wtorek, 24 marca 2015

Mołdawia - Studnie, wino i skalne klasztory (2012) cz.2

Spiewaja nam słowiki i inne nocne ptactwo a w ruinach pionierskiego miasteczka , wsrod ksiezycowych cieni starych drzew zdaje sie, ze mozna dostrzec szeregi małych chlopaczkow w czerwonych chustach, nucacych 'Miedzynarodowke".. I kto by pomyslal, ze znow po 20 latach stana tu namioty... Rano jest jakis wysyp much, ktore chca nas pozrec zywcem. Z drzew spada jakis dziwny sok , ktory pokrywa lepka mazia cale samochody. Wycieraczki sie na nim slizgaja, a skupiska owej dziwnej substancji swietnie imituja rozbita szybe.. Zwiedzamy cerkiew w tipovej, w ktorej najbardziej rzuca sie w oczy "plakat antyaborcyjny"

Dalej, wzdluz pieknych widokow na Dniestr i "wsie skazancow" idziemy w strone skalnych monastryrow.


Pierwszy zwiedzamy monastyr tzw "nowy". Jest kilkupoziomowy, wykute w skale cele łacza wąskie korytarzyki i schodki. Na scianach wisza swiete obrazki, gdzieniegdzie lekko przykopcone palącymi sie swieczkami.




Zarosniete pachancym zielskiem schodki prowadza dalej w dól w strone rzeki. Mijamy kilka urokliwych miejsc gdzie fajnie by sie rozbic z namiotem. Ekipa sie jakos rozpełza, kazdy idzie w inna strone. Ja i toperz pniemy sie pod góre zanikajaca sciezka, wsrod osypujacych sie kamieni a spod nóg nawiewaja ogromne zielone jaszczurki. Sa chyba ze 3 razy wieksze od tych spotykanych w Polsce, odblaskowo zielone i bardzo przypominaja gekona ktorego hodowal moj kolega z liceum.


Wspinaczki nie ułatwia fakt, ze wlasnie rozwalil mi sie but. Rozklejajaca sie podeszwa to nic dziwnego i przyzwyczailam sie, ze to zjawisko zawsze mi towarzyszy, niezaleznie od modelu buta.. Acz tym razem but troche przegiął.. Podeszwa odpadla gdzies w 2/3.. Trzyma sie jedynie na pięcie, straszliwie kłapie i co chwile sie potykam.. Sprawe ratuje na kilka nastepnych dni uniwersalna szeroka tasma Adama (tak, ta sama ktora skleilismy skodusie :-)

Widoki sa coraz ladniejsze, a my trafiamy w rejon skalnego labiryntu. Sciezki rozchodza sie we wszystkich kierunkach, zanikają, prowadza nad urwiska lub do niewielkich jaskin. Po kilku zmianach kierunku trafiamy wreszcie do starej czesci monastyru. Tworzy go wykuty w skale ciąg jakby balkonów i kruzganków, przepełzamy do kolejnych i kolejnych cel przez wąskie skalne otwory. A w dole płynie sobie Dniestr a powazne twarze ikon przygladaja nam sie w milczeniu.





Pobyt w Tipovej konczymy wizyta przy studni. Upał jest jak w srodku lata mimo ze dopiero zaczal sie maj. Slonce przypieka wiec chlodna woda ze studni kazdego z nas kusi. Jeszcze z takiej urokliwej mołdawskiej studni przydroznej!! Naciagamy kolejne wiaderka i sie nimi ochlapujemy, pluskamy, wylewamy wzajemnie na głowy i nogi. Przez okolo poł godziny niesie sie po wsi prychanie i chlupotanie.


Wszyscy sie wypluskali. Jak wszyscy to misio tez!!!

Jako ze nie wypada zbyt dlugo byc za czystym- do Saharny znow jade za oknem, przywracajac stan przypylenia do normy.

W Saharnie odwiedzamy kolejny monastyr, taki juz bardziej zagospodarowy i turystyczny np. chodzac kolo cerkwi trzeba sie owinąc szmata nawet jak ktos ma dlugie spodnie.

Odwiedzamy jar , utworzony przez przeplywajacy potok. Zbudowano tu niewielka kapliczke, przy ktorej znajduje sie basenik, do ktorego wplywa woda- ponoc o cudownych, leczniczych wlasciwosciach. Kilku miejscowych zazywa tu kąpieli- acz przypuszczam ze nie w celach zdrowotnych tylko z goraca.

Wychodzimy tez na plaskowyz na ktorym stoi dziwny obelisk- ku czci ludzi biwakujacych? ;)

Najciekawsza w okolicy wydaje sie byc wodospad. Sciezka wchodzi w teren skalistego jaru. Dochodzimy do kotła, na dnie ktorego jest niewielkie jeziorko. Z kilku metrow spadaja do niego spienione wody kaskady. Wodospad mozna obejsc dookola po pólce skalnej.



W okolicy spotykamy sporych rozmiarow węża

Wychodzimy jeszcze na skałke z ktorej roztacza sie ładny widok na cała okolice i strome brzego po naddniestrzanskiej stronie


Za wioska Ciniseuti skodusia robi pffff i odmawia dalszej jazdy. Wybrala sobie chyba najbardziej naslonecznione skrzyzowanie w calej Mołdawii. Samodzielna diagnostyka problemu na niewiele sie zdaje.

Ruszam wiec z Tomkiem na poszukiwanie mechanika. Tabliczki informacyjne prowadza nas na teren dawnego kołchozu. Socjalistyczne malowidła scienne oraz rozrzucone tu i tam wraki samochodow sugeruja, ze warsztat zdecydowanie tu kiedys byl, ale chyba bylo to jeszcze za radzieckich czasow.



Szukamy wiec dalej czegos bardziej wspolczesnego. Kolejni miejscowi pokazuja nam kierunek do centrum wsi gdzie ponoc jest warsztat. Po piatym pytaniu o droge juz chyba cala wioska wie, ze do wioski zawitali turysci z zepsutym autkiem. Warsztat znajduje sie w wyraznym centrum. Oprocz niego, w tym samym budynku miesci sie komenda policji i weterynarz. Zdobienia barierek podkreslaja ze bylo to jakies znaczace miejsce.

Mechanik Sasza zgadza sie obejrzec auto- ale musimy mu je przywiesc do warsztatu. Wracamy wiec do skodusi- linke mamy, Adam decyduje sie nas pociagnac. Nie udaje nam sie wkrecic haka, ktory z niewiadomych przyczyn strasznie sie skrzywił.. Wiec kolejny raz przemierzam wioske, tym razem z Młodym, aby nam w warsztacie ow hak wyprostowali.. Zadowolona wracam z prostym hakiem- a tu wychodzi ze jest kolejny nieprzewidziany problem. Belka, do ktorej przykreca sie hak jest pęknieta- prawdopodobnie od spotkania z koparka... Mamy wiec obawy czy w czasie holowania belka nie zrobi donosnego chrup! i po raz kolejny, jak niegdys w Gorganach, bedzie trzeba zbierac skodusie z asfaltu na przestrzeni kilku metrow... Szczescie nam jednak znow dopisuje- skodusia dociera w calosci pod warsztat. Sasza wsadza łeb do silnika i ocenia ze zepsula sie pompa paliwowa. W warsztacie Saszy wydaje sie ze jest wszystko- ale pompy do skodusi niestety akurat nie ma..

Pompa przyjedzie jutro z Kiszyniowa. Nie mamy wiec wyjscia i stawiamy namioty przy warsztacie, w miejscu gdzie dwa razy w tygodniu odbywa sie duzy bazar.

Namioty na łake, skodusia na warsztat a my na browara. Ławeczki podsklepowe stanowia wysłuzone foteliki kinowe.

Po zapoznaniu sie ze sklepem przenosimy sie do knajpy gdzie zaopatrujemy sie w trzy 2.5 litrowe butle domowego wina.

Probuje barmance opowiedziec kim jestesmy i dlaczego pojawilismy sie w tej nieturystycznej wiosce, a ona tylko sie usmiecha mowiac "Wiem wszystko. Wszyscy juz tu o was wiedza". Jedzenia w knajpie nie ma, ale babka obiecuje mi cos przyrzadzic. Dostaje zupke chinska w kuflu do piwa :) W knajpie jest strasznie duszno wiec wychodzimy na degustacje na schody. Na przeciw nas wznosza sie betonowe mury jakiegos niedokonczonego budynku domu kultury. Widac ze zaczeli go stawiac jeszcze za poprzedniego systemu, a potem podupadł, zreszta jak cala wioska, ktora niegdys byla prawie miasteczkiem. Wieczorem ruiny ozywaja. Zatrzymuja sie przed nimi auta, wjezdzaja do srodka motocykle. W srodku robi sie rojnie i gwarno. Sluchac piski dziewczat i odglosy biesiadujacej mlodziezy. Na przekor wszystkiemu budynek pelni jednak swoje funkcje kulturalno-rozrywkowe!

Wieczorem wracamy do namiotów, wokól ktorych kreci sie trójka hałasliwych, nastoletnich wyrostkow. Od poczatku robia na nas malo sympatyczne wrazenie, wrzeszcza, rzucaja glupie teksty, wydaja jakies nieludzkie bulgoczace odglosy, wogole robia wrazenie lekko uposledzonych. Chca zebysmy im cos o sobie opowiedzieli i dali papierosy. Ignorowanie ich powoduje ze tym bardziej chca zwrocic na siebie uwage np. rzucajac kamieniami w namioty. Siedza dupki bezpieczne pod oslona nocy na gorce, ciemno, nawet ich nie widac tylko slychac wycie... Kurde.. mamy nadzieje ze zaden kamien nie trafi w auto.. Jedna skodusia stoi bezpieczna w warsztacie Saszy. Zawsze jest najwiekszy problem z takimi malolatami.. Zlapie sie takiego, spusci mu wpier*** to bedzie awantura na cala wies ze sie pobilo niewinne dziecko...Z doroslym zawsze wyjasnisz sobie sprawy w taki lub inny sposob... Rozwazamy juz nawet wystawienie na noc warty przed namioty bo nie wiadomo co takim debilom strzeli do glowy. Ale na szczescie kolo polnocy rozchodza sie do domow. W calym Ciniseuti smierdzi palonymi smieciami. Robimy mala imprezke przy namiotach z domowych winem.. Ada opowiada o swoich egzotycznych wyprawach, o chorobie wysokosciowej przy wchodzeniu na Kilimandzaro. Rozwazamy tez rozne odmiany malarii i sposoby ich zapobiegania. Wart nie wystawialismy, noc przebiegla spokojnie.. Ale nie obylo sie bez strat- zginał nocnik Lilki.... Na dzisiejsza wycieczke jestesmy zmuszeni upchac sie do dwoch aut. Czesc plecakow zostawiamy u mechanikow. Przynosza duzo kartonow i podkladaja je pod plecaki- "zeby sie nie pobrudzily". Gdy wchodzimy do warsztatu okolo dziesieciu osob oglada bebechy skodusi a nasz mechanik z zapalem cos tłumaczy pozostalym po mołdawsku trzymajac w ręku odkrecony tłumik. Na peryferiach Ciniseuti stoi wielki pomnik - czołg na cokole, tablice pamiatkowe, plaskorzezby. Pomnik widac nadal jest otoczony czcia i szacunkiem. Dzis w ramach jakis robot spolecznych pracuja tu skauci. Czyszcza plyty, kopia rabatki, zamiataja.. Ciekawe czy sa wsrod nich nasi nocni "przyjaciele"...

Na skraju wioski Otac stoi opuszczony blok rzucajacy sie w oczy sporym komunistycznym malowidłem. W srodku zdemolowane, odarte do golych scian pomieszczenia nie zapowiadaja ciekawych wnetrz kryjacych sie dalej. Wchodzimy do ogromnej hali w ktorej zostalo bardzo duzo wszelakiego żelastwa. Obiekt jest dostepny i przez nikogo nie pilnowany wiec w Polsce złomiarze by sie juz pewnie dawno z tym rozprawili. Tu złom stoi i sobie spokojnie rdzewieje cieszac oko eksploratorow :-) Niestety nie spotkalismy zadnego miejscowego w okolicy coby sie spytac co tam bylo produkowane i przetwarzane. W znalezionej w budynku ksiazeczce byly m.in. jakies opisy dotyczace norm swinskiego miesa, na zawartosc jakis srodkow chemicznych, bakterii itp




Odwiedzamy dzis monastyr w Orhei Vechi- cerkiewka na cyplu w zakolach rzeki Raut.


Schodzimy do podziemnej skalnej cerkiewki z mnichem gdzie musze ubrac na glowe chustke mimo ze mam kapelusz. A toperz musi chustke z glowy zdjac..

Potem idziemy w kierunku monastyru Bosie, ale przegapiamy skrzyzowanie drogi i ladujemy przypuszczalnie w wiosce Morovaia. Po przeciwleglej stronie rzeki widac nieregularne otwory w skale- chyba to pustelnia Holm, w przewodniku polecana na nocleg dla odwaznych. Ponoc ciezko sie tam wspiac i jest duzo nietoperzy. Szkoda ze nie mamy czasu zostac tu pare dni i dokladnie obadac wszystkie skalne szczeliny w okolicy...

Tymczasem przemierzamy pylista wioske. Widac ze kamien z okolicznych skał jest tu podstawowym budulcem


Sa tez kolejne studnie, czasem zabezpieczone by zwierzeta nie piły z wiadra..

Rzeka jest dosyc brudna i mulista ale miejscowi ochoczo sie w niej kapia i łowia ryby. Ochoczo kapie sie tez przydomowy inwentarz... no co- krowie tez sie cos nalezy od zycia w upalny majowy dzien! ;)

Spotykamy sliczne malutkie koźlatko ktore z apetytem obgryza mi reke.. Juz sie zastanawiam czy reke oblizana przez kozlatko uznac za czysta czy za brudna (na pewno jest mniej przypylona)...Na tym etapie ekipa uswiadamia mnie ze kozlatko jadlo wczesniej zuzyta srajtasme... No super! Na tym etapie rzeka zaczyna sie jawic jako cos czystego i ide tam umyc łapy ;)


Kolejnym etapem wedrowki jest Cricova- jedno z bardziej znanych miejsc w Mołdawii. Sa tu winnice po ktorych jezdzi sie za gruba kase swoim autem.. Nagle znajdujemy sie jak w innym kraju.. Zadbany park, odnowione budynki, scieta do bólu trawa.. Folderek pełen palacowych wnetrz, białych obrusów i błyszczacych podłog wywoluje mdłosci.. Ceny podane w euro.. Ratunku!!! Ale wiem ze czesci ekipy zalezalo by tu przybyc wiec i jestesmy... Mnie by sie marzyla winnica pelna omszałych, zbutwiałych beczek i pajęczyn.. Gdzie wjezdzajac zostawia sie za soba koleine w kurzu a zapach zatechlej piwnicy roznosi sie wokolo.. Ale taka winnice to chyba tylko Tomek zwiedzil u naszego leśnika :) Mnie tym razem nie bylo dane... A tu reklamą jest ze Putin czy inny noworuski robil tu impreze na swoje 50 te urodziny.. Problem zwiedzania rozwiazuje sie sam- nie ma wolnych miejsc- trzeba rezerwowac wczesniej. Za cene ktora bysmy musieli wywalic na obejrzenie odpicowanych korytarzy kupujemy w przyfabrycznym sklepie bardzo duuuuuuzo wina. Srednio za butelke wychodzi 7 zl- jak tu nie szalec???


Skodusie odbieramy wieczorem. Oprocz naprawy pompy zrobili jej chyba caly przeglad. Nawet wykryli ze jakies kontrolki nie swieca sie na pulpicie, ale nie umieli ich naprawic. Coz.. owe kontrolki nie swieca sie od zawsze ;) Noclegu szukamy znow po ciemku koło wioski Zorile. Stawiamy namioty na pastwisku.. Odwiedza nas kilku miejscowych, radzac by przeniesc namioty na gorke, tam gdzie byl "dietskij łagier" bo tu brudno.. Nam sie juz nie chce przenosic calego majdanu. Mam wrazenie ze czesc miejscowych zaglada tu by sprawdzic czy ktos nie kradnie krow. Juz widze oczyma wyobrazni oddalajaca sie skodusie, w ktorej na tylnym siedzeniu siedzi jakas Mućka, łeb wystawia przez okno i ryczy Muuuuuuuuuuuuuuuu!!!



Wogole w rejonie naszego noclegu, na wiejskich skrzyzowaniach wystepuje bardzo duzo wszelakiej zwierzyny domowej. Np. po raz pierwszy chyba widzialam jagnie..



Kolejnym punktem programu jest Styrcza- polska wieś. Na miejscu spotykamy zakonnice, ktora prowadzi nas do lokalnego przedszkola. Lilka jest zachwycona, od razu biegnie do dzieci i ochoczo zaczyna cos wyklejac z plasteliny. Acz dosyc malo mowia tu po polsku. Zakonnica opowiada nam o ciekawym miejscu na Ukrainie- Ljedowie, gdzie ponoc jest dziki monastyr, cos na ksztalt tych mołdawskich ale zupelnie zapomniany.. Ljedowo, Zagniotków, Busza... Duzo zostalo do pozwiedzania tych ukrainskich jarow!! Ada dostaje od zakonnicy ogromny sloik marynowanych pomidorow. Dostajemy tez przepis na ich przyrzadzanie.

Ostatnio maja tu chyba przesyt odwiedzajacych ich Polakow- jakos niedawno mieli wizyte szescdziesieciu motocyklistow ;) Chłopaki pomagają rumuńskiemu ksiedzu wniesc organy do koscioła, w zamian za pomoc dostaja 5 litrow piwa..

W Bielcach odwiedzamy stare lotnisko, pelne samolotow i helikopterow ktore chyba juz nigdzie nie poleca... Czesc z azurowymi skrzydlami, kolami wrosnietymi w trawe.. Ponoc kiedys lataly nawet do Afryki..


Robi wrazenie napis "Aerofłot" przemalowany na "Air Mołdova".. Czy zmiana tego napisu byla poczatkiem konca dla tego lotniska?

Granice przekraczamy w Crivie gdzie dowiadujemy sie od mołdawskich celnikow, ze norma na tej granicy na wino nie jest taka jak w Polsce czyli 4 litry na glowe tylko o polowe mniejsza... A my mamy przekroczone nawet te polskie normy.. No i ze Ukraincy na bank nas z tym nie wpuszcza... Kurde.. co tu zrobic? Przez Rumunie wracac? za daleko... Oczyma wyobrazni juz widze jak kazdy z naszej ekipy siedzi na srodku przejscia graniczne i wypija duszkiem nadmiarowe wino.. albo dwa... no bo przeciez nie wylejemy ani nie oddamy jak nam znajda kontrabande... Upychamy wino w spiwory, karimaty, namioty, pod fotele... Jakis mlody celnik pokazuje nam stolik i kaze na niego wylozyc wszystkie bagaze do kontroli... No to pieknie.. W tym samym czasie inny podnosi dwa identyczne spiwory z naszego bagaznika- jeden lekki a drugi ciezki i kanciaty jak szlag.. Na tym etapie pojawia sie jakis starszy koles, mowi "zostawcie ich", macha reka i oddaje paszporty... Jestesmy na Ukrainie!!!!! :)))))) Za Czerniowcami zjadamy jeden z najpyszniejszych bulionow jakie jadłam w zyciu. Chyba cala kure tam wsadzili ;) Na nocleg zatrzymujemy sie nad Prutem w Sniatynie pod zruinowanym mostem.


Zjezdzamy mocno w dół blotnista droga.. Znad Karpat nadciagaja burze i mamy spore obawy, ze jak zacznie lac to droga rozmięknie jeszcze bardziej i skodusia jutro nie wyjedzie...

Stwierdzenie "spac pod mostem" nabiera nowego wymiaru :))

W Chyrowie udaje mi sie nabyc pyszne wędzone rybki. Niektore z nich sa pełne kawioru!!! Ja bym sie chyba jednak mogla odzywiac samymi rybami!


Granice w Kroscienku dla rownowagi pokonujemy w 15 min. Srednia na tym wyjezdzie mamy w porzadku Na ostatni nocleg zatrzymujemy w forcie Łuczyce koło Przemysla, gdzie spotykamy sie z dwoma ekipami bunkrowcow wracajacych z Ukrainy. Chris, Biker, Shinji i Osa wracaja z kałuskich kopalń a Mateusz, Jacek i ich kolega z Czarnohory i Gorganów. Jest ognisko, dzielenie sie wspomnieniami i degustacje sporych zapasow..

Kolejny dzien wstaje duszny i burzowy.. Dluga droge do domu z Przemysla urozmaicaja nam malownicze chmury i gwałtowne zlewy połaczone z gradobiciem.

Koło Zakliczyna wpadamy na rondzie w korek po horyzont... Nie wiem co sie stalo, ale szybko zjezdzamy w przeciwnym kierunku.. Widac los tak chcial abysmy na koniec wyprawy odwiedzili kolejny prom do kolekcji- malutki prom koło Czchowa na Dunajcu

Do Mołdawii trzeba wrocic.. To był praktycznie krotki rekonesans.. Pozwalajacy stwierdzic ze to zarabisty kraj, jeszcze niespaskudzony przez komerche.. W tym roku chyba juz sie nie uda .. Ale moze za rok? koniecznie tak na dwa, trzy tygodnie... na spokojnie, bez pospiechu.. W koncu widzielismy tylko maly kawalek pólnocnej czesci.. A gdzie Naddniestrze, gdzie Gagauzja? Trzeba by tez wejsc na najwyzszy szczyt Mołdawii- Balanesti- 428 m. np.p.m Jako ze nie mozna naraz przewiezc duzo wina- to znak ze trzeba tam jezdzic czesciej :-D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz