15 minut wystarcza, aby to miejsce nieco ogarnąć i nie musiec biesiadować na śmietnisku. Bo jak można przypuszczać - miejscówka urzekła nas na tyle, że postanawiamy równiez skorzystać z jego funkcji biwakowych.



Pierwszy (i jak sie okazuje ostatni.. ;)) na ruszt wlatuje boczek. A ciepły dech ogniska miesza sie z chłodnym juz powiewem kwietniowego wieczoru.



Nie sposób sie również nie pobujać w hamaku, gapiąc sie w kołysające czubki drzew i skaczące po gałęziach rozśpiewane ptactwo.





Zostało nam troche chleba i żółty ser. Postanawiamy wiec zapodać jeszcze grzanki z serem. W czasie hamakowania ognicho nieco przygasło, trzeba dorzucic chrustu. Na pierwszą część ogniska sporo drewna przynieśliśmy w plecakach. Nie wiedzieliśmy czy w takim chaszczowatym młodniku coś bedzie leżec, a szkoda łamać żywe krzaczki. Tu jednak wbrew pozorom wszędzie leżą patyki, wprawdzie dość cienkie, ale nie planujemy piec barana, wiec małe ognisko na takim opale w pełni wystarczy. W pewnym momencie klasyczny aromat ognia, popiołu i wędzonki sie ulatnia i przeradza w swąd oględnie mówiąc “nieco nieprzyjemny”. Wali jak z krematorium pod Strzelinem! Troche jakby mocno skruszałą padliną, troche jakby palonymi włosami. Przez chwile wydaje mi sie, że przywiało ten zapach z wiatrem - ale tu przeciez wiatry nie wieją! Nie ma cienia wątpliwości, ze zapodaje nim z ogniska! A może mi sie tylko wydaje? Wciąż mam taką nadzieje… Ale toperz szybko owe nadzieje rozwiewa: “Buba, czy ty też to czujesz???? Ten smród??” Myśle, że gdyby biwak odbywał sie nad jeziorem czy przy górskiej wiacie to byśmy temat zlali, dołożyli wiecej do ogniska i poczekali. Bo pewnie wpadła i sie sfajczyła mysza, albo po poprzednich biwakowiczach zostalo udko kurczaka czy spleśniała kiełbasa… Ale my jesteśmy w ruinach kaplicy… a dokładniej w jej podziemiach, a co trzymano w takich miejscach wiadomo.... i dosyć mocno to działa na wyobraźnie… Są zatem dwie opcje - albo ja wziełam za patyk coś co patykiem zgoła nie było i to walnełam w ogien… Albo ognisko swoim ciepłem przegryzło się gdzieś wgłąb, gdzie przegryźć sie nie powinno i stamtąd zaciąga aromatem.. Jakakolwiek by nie była przyczyna - to napewno tracimy apetyt na kolejne grzanki… ;) Niby sie mówi, ze ogien oczyszcza… ale to chyba nie byłoby za bardzo miłe ( i zdrowe…) wciagnac grzanke o takim zapachu? Wychodzę poza obręb murów, dorzucam do ognia dwie wieksze kłody. Płomienie skwiercza, zapach powoli zanika. Czyli musiałam coś wrzucic.. Ale co???? To juz na zawsze pozostanie tajemnicą… Opuszczamy to ciekawe miejsce w pomarańczach zachodzącego słoneczka - i jedno jest pewne - pozostanie ono w naszej pamięci i nie pomyli się z innymi ogniskami ;) A wrazenia z tego niezwykłego miejsca pozostaną tak bardzo... mieszane... ;)


Już siedząc w skodusi odkrywam, że prawa ręka mi śmierdzi! Ratunku! Ten sam zapach co sie wydobywał z ogniska! Aaaaaaa! Pomocy! Wali padliną! Zatrzymujemy sie nad jakims jeziorkiem. Stare mydło wożone w skodusi, nie wiadomo dlaczego i po co, od lat chyba dziesięciu, schowane w kieszonce na drzwiach, wreszcie doczekało swojej wielkiej chwili. Szoruje łape kamieniem, piachem. Ciężko sie pozbyć tego zapachu. W domu czynności powtarzam z użyciem spirytusu, domestosa i jakis chemicznych dezynfekujących specyfików o przeznaczeniu szpitalnym. Myśle nawet o wyparzaniu wrzątkiem!!!!! ;)

Co ja do jasnej cholery do ręki wziełam!?!?!?! Chyba od dziś będe wąchać każdą wiązke chrustu zanim nią nakarmie ogień ;)