środa, 9 listopada 2016

Wzdłuż wschodnich granic cz.3 (Jabłeczna- Liszna)

Wysiadamy w centrum Jabłecznej.
Stoja tu dwa budynki o wygladzie jakby dawnych palacow czy kamienic.
Na jednej z nich zachowal sie ślad po dawnej komunistycznej odezwie- "Wydajną pracą uczcimy 30- lecie ludowej ojczyzny"
Pozostala stara zabudowa wsi jest klasycznie drewniana, kosciółek rowniez
Walimy pod sklep, ktory polozony jest w jednym budynku wraz z remiza i swietlica wiejska.
Obok stoi wiata zbudowana przez strazakow, w ktorej zwykle gniezdza sie ptaki i lokalne żuliki. Dzis przywiało tu rowniez jakis włóczegow. Musza owi przybysze wygladac groznie bo malo ktory miejscowy ma odwage wejsc pod wiate. Kilku probuje i widzac obcych kazdy cofa sie natychmiast jak razony piorunem i wycofuje na jakies z gory upatrzone pozycje. Fakt- dzis nam tak przypiekło nosy, ze wygladamy jak rasowe miejscowe żule :D
Kolo sklepu jest slawojka. Z serduszkiem, jak nalezy.
I z siedziskiem wykladanym mięciutką wykladziną….
Zakazy kontra twarda rzeczywistosc :D
Przysiada sie do nas dwoch odwaznych - Tomek i Daniel. Daniel pracowal kiedys przy torach w Porosiukach i jest bardzo dumny, ze zna miejsca przez ktore wedrowalismy kilka dni temu. Chlopaki opowiadaja nam o lokalnych konfliktach katolikow i prawosławnych, ze o wszystko rywalizuja. Ponoc przedmiotem sporow i licytowania sie jest nawet kto zrobi wyzszy krzyz czy tabliczke…
Dowiadujemy sie tez, ze podsklepowe piwkowanie bywa nieraz lepsze od siłowni- swietnie cwicza sie mięśnie szyi. Policaje czesto sie tu zapuszczaja, czepiaja, mandaty wlepiaja- zatem trzeba sie ciagle rozgladac, kilka lat takiego hobby i potem karczycho lepsze jak po siłce :P Tomek zaprasza nas na nocleg do swojej stodoly, zastrzegajac ze siano moze byc wilgotne bo dzisiejsze. Gdy wykazujemy zainteresowanie proponowana oferta, nasz niedoszly gospodarz zaczyna opowiadac, ze ma zlego psa, ktory wszystkich gryzie, np. jego zone ale mamy sie nie przejmowac bo jest uwiązany. Na tym etapie ja przynajmniej trace zainteresowanie tym noclegiem.. Koles spusci psa na na noc i jak pojde do kibla? Chlopaki mniej sie boją psow wiec wypytują o rozne szczegoly. A potem wpada ONA. Zona Tomkowa. Tleniona na platynowo Baśka. Juz nie wiem czy naprawde miala tak na imie czy my tak ją nazwalismy. Przyjezdza rowerem. Ma w bagazniku siekiere. Wrzeszczy na swego chlopa a on od razu robi sie malutki i potulny jak baranek, mimo ze chwile wczesniej jak nam opowiadal rozne historie to byl kozak ze hej! Klasyka… Nas babsztyl tez traktuje z buta i toczy z oczu blyskawicami na nas i nasze plecaki. A moze ten pies wcale nie byl taki zly i tym ze ją gryzl zasluzyl na medal?
Jako ze definitywnie ze stodoly nici, tuptamy sobie w strone granicy i polozonego tam monastyru. Niebo pelne jest “kwaśnego mleka”.
Mijamy kolejne rozlewiska nadbużanskich starorzeczy.
I mocno nadgryzione zębem czasu szlakowskazy
Nadbuzanski teren obfituje w stare dęby o grubasnych pniach i rozłozystych konarach. Jedno z drzew, chyba to najbardziej okazale, ma caly pien ustrojony krzyzykami, rozancami i swietymi obrazkami. Wyglada jak miejsce pradawnych poganskich kultow, ktore trzeba bylo jakos oswoic i zamydlic oczy komu trzeba w nowych czasach. Co bylo zrobic by po nadejsciu nowych, twardych praw moc sie po staremu modlic pod ulubionym, świetym drzewem? :)
Kawalek dalej jest smietnisko krzyzy. Wlasnie dokladnie tak to wyglada. Niby klasztor tuz tuz, niby swiete miejsce a krzyze, ktore przynosza tu pielgrzymi, sa pierdzielniete na pryzme jak kawal starego plotu czekajacego na swoja kolej do pieca. Do Grabarki tez jest zwyczaj przynoszenia krzyzy ale tam wyglada to nieco inaczej…
W ostatnich promieniach slonca ogladamy glowne zabudowania klasztorne
I lesne kaplice polozone na samiuśkiej granicy.
Dalej juz tylko Bug i Białorus..
Na nocleg osiedlamy sie w trawach pod szyje, wsrod bagien i wielkich dębow. Wbijamy dosc daleko od drogi coby nas pogranicznicy nie namierzyli. W tle gra nam białoruska szosa, kolej, kląskajace ptaki i niestety całe roje wścieklych komarzysk. Z powodu tych ostatnich impreze przenosimy do namiotu, gdzie wsrod rozmow i degustacji dopada nas solidna głupawka :D
Dalszą trase mielismy odbywac wzdluz Bugu, jednak okazuje sie, ze szlak zmienil przebieg a nabrzeze jest tak zarosniete ze przebijac by sie trzeba chyba z maczetą. Idziemy wiec drogami. Kolejna mijana wioska to Nowosiółki
Fajny przystanek z zydelkami
Na jednym z plotow wisi ogloszenie. “Sprzedam dom”. I wazniejsza informacja niz np. cena jest chec sprzedania go rodzinie prawosławnej… Tomek spod sklepu w Jabłecznej mial jednak racje z tymi religijnymi konfliktami w rejonie... I jeszcze jedno- jak oni sprawdzaja obrzadek ewentualnych kupcow? Liczą na uczciwosc czy zadaja jakies podchwytliwe pytania?
Z Nowosiółek idziemy w strone Mościc wzdłuż Bugu. Po drodze malutkie przysiólki, chałupki jak z dawnych lat utopione w zielonościach. W wiekszosci sa niezamieszkane, przynajmniej nie na stale..
Przysiadamy na malej przydroznej ławeczce
Szlak kameloeon. Nie lubie szlakow- ale taki mi nie przeszkadza :)
Polami, łąkami, bagienkami... w trawach po szyje...
Momentami suniemy samym nadrzecznym wałem a białoruskie słupki graniczne sa na wyciagniecie reki.
Mam nieodparte wrazenie, ze widze z daleka jakas chałupe stojaca nad sama rzeka. Po polskiej stronie. Gdy zblizamy sie budynek znika za zwarta sciana drzew zagajnika. Nie ma jakos czasu by go tam poszukac i dluzej pobuszowac nad rzeką bo znow eco z Pudlem wyrwali do przodu i musimy ich gonic. Spotykamy pogranicznikow, ktorzy nam mowia, ze chcac nocowac przy granicy trzeba to zglosic lokalnej placowce SG i ze nie mozna sie zblizac do mostu granicznego w Lisznej bo grozi ogromny mandat. Ale ogolnie w obyciu sa calkiem sympatyczni. Do Mościc Dolnych przez stodołe? :)
Wkraczamy do Lisznej. Wioski leżące przy glowniejszych drogach zwykle sa juz pelne nowoczesnych domow i mało sie roznia od miejscowosci w innych rejonach Polski. Ale gdzieniegdzie drewniany domek mozna jeszcze wyhaczyc...
We wsi nie ma knajpy ale polecono nam agroturystyke, w ktorej mozna spozyc dobry i niedrogi obiad. Mozemy tez skorzystac z łazienki, wiec od razu robie pranie :) Gadamy tam z babka, ktora niedawno wrocila z emigracji. Twierdzi, ze ten wyjazd byl jej bardzo potrzebny, ze dopiero teraz potrafi docenic piekno naszego kraju i spokojne zycie w malej lubelskiej wiosce. Ma zle wspomnienia zza granicy. Ponoc najwiekszą świnią jest tam jeden Polak dla drugiego a zycie wcale nie jest takie łatwe i przyjemne jak sobie kiedys wyobrazala..
A potem idziemy na PKS do Hanny. Zanim wsiądziemy w autobus mam juz wysuszone pranie.
cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz