bubabar

środa, 14 sierpnia 2019

Estonia (2019) - Ruhijarv, Sinialliku

Do Estonii wjezdzamy przejsciem miedzy Rujiena a Lilli. Na przejsciu sa dwa domki, chyba dawniej pogranicznicy w nich siedzieli. Łotewski jest zabity dyktą i wokol wykoszona trawa. Estonski jest malowniczo opuszczony i zarośnięty.



Zawijamy nad jeziorko Ruhijarv. Jest tam biwakowisko, ale nieduze. Tylko jedna wiata i zajęta przez jakąś wielodzietną rodzine. Ruch jest tu spory. Jak nie Estonia. Miejscowi wodują łódke. Inni ściągają łódke, w siatce dorodne ryby. Przyczepka samochodowa troche zbyt głeboko wjechala do wody. Koła buksują, woda pluszcze, kabak sie cieszy i klaszcze w łapki. Dno jest muliste i grząskie. Ale i tak robimy przekąpke. Za linią trzcin pojawiają sie dziwne rośliny podwodne. Jak liany. Dziwnie sie kleją do ciała i oplatają, stopniowo coraz bardziej. Im dalej płyniesz - tym więcej macek zaczyna cie chwytać. Niby fajnie sie płynie, ale pierdziele - zawracam! Jeszcze to mnie gdzieś wciągnie w podwodne topiele? Macki podwodne robią sie coraz bardziej oślizgłe, jakies takie śluzowate… A może to nie rośliny?? Mimo chłodnej temperatury wody robi mi sie gorąco.. Myślałam, ze sie nie da spocić na początku czerwca, w bagiennym jeziorze północnych krain. A tu niespodzianka - można. Upragniony brzeg wita mnie jakąś dechą z drzazgami, ale i tak mam ochote go ucałować. Dobra… Przekąpek na dzisiaj wystarczy. Gdy ide do wychodka zagaduje mnie ojciec rodziny biwakującej przy wiacie - “Kąpaliscie sie?” Zgodnie z prawdą potakuje. “Uuuu... to szacun!”. Dopytuje czemu? To takie wielkie bohaterstwo wejsc do jeziora? Koleś uśmiecha sie tajemniczo i odchodzi w stronę kłębiącej sie na brzegu dzieciarni. O co tu chodzi? Czy wczoraj jeszcze dzieci było wiecej? ;)



Ściany kibelka przystrojono obrazkiem.


Leśna, nadjeziorna droga..


Między Ramsi a Intsu szukamy kolejnego biwakowiska. Tu pusto, jestesmy sami.. Rozkładamy sie, witamy z lokalnymi żelaznymi piecykami. Rodzaj “wypasu” serwowany przez estonskie RMK bardzo a to bardzo przypada mi do gustu.


Mapa wykazuje kilka ciekawych miejsc w poblizu, ide wiec na przeszpiegi. Pytam kabaka czy chce iść ze mną. Kabaczę jednak huśta sie na drzewie i nie jest zainteresowane. Odmawia.. I to była najmądrzejsza decyzja jaka mogła byc…

Najpierw ide nad duze jezioro. Ma totalnie zarośniete brzegi. Na łódke i rybałke sie nada, ale na plażowanie raczej słabo…


Za górką jest też cos opisywane jako źródło. Takie malownicze rozlewisko bagiennej rzeczki. Źródło Sinialliku. Tablica ustawiona przy źródle twierdzi, że temperatura wody oscyluje miedzy +2 a +8 stopni. Ja mam wrażenie, że duuuzo mniej. Szybko trace zapał na kąpiel ;)


Wracam przez górke, wąską, zarośniętą ścieżką, ktora opada mocno w dół.. Nagle słyszę za sobą jakiś dziwny dźwięk, mocno niepokojący, jakby jakiś zgrzyt. Jakby coś ciężkiego za mną biegło.. I było już blisko.. Niedźwiedź? Łoś? Nie oglądając sie za siebie skacze w bok w krzaki, na szczupaka. Dosłownie sekunde później mija mnie trzech rozpędzonych rowerzystów. Pierwszy z nich robi fikołka i jedzie mordą po kamieniach, pięknie eksponując zadek udekorowany wielką pieluchą. Okrzyk “o k… mać!!” brzmi tak pieknie znajomo… Dwóch pozostałych jakoś sie nie wywala i omija towarzysza w sposób nieco bardziej kontrolowany. Chyba nie są pewni, czy ten pierwszy mnie potrącił czy nie. Leże nieruchomo w krzakach i słysze dyskusje: “J*bnąłeś w nią?” - “Ch… wie” - “Spier***lamy stąd! Nikt nas tu nie zna, nikt nas nie widział, nikt nas nie rozpozna…” i głupkowaty smiech. Wtedy wychylam nieco z krzaków i puszczam im taką wiązanke, ze chyba jeszcze takiej nie słyszeli. Wymowa ogólnie jest taka, ze nie mam do nich szacunku i że estońska policja ich znajdzie - jakkolwiek by sie nie starali ukryć. I robie im kilka zdjęć. Chłopaki są mocno zaskoczone - chyba byli pewni, że wjechali w miejscową.. i że leże gdzies nieprzytomna w rowie. Zbierają sie w panice. Jeden gubi telefon. Dwóch odjeżdza na rowerach, tylko spasłe dupska, obleczone jaskrawą rajstopą migają miedzy krzakami...Ten co poczuł smak estońskiej gleby w zębach chyba nieco uszkodził swój pojazd, bo bierze go na ramiona i spierdziela piechotą…

Zdjęć nie mam. Byłam zdenerwowana i nie zdjęłam klapki z obiektywu. Ale przypuszczam, ze oni tego drobiazgu również nie zauważyli, wiec główny cel został osiągnięty..

Ech… Ogólnie to dość przygnębiająca historia... Jakze miło spotkać rodaków za granicą.. Napierdzielac tyle set kilometrów i usłyszeć ojczysty język… w takich okolicznościach.. Cóż.. jedyne dobre, że jednak nie poszłam z kabakiem.. Czy skok w bok z 18 kilogramowym balastem u ręki nie okazałby sie o te kilka sekund wolniejszy? Ja kończe tylko z lekko rozciętą nogą jakimś kamulcem.. A w duszy mam nadzieje, ze koleś nie doliczy sie zębów i rowerowych zębatek.. I drugi raz sobie przypomni gdzie ma hamulec zanim naprawde zrobi komus krzywde…

Chwile później mija mnie jeszcze dwóch rowerzystów.. Lokalnych. Już sam ich widok podnosi mi ciśnienie. Zatrzymują się i pytają czy w czymś nie pomóc. Czy może szukam źródełka? Jakoś tak dziwnie i nieco smutno mi sie robi..

Pozostaje cieszyć sie wyjazdem, który dopiero sie rozpoczyna. I że los pozwolił mi tak o włos uniknąć przedwczesnego jego zakończenia.. Choc cały czas troche mnie telepie... i jakos długo nie może mi przejść. Nawet śni mi sie coś jakby gra komputerowa, gdzie uciekam przed rowerzystami, chowam sie za drzewem i potem do nich strzelam. A oni sie tak fajnie rozpękują - jak balon, który ukłujemy szpilką ;)

Biwak dzis mamy wyjątkowo udany! Pranie powiewa malowniczo (nabierając właściwego zapachu), piecyk dymi, żarcie skwierczy na ogniu, a wiatr pachnie żywicą i igliwiem!







Są skoki ze zwalonego, sprężynującego pnia. Na około metra można go rozbujać! :)

3...2...1…. i..

Hooop!


Jak sie znudzi drzewna hustawka to trza zrobic inną! :)


I jest to nasz chyba pierwszy i ostatni estoński biwak bez komarów… Jeszcze teraz nie potrafimy tego docenic… ;)

cdn


Litwa (2019) Suvainiskis - opuszczona nadgraniczna osada








Nie wiem czemu, ale od zawsze uwielbiałam klimat pogranicza. Tereny przytykające do państwowych granic często wydawały mi sie bardziej opustoszałe, odludne, jakby zawieszone w jakiejś niepewności. Tak jakby ludzie niechętnie sie tam osiedlali (a dawniej tez często z takich terenów byli usuwani siłą). Kwestia wyznaczonej, wijacej sie linii, ktorej nie wolno przekroczyć i zupełnie innego świata położonego za słupkami - nadawały tym terenom jakiejś magiczności. Kolejna odsłona moich fascynacji granicami - to przejścia. Miejsca pełne wojska, przemytników, łapówek i ciemnych interesów. Miejsca przesiąknięte z jednej strony nerwowością i niepokojem, a z drugiej - wymuszonym spokojem, bezczynnością i stagnacją. Uczące cierpliwości - bo nieraz na czekanie w kolejce nie masz wpływu. Połączenie tak sprzecznych emocji, często w oparach benzyny, pyłu i tytoniowego dymu powodowały, ze klimat ten mozna albo pokochac albo znienawidzieć. Ja zakwalifikowałam sie do pierwszej grupy…

Pojawienie sie Unii Europejskiej i tymczasowe zniesienie granic na sporym obszarze naszego kontynentu, w duzym stopniu anulowało tak lubianą przeze mnie atmosfere rozdrganego pogranicza. Przemierzając wiec takie tereny, umownie pozbawione granic, na głownych drogach cieżko nieraz wychwycić nawet moment zmiany kraju. Ot mignie jakas tablica i koniec… Staramy sie więc owe granice przekraczać w miejscach zupelnie nietypowych i nieuczęszczanych (niech choc raz ta UE sie do czegos przyda ;) ) i poprzyglądac sie jak tam, wśród zabitej na głucho prowincji, wygląda świat po obu stronach słupków…

Jednym z takich miejsc jest granica litewsko - łotewska przebiegająca między wioskami Suvainiskis oraz Neretaslauki. Miedzy wioskami rzeczka i mały mostek. I ruch praktycznie zerowy. Rok temu wpadło nam w oko to miejsce, tzn. głownie litewska strona mocy ;) Ale ulewa była taka, ze ciezko bylo w ogole pomyślec o wysiadaniu z auta. Postanowiliśmy więc wrócic tam jeszcze raz.

Przy samej granicy jest spory plac/parking/rondo/zawracalnia? W tle majaczy kościółek z duzych szarych głazów.


Dla kogo i po co tyle asfaltu tu wylali?



I obok stoi wychodek. W szambie duzo siana - i taki zapach panuje w srodku przybytku. Jak w stodole po sianokosach! :)


Do samej granicy przytyka przysiółek drewnianych zabudowan, praktycznie całkowicie opuszczony. Część domów to wiejskie chałupy - inne przypominają wręcz dwory lub kamienice.

Najciekawsze wydaje sie ostatni dom, ktorego ściany prawie opierają sie o słupek. Czy to jakas dawna strażnica? Zdjęcie sprzed roku, gdy z chmur lały sie potoki wody..


I z tegorocznego, pełnego ciepłego światła wieczoru. Rzeźbione zdobienia, werandy, balkoniki, podcienia. Wejście do środka bezproblemowe, pod warunkiem, że ktoś ma nieco wiecej odwagi ode mnie… Wszystko skrzypi, pęka, a ściany i dachy zdają sie śpiewać - jak to w zwyczaju mają domy niedługo przed zawaleniem.






Drewniane chatki prezentują rózny stan zachowania, zarośniecia i ażurowości dachu..








Wnętrza zwykle są już solidnie nadgyzione zębem czasu.. Wygląda jakby stropy miały nie przetrzymać kolejnej zimy..





Meble i inne sprzety dawnego uzytku rozwłóczone są wszędzie…



Piece raczej też już niedziałające…



W rece wpada mi też kilka notatników.. Czy to szkolny zeszyt, pamiętnik czy może przepis na zupe? A może opis dojścia do bursztynowej komnaty? ;)




Staje mi przed oczami scenka sprzed wielu lat.. Połowa lat 80 tych. A ja mam 4 latka. Spędzam wakacje z rodzicami w Skomielnej, w wynajętej chatce, która obecnie nie jest już zamieszkana. Jej ostatni mieszkaniec, stareńka babula, zmarła w ostatnich miesiącach. Obecny właściciel domu, chyba babulowy syn, wynajmuje ją “letnikom” - czyli m.in. nam. W chacie nic sie nie zmieniło od czasu gdy staruszka tam jeszcze mieszkala. Meble, sprzety, strych pełen bambetli. I wypchane dokumentami biurko. To biurko to świat moich marzeń. To wyśnione miejsce eksploracji czterolatka. Kilka razy udaje mi sie niepostrzeżenie zniknąć z oczu dorosłym i dobrać do jego szafeczek. Przekręcam wiec kluczyk i w moje małe łapki wpadają pożółkłe papiery, pełne zdjęć, pieczątek i… wpisów. Najczęściej odręcznych. Niby znam juz literki, ale to znajomość pozwalająca z dumą odczytac “Ursus” na traktorze, ale szlaczki nabazgrane piórem to raczej nie mój poziom.. Gapie się wiec w pliki dokumentów i ciekawość mnie zżera od środka.. Raz postanawiam spytać dorosłych. Ale niestety jedynie dostaje bure za grzebanie w cudzych rzeczach, dokumenty lądują na powrót w biurku, a ja muszę iść umyc ręce.. Wiec kolejnymi razy ściśle trzymam w tajemnicy moje odwiedziny w biurku. I tylko się patrze w kartki, starając sie odgadnąć tajemnicze szlaczki…
Dziś, trzydziesci kilka lat później, napada mnie to samo odczucie. Bo tak samo jak tamten czterolatek nie potrafie nic kompletnie zrozumieć z pliku kartek, które mam przed oczami. Jak łatwo stać sie analfabetą, a pismo w mgnieniu oka przemienia sie w nic nie znaczące mazaje.. Wystarczy sie tylko nieco przemieścić i cała nauka psu w d.. ;)

Zapytałam w internetach. Znalezli sie pomocni ludzie znający nietypowe języki :) Zapiski to ponoc instrukcja obsługi kotłów cieplnych ;) Wiec akurat nic tajemniczego i potęgującego klimat pustej osady na koncu swiata ;)

Jeden z domów, taki piętrowy, otacza wyjątkowo bujna roślinność.



W łopuchy nurkuje z głową.






Nagle spomiędzy wielkich, zielonych parasoli wyskakuje na mnie siedem kotów! Można dostac zawału! Chyba matka z nieco juz podrośnietymi kociętami. Chyba rzadko je tu ktoś niepokoi…

Do wnetrza budynku jest dogodne wejscie - ale tylko dla kota. Cała siódemka włazi. Ostatni sie odwraca i przed zanurkowaniem w szpare ..pokazuje mi język.. Nie powiem, dziwnie sie poczułam..

Mi sie tylko ręka z aparatem mieści..


A dalej krok, mały szus busiowy i jestesmy na Łotwie… Tam gęsta zabudowa nie przytyka do granicy. Wioska jest sporo dalej...

cdn