piątek, 23 czerwca 2017

Zalew, zamek i szkielety ryb- Obwód Kaliningradzki cz.1

Chęc odwiedzenia Obwodu Kaliningradzkiego pojawiła sie u mnie pierwszy raz w 1988 roku kiedy wraz z rodzicami spedzałam wakacje w Krynicy Morskiej. Ktoregos dnia pojechalismy do wioski Piaski- ostatniej osady po polskiej stronie. Poszlismy na spacer plażą. Nie doszlismy do samej granicy bo ponoc byly jakies napisy, ze juz dalej isc nie wolno. Gdzies w tym rejonie zrobilismy na plazy grajdołek ze starych desek wyrzuconych na brzeg i zapodalismy calodzienny piknik. W odroznieniu od plaz w Krynicy- ta byla zupelnie pusta… Gdzies na horyzoncie, tam gdzie juz nie moglismy pojsc majaczyly jakies budynki. Tylko my, wiatr i ta tajemnicza magiczna linia, ktorej nie wolno przekroczyc. To miejsce ciągnelo mnie jak magnes.. Niby zbieralam kamyczki i muszelki, niby taplałam sie w wodzie ale coraz bardziej dryfowalam w tamta strone. Gdy juz odlazłam kawałek puścilam sie biegiem w upatrzona strone. Nie wiem co sobie wyobrazalam, nie wiem co dokladnie chcialam osiagnac, co za chytry plan kołatał sie w główce szesciolatka… Na kolejnych 10 metrach oczywiscie zostalam odłowiona przez rodzicow i odniesiona do grajdołka- z kategorycznym zakazem jakichkolwiek spacerow w tamta strone..

Kilka zdjec z tamtego wyjazdu:


Od tego czasu, gdy na krótkich nózkach biegłam plażą, minelo prawie 30 lat.. Tajemniczy kraj za miedzą zdążyl zmienic nazwe i chyba ulatwil sie proces jego odwiedzenia. A i ja nauczylam sie, ze granice przekracza sie na przejsciach i z dokumentem w kieszeni. Bardzo a to bardzo chcialam dotrzec tam, na mierzeje, gdzie kiedys nie doniosły mnie krotkie nozki i glupi dziecinny plan.. Niestety.. Mierzeja Wiślana po rosyjskiej stronie, zwana tu Bałtijska Kosą jest terenem zamknietym dla turystow, a obcokrajowcow w szczegolnosci. Na miasto Bałtijsk mozna jeszcze uzyskac przepustke- na reszte kosy- nie bardzo. Znalazlam wprawdzie relacje pewnego Białorusina, ktory przepłacil rybaka i poplynal tam łódka przez zalew. Chlopak mierzeje zobaczyl ale stacjonujace tam wojsko szybko go odlowilo i wpakowalo do aresztu. Wprawdzie tylko na 2 dni, ale my nie mielismy w planach az tak dokladnie poznawac lokalnych klimatow. Wiec tym razem tez sie nie udalo. Ale postanowilam choc spojrzec na tą kose przez zalew - a przy okazji odwiedzic wiele innych ciekawych miejsc :)

Granice przekraczamy przejsciem Gronowo- Mamonowo i poczatkowo mamy wrazenie, ze jest ono chyba nieczynne- nikogo nie ma! No dobra- stoja dwa auta.. Ale o co chodzi? Karteczki dostajemy wydrukowane, nie trzeba uzupelniac samemu. Wriemiennyj wwoz babka pomaga mi wypelnic, polowe rubryk wpisuje sama. Mimo cieplego dnia tu pod blaszanymi dachami jest zimno i wieje- jak to jest ze zawsze pizga na granicy? Juz mam isc po koszule ale szlabanik sie otwiera a pan w mundurze ponaglajacymi ruchami pokazuje, ze mamy jechac. Troche nie wiem co sie stalo i co mamy ze soba zrobic. Gdzie kolejki i dlugie senne godziny, gdzie trzepanie auta, zagladanie w podwozie i zlosliwosci, gdzie ci osławieni ruscy słuzbisci, ktorzy nie dadza nam tu zyc?? Poki co jest podniesiony szlaban, komplet pieczatek gdzie trzeba i pas asfaltu niknacy gdzies w oddali. Wręcz nie wiemy co ze soba zrobic! Chyba minelo niecale pol godziny! Ale szok!

W Mamonowie ide szukac kibla a mignelo mi miedzy drzewami cos na ksztalt tojtoja. Tak odkrywam plac zabaw i dosyc małe ale zawsze ruiny kościoła. Jedna sciana. Robie zdjecie. Podchodzi do mnie na oko 10 letnia dziewczynka i pyta czemu robie zdjecia. Mowie jej ze stary kosciol, ze ruiny i ze ciekawe. Dziewczynka biegnie do mamy i ze smutkiem pomieszanym z wyrzutem pyta: “Czemu mi nigdy nie powiedzialas ze to jest ciekawe”?


Pierwsze zdjecie i juz jakas historia! :) A obiecalam toperzowi, ze nie bede robic podejrzanych zdjec. Nawet specjalnie z tej racji nie wzielam aparatu z zoomem 60 tylko 16. Zeby nie kusilo. Wiele razy z błyskiem w oku łapalam za aparat, tak z przyzwyczajenia i ogromna siła woli odkladalam go jednak na miejsce. Musze więc wszystkich rozczarowac- nie bedzie zdjec baz wojskowych- czynnych ani opuszczonych, kolumn ciezarowek wożących czołgi po autostradzie, stad tłustych bojowych helikopterow czochrających brzuchami o drzewa, radarow i innych tego typu ciekawych obiektow i sytuacji. Lubie takie klimaty ale wiem ze tutaj sa na tym punkcie przewrazliwieni. I nie maja poczucia humoru.

Potem jedziemy w strone zamku Balga, zobaczyc zalew i poszukac miejsca podpisanego na mapie “turbaza”. Do torow jedzie sie normalnie a dalej droga wchodzi w wąwóz.


Po jego drugiej stronie pojawiaja sie kocie łby a potem połamany asfalt gdzie wpadamy w dziury jak leje po bombach a drzewa i krzewy zwieszaja sie na poł drogi. Tereny wokol to bagna i miejsca jakby dawnych wsi. Okolica bardzo mi przypomina Wilsznie w Beskidzie Niskim.


Mijamy jakies rozdroze. Jedziemy w lewo. Nie wiem czemu. Na czuja. Droga w lewo jest szersza ale w prawo odszedl asfalt. Jedziemy ale z coraz mniejsza pewnoscia siebie. To nasza pierwsza boczna droga w tym kraju i nie wiemy jakie sa realia. Wyglada jak droga donikad. I strasznie sie dluzy- chyba jezdzimy w kólko! Juz chcemy zawracac myslac, ze pomylismy drogi. Ale dostrzegamy druty. Jak idzie elektrycznosc- to chyba cos tam jest? Kawalek dalej pojawia sie utopiona w zieleni osada 3 domy i drogowskaz “turbaza”. Nie ulega wątpliwosci, ze bedzie tu klimatycznie!


Obiekt jest otwarty i zdecydowanie przeznaczony dla turystow. Akurat dzis rano zjechaly tu jakies militarne kolonie i pól placu jest zasiedlone namiotami, miedzy ktorymi biega dzieciarnia w mundurach. Wszystkie maja takie same naszywki, ale nie moge przeczytac co na jest na nich napisane- dzieciaki sie za bardzo kręca.


Jest tez na terenie jeden wypasny domek, nie bardzo pasujacy do calego otoczenia. Wyglada jakby wylądował tu zupelnym przypadkiem. Na poczatku prowadzą nas do niego. Za 60 zl od osoby, ze skorzanymi kanapami, telewizorem na pol sciany i innymi bajerami, ktore niekoniecznie mamy ochote ogladac. Tu sie ponoc bawią bogaci z miasta gdy chca zachowac anonimowosc. Mowimy babce opiekujacej sie przybytkiem, ze my wolimy spac w busiu bo taniej i przyjemniej. Płacimy wiec 5 zl za osobe i chowamy sie za ową willa coby nas dzieciaki nie zadeptaly na swoich manewrach.


Cala baza jest dokladnie taka jak lubie najbardziej- kilka starych trojkątnych domkow, wiatki biesiadne, wysoka trawa, sielski klimat.


Z cyklu- śladami normalnych hustawek!


Jest tez kibelek sławojka trzyoczkowa, o zapachu starego drewna i suszonych ziół.


Mamy okazje tez wysłuchac dlugą historie 4 tutejszych, przybazowych kotów- ich miejsca pochodzenia, zawiłosci własnosciowych, wzajemnych odnoszen, zwyczajów i roznic w charakterach. Potem je obserwujac dokladnie wiemy z kim mamy do czynienia!


Zamek Balga jest nieopodal- zbudowane przez Krzyżaków obecnie ruiny z czerwonej cegły utopione w komarzym lesie. Koło ruin stoi przyczepa i siedzi koles w mundurze ktory robi sobie grila. Droge przegradza łancuch. Pytamy wiec goscia czy mozna obejrzec zamek. Jego ponura twarz sie natychmiast rozpromienia w usmiechu i mowi, ze tak, oczywiscie, a nawet nalezy zwiedzic bo to piekne miejsce a on sie cieszy jak pojawiaja sie tu turysci. Mam wrazenie, ze ogromnie ucieszylo go to zapytanie bo poczuł sie potrzebny i doceniony. Zyczy nam miłego dnia, zdrowia i długo macha gdy znikamy wsrod drzew. Jak czasem w latwy sposob mozna komus sprawic radosc!

Przy zamku ciezko stanac choc na chwile bo od razu opada rój bzyczacych paskudztw!


Dosc stromym zboczem schodzimy z klify na plaze.


Idziemy w kierunku przylądka oznaczonego na mapie “Mys Siewiernyj”. Wybrzeze jest piaszczyste, trawiaste lub kamieniste, miejscami sa tez spore, gliniaste klify.


Przerwa na wrzucanie kamyczków!


W klifach napotykamy skalne miasto jaskółcze- lataja ich dziesiatki i drą dzioby! Jak gruzinska Wardzia w miniaturze!


A od Bałtijska dochodza dzwieki jakis dzwigów czy przeładunku.. W oddali majaczy MOJA MIERZEJA!


Zalew jest chyba niezbyt czysty bo na brzegu lezy duzo zdechłych ryb rozmaitych gatunków i w roznym stopniu rozkladu.


Oprocz ryb morze wyrzucilo tez łuske, wojskową skrzynie, malownicze korzenie i duzo bursztynow.


Ptactwa w wodzie jest sporo, widac są bardziej odporne niz ryby.


Jest tez kamyk z dziwna żyłką. Jakos skojarzyl mi sie z pasożytem loa loa, ktory wkreca sie pod skore i wyglada podobnie ;)


Widac sporo miejsc ogniskowo- piknikowych. A moze rybackich? Choc w tej materii chyba łatwiej by bylo pozbierac z piasku niz siedziec z wędką… ;)


Po zalewie pływa łódz, a na niej kilku chłopakow z obozu w naszej turbazie. Łodka ma bardzo nietypowe żagle, chyba pierwszy raz takie widze!


Gdy wracamy dzieciarnia bawi sie w chowanego a mimo sporej ilosci budyneczkow i drzew- najlepsze miejsce zeby sie schowac jest za busiem! Jedna dziewczynka nawet probuje wpełznac pod samochod ale toperz ją odgania. Dzieciaki i komary tego dnia sa dosyc natrętne. Na komary spreje nieco pomagaja- na dzieci niekoniecznie ;)

Pomaga monotonny glos, ktory zaczyna sie odzywac z megafonu- dzieciaki sa zwoływane na wieczorny apel. Nie wiem czy on ma na celu uspienie ekipy aby nie dokazywala zbytnio nocami, ale przez godzine sa wyczytywane chyba nazwiska delikwentow i jakas krotka charakterystyka zasług czy wymagan wzgledem danej osoby. Chyba- bo nie bardzo potrafie cokolwiek zrozumiec z tego bełkoto-charkotu. Czasem monotonie przerywaja oklaski lub gwizdy.

Wieczorem mam okazje robic za opiekuna bazy, gdy przychodzi jakas babka i wypytuje o ceny, zasady noclegu i bazowe udogodnienia ;) No coz- oprowadzam wiec - na ile jestem w stanie.

Rano, gdy juz opuszczamy tą okolice, zatrzymujemy sie jeszcze przy jednym z domkow wpółopuszczonej osady. Na stołach, ławach i trawie zostaly wyłozone rozne szpargały, głownie znalezione w starych sadach lub wykopane z ziemi przy pomocy wykrywacza metalu. Sa łuski po nabojach, resztki maszyn rolniczych, wojskowego wyposazenia, czy niemieckiej zastawy stołowej. Kazdy eksponat mozna kupic, acz chyba glownie leżą tu dekoracyjnie bo teren nie jest zbyt tłumnie odwiedzany przez turystow żądnych nabywania pamiątek. Wszystko to fajnie wyglada - ale razem. Bardzo chce wybrac jakas jedna rzecz aby miec stad pamiatke, ale naprawde ciezko sie zdecydowac. Ostetecznie pada na jakas małą butelczyne z niemieckim napisem za 100 rubli (okolo 6.5zl) w ktorej w srodku jest jakas resztka bardzo smierdzacej oleistej cieszy (to odkrywam pozniej).


Maja tu tez tablice, ktore dokladnie opisuja kiedy nie wolno wchodzic (wjezdzac) na lód na zalewie.. U nas pewnie nie wolno nigdy… ;)


A my tymczasem jedziemy szukac kolejnych nadzalewowych “baz oddycha”, co do ktorych mamy nadzieje, ze tam rowniez zatrzymal sie czas! :)

cdn

3 komentarze:

  1. Buba, gratuluje 95 relacji ;-)
    Dlaczego 95?
    Bo jak będzie setna, to się nie dopcham z gratulacjami :-)

    PS. Nie mogę się powstrzymać, by czegos nie poprawić. Disculpe ;-)
    "Dosc stromym zboczem schodzimy z klify na plaze"
    Hmm...ten stromy brzeg to klif (on!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli schodzimy z "klifa"? czy "klifu"???

      Usuń
    2. Wytrawna narratorka zartowac, jak widać, też lubi :-)
      https://pl.wiktionary.org/wiki/klif
      KLIFU

      Usuń