środa, 1 kwietnia 2015

Ukraina - Bagna, piach i dużo piwa- czyli majowy wypad na Polesie cz.1 (2011)

„Taki już bowiem jest mój nałóg, że zamiast szukać dziwów świata po udeptanych szlakach, brodziłem całe życie tylko przez piaski, bagna i manowce omijane przez wszystkich, wpatrując się w dno tych rzek modrych, w łąki i gaje, w ludzi, którzy należą jeszcze do otaczającej ich natury, w ich chaty i stare cmentarzyska..." Zygmunt Gloger Miały być bezkresne bagna, głuszcze, cietrzewie i pływanie łodka... Były rozlewiska , piaszczyste wydmy, koncerty żab, bania i duuuzo piwa. (to ostatnie oczywiscie w planach również było ;) ) Tereny bagienne jakos od zawsze wyjatkowo mnie pociagaly. Może dlatego , ze tam zwykle mniejsza gestosc zaludnienia niż gdzie indziej? Może dlatego, ze nocami podnosza się mgly i dziwne opary? Może dlatego, ze gdy mialam kilka lat babcia mi często opowiadala o błędnych ognikach? Może dlatego, ze teren nie bedacy ani woda ani lądem ma w sobie jakas tajemnicza nierealnosc- ni to przejsc, ni to przeplynac... I tylko ptactwo o dziwnych glosach ma tam swoje siedziby... Widok ogromnych zakreskowanych terenów na mapach, nad wszystkimi dopływami Prypeci, potęgowany zdjeciami ze znalezionego w empiku albumu „Polesie” spowodowaly , ze trzeba koniecznie tam pojechac. Nie mogac zwalczyc wrodzonego lenistwa, nie wyrobilismy bialoruskich wiz... Wybor padl na Polesie ukrainskie... Poczatkowo mialo nas jechac więcej.. Ale jak to bywa przed wyjazdem ekipa zwykle się wykrusza.. Zostalo nas sześcioro: buba i topeerz, Franek z forum sudety.it, Mateusz zwany również Łysym lub Wcześniakiem z forum bukrowiec.com.pl wraz z kolega Jackiem oraz Grześ- wierny towarzysz roznistych wypraw na wschod od wielu, wielu lat. Lwów wita nas wyjatkowo niemajową pogoda.. Jest plus 3, ciemne chmury, wiatr i popaduje, co w połaczeniu ze wspomnieniami sprzed 3 dni , gdy w Oławie padal snieg, nie nastraja zbytnio optymistycznie.. Z ekipa spotykamy się w naszej ulubionej przydworcowej knajpce, gdzie wyjadamy wszystkie bedace na stanie solianki, barszcze i pielmieni ;) Na peronie spotykamy Marcina, który to jezdzil sporo z nami w gory w latach 2004-2006. A potem jakos przepadl jak kamien w wode.. I tu nagle się spotykamy po kilku latach, przypadkiem na lwowskim peronie. Marcin jedzie z jakims referatem na miedzynarodowe warsztaty organizowane w Rownem. Jako ze się dawno nie widzielismy pogawedkom nie ma konca. Na Ukrainie zawsze jak pamietam pociagi jezdzily bardzo punktualnie, nie spoznialy się , nie wypadaly... Ale niestety chyba się Ukraina zapatrzyla na swojego zachodniego sasiada... Nasz pociag do Równego ma ponad godzine opoznienia.. Niezbyt dobry nastroj z tego powodu rekompensujemy sobie w wagonie restauracyjnym zakupujac spore ilosci lvivskich i obołonów.

Wogole dziwny jakiś jest ten nasz pociag.. ni to elektryczka, ni to wagon dalekobiezny.. Niby wyglada jak elektryczka ale taka de lux, z miekkimi siedzeniami, numerowanymi miejscami i jeszcze naklejkami ze „monitoring”. Brrrrrrrr W Równym na przesiadke mielismy 50 min... Gdy wysiadamy na peron, natychmiast puszczamy się w galop za miejscowymi, którzy wciąż maja nadzieje, ze pociag na Sarny stoi na peronie.. Gdy wbiegamy na wiadukt jeszcze stoi.. ale właśnie rusza i mamy mozliwosc podziwania z wiaduktu konca naszego pociagu... Nie pomogly okrzyki i podskakiwania.. Zeby choc go nie zobaczyc... ale wyjatkowo przykro widziec jak było blisko.. Zabraklo minuty? A może 30 sekund? Zatem nas czeka 3 godzinna podroz autobusem...bez kibla... Niech to szlag!!! a mi jak na zlosc tak się chce pic!!! Pytamy kolo dworca kolejowego o autobusy na Sarny. Niestety stad nic nie ma- odsylaja nas na dworzec autobusowy , na który trzeba dojechac marszrutka.. Zatem jedziemy... To jednak nie koniec naszego zaznajamiania się z urokami równieńskiej komunikacji.. Na miejscu dowiadujemy się w kasie, ze faktycznie trafilismy na dworzec autobusowy- ale nie na ten wlasciwy, ze tu nie ma połaczen na Sarny. Tamten kolejny dworzec nazywa się „awtostancja czajka” i jest daleko stad... Tzn trzeba tam dojechac marszrutka... Trzeci z kolei dworzec autobusowy okazuje się odpowiedni więc nabywamy bilety- nawet prosto do naszego celu- do Antoniwki. Jednak nasz autobus nie przyjezdza.. Pol godziny po planowanym czasie odjazdu przychodzi kasjerka i informuje , ze „wasz awtobus połamałsja” i ona nam już wypisala nowe bilety na następny do Antoniwki ale na za dwie godziny!! Zatem przekonujemy pania aby nam jednak przepisala bilety na autobus do Saren, który jest za chwile.. Babki nie są zachwycone przepisywaniem biletow po raz trzeci, troche się już zamotały w długich serpentynach anulowanych wydruków z roznych kas fiskalnych... Wręcz sluchac oddech ulgi gdy wpakowani wraz z plecakami we wlasciwy autobus opuszczamy peron i znikamy im z oczu.. W Sarnach pogoda chyba jeszcze paskudniejsza a przydworcowe knajpy ciemne, zimne bez kawalka jedzenia... W Antoniwce pada... W deszczu odnajdujemy „kafe” gdzie właśnie trwaja przygotowania do jutrzejszego wesela. Dziewczyny łącza stoly, nakrywaja bialymi obrusami, wieszaja na scianach baloniki i rozne wierszyki o sympatii do tesciowej czy metodach zwabiania bocianów ;) Na szczescie barmanka mimo wszystko nas wpuszcza, odstawia nam jeden stolik i obiecuje przygotowac cieple zarcie. Po calym dniu marzniecia na roznistych dworcach ta ciepla knajpa z parujacym zarciem jawi się rajem :) Spedzamy tam chyba z 2 godziny.

Zapoznajemy tu również roznych miejscowych milosnikow napojów wyskokowych, którzy wraz z cala eskadra miejscowych chlopaczkow na motocyklach za nic nie chca nas opuscic.

Przemierzamy więc wioske z ciagnacym się za nami orszakiem , który zamiast się wykruszac można powiedziec , ze przybiera na sile ;) Dziś wyjatkowo planujemy się wyspac, więc szybko porzucamy propozycje barmanki na nocleg w ogolnodostepnym sadzie kolo lesniczowki.. Tam będzie mieć na glowie cala wies!! Szukamy zatem jakiejs polanki bardziej zacisznej, gdzies przy gospodarstwie.. Nad nami szumia bezlistne gałęzie, bloto chlupocze pod nogami a mżacy deszcz nie sklania do dlugich nocnych posiadówek. Wieczorem odwiedza nas gospodarz, przynosi nam mleko- jeszcze cieplutkie!!! Opowiada dużo o ziolach, o ziolowych masciach, ktorymi można wyleczyc najrozniejsze skorne choroby dużo lepiej niż specyfikami z apteki. Poleca kilku miejscowych z okolicy, którzy maja domowa apteke tzn chodza na bagna za ziolami a potem wyrabiaja masci i je sprzedaja, nawet za granice. Dowiadujemy się tez o jakiś tajemniczych ziolach, które rosna tylko tu na Polesiu, na Krymie i na Kaukazie i ze wystarczy nimi potrzec rece i dzialaja jak najlepsza przyneta na ryby , które można wtedy łapac gołymi rękami. Facet zarzeka się , ze widział taki połów na wlasne oczy. Rozmowa ( a raczej monolog) schodzi tez na tematy religijne, cerkwi, swietych- widac nasz gospodarz jest osoba bardzo wierzaca, przytacza rozne przyklady z zycia swietych czy cytaty z pisma swietego , które powinnismy nasladowac w codziennym zyciu. Ciekawe tez, ze mowi cos w stylu, ze jak się udusi drugiego czlowieka , to nie znaczy od razu , ze ten czyn plami ci dusze... Bo jak masz dobra dusze, to Bog o tym wie, nawet jak kogos zabijesz.. Mam nadzieje, ze cos zle goscia zrozumielismy... Bo inaczej to strach się bać ;) Poranek wita nas chlodny- ale wreszcie sloneczny!!!! Wstajemy wczesnie, przed 6 , zeby zdążyc na kolejke.

Dziś zamierzamy przejechac na trasie Antoniwka -Zariczne kolejka waskotorowa zwana tu „Kukuszka”. Jest ona ponoc najdlusza waskotowka w Europie, ma 106 km. Ciągnie 4 wagony i jedzie się kolo 3.5 godziny.


Pakujemy się w ostatni wagon- stad beda najlepsze widoki.

Szczególnie fajne są przejscia miedzywagonowe. W odroznieniu od tych w normalnych pociagach- te są otwarte, przechodzi się po ruszajacych się na wszystkie strony blachach, trzymajac pordzewialych poreczy. W czasie podrozy trzeba ta trase pokonac kilkakrotnie- kibelek jest jeden- w pierwszym wagonie :-)


W naszym wagonie jest nawet miejsce sypialne- nie wiem czy dla konduktora/maszynisty czy wyjatkowo zmeczonych podroznych.

Droga mija na rozpijaniu winka, mleka i przygladaniu się lokalnemu swiatu.

Mijamy klimatyczne targi, gdzie miejscowi kupuja m.in. jakieś produkty w ogromnych bialych workach, a wokół stoja zaparkowane furmanki i pasa się cale stada koni. Tu na Polesiu zwraca uwage mocowanie konia do wozu- za pomoca takiego kabłąka idacego nad glowa konia. Mam wrazenie , ze w innych terenach np. w Karpatach zaprzegi są inne , przewaznie z homontem.




Mijamy przycupniete ciche wioski i osady, do niektorych nie dociera zbyt wiele drog, a kolejka jest jedynym kontaktem ze swiatem. Chyba maja tu dość srogie zimy- o czym swiadczy duza ilosc przygotowywanego drewna, ulozonego w malownicze stosy.



Torowisko wije się przez bagna, rozlewiska oraz piaszczyste wydmy. Kolejka przejezdza tez przez most na rzece Styr- jeden z najdluzszych drewnianych mostow kolejowych w Europie.

W Ostriwsku przysiada się dwojka miejscowych. Z rozrzewnieniem wspominaja dawne czasy , kiedy w ich rodzinnej wiosce był kombinat przetworstwa runa lesnego, a ich produkty z poleskich malin, jagod czy morwy szly w puszkach w swiat..Ludzie wtedy mieli prace a mlodziez nie uciekala do miast.. Polecaja nam również kilka okolicznych jezior na letni wypoczynek oraz wykazuja ogromne zainteresowanie ile wynosi srednia polska pensja. Przeliczaja to potem na rozliczne waluty- dolary, euro, hrywny. Babka cos nie może uwierzyc w czysto turystyczny cel naszej trasy: „Na pewno jestescie dziennikarzami i piszecie ksiazke. Normalni turysci nie rozmawiaja z miejscowymi”..

Nie jestesmy jedynymi turystami w kolejce- jedzie tez kilkoro mlodych Ukraincow z duzymi plecakami. Zariczne wita nas już typowo letnia pogoda :) W pociagu zesmy mocno zmarzli (tak się konczy jechanie prawie 4 godziny w otwartych drzwiach ;)) więc cieple promienie slonca ciesza podwojnie! Poczatkowo planujemy dalej isc w kierunku wsi Hołubne, ale najpierw zwiedzanie miasteczka. Piwo pod sklepem, obiad w knajpie- gdzie szykuje się wesele.

Wogole w miescie dwukrotnie spotykamy orszaki weselne, pelne wypucowanych ład i zaporozcow, balonikow, wstązek i odswietnych uczestnikow, których stroje az kapią od cekinow, lejących i lśniacych materiałow, złotych łancuszkow i ostrych makijazy.

Gdy już najedzeni krecimy się po miasteczku w poszukiwaniu rzeki , zaczepia nas mlody miejscowy chlopak. Sugeruje, ze jeśli szukamy przyrody i klimatu- to koniecznie musimy jechac do wioski Komory. Polozona na bagnach, prawie przy bialoruskiej granicy, ponoc jest oaza spokoju i starych chat krytych strzecha. Opowiada nam o rozlewiskach Prypeci, ptakach i wsi zagubionej na koncu swiata.. Chyba on, jako jedyny z miejscowych zrozumial po co tu przyjechalismy. Jednoglosnie i bez najmniejszego wahania zmieniamy plany- zatem ruszamy na autobus do Mutwicji, a dalej 10-15 km pieszo... Bo do Komor autobus jezdzi tylko raz w tygodniu.. Odwiedza nas także mer miasteczka Zariczne, zaciekawiony obecnoscia niecodziennych gosci. On również poleca nam odwiedzic Komory. W Mutwicji zwraca uwage zgrupowanie duzego tłumu ludzi. Poczatkowo myslimy , ze skoro dziś niedziela to pewnie jakas msza polowa pod krzyzem lub kapliczka. Zgromadzenie okazuje się jednak być obchodami „dnia pobiedy” pod pomnikiem z czerwona gwiazda. Odswietnie ubrane dzieci deklamuja na podwyzszeniu wierszyki, spiewaja piosenki, są tez przemowy starszych dostojnym glosem czy jakieś chóralne spiewy puszczane z magnetofonu. Często padaja slowa: „zolnierz”, „zwyciestwo”, „wolnosc”, „ojczyzna” czy „rok 42” Ponoc we wsi zostalo jeszcze dwoch weteranow więc cala impreza jest glownie dla nich.

Natomiast na ławeczce nieopodal siedzi grupka mlodziezy, je lody, pali fajki, pokrzykuje ,smieje się glupkowato i puszcza skoczne melodyjki z komórek. Spotyka się to z oburzeniem starszych, którzy kilka razy ich upominaja , zeby się uspokoili przynajmniej na czas uroczystosci lub poszli sobie robic bydlo gdzies dalej. Bezskutecznie, mlodzi nic sobie z tego nie robia... Ich zachowanie bynajmniej nie jest spowodowane niechecia do związku radzieckiego i wspomnien z tym zwiazanych. Nie robia wrazenia zwolennikow niepodleglej Ukrainy czy frakcji „Wolne Polesie”, ktorym dzisiejsze obchody nie w smak.. Z tego co mowi jedna z babuszek- w cerkwi zachowuja się podobnie... Oni po prostu maja wszystko totalnie w d... No może oprócz swoich lsniacych telefonow , które poleruja kilkakrotnie rękawami bluz..

Po pomnikowej uroczystosci swiateczna atmosfera raczej się nie rozplywa- zdaje się przybierac na sile. Tłum rusza gromadnie w strone sklepow i knajp. Starsi obsiadaja ławeczki i sądzac po podniesionych glosach i machaniu rekami- pewnie rozmawiaja o polityce ;) Bardziej sielska atmosfera plynie z ławeczek obsiadnietych przez starsze kobiecinki w kolorowych chustach.



Zapoznajemy się także z miejscowa nauczycielka, która robi nam zdjecie. Opowiada nam, ze w wiosce był kiedys polski majatek, jest teraz jakieś muzeum i parę razy do roku przyjezdza tu „jakis polski pan”. Ledwo wyrywamy się miejscowym, odchodzimy kawalek a tu następny mily sklep!! Grzechem by było nie odwiedzic tak zacnego przybytku! I znow trzeba tlumaczyc grupce wesolych babek siedzacych na winkiem w sklepie kim jestesmy, po co przyjechalismy. Najpierw niezmiernie się dziwia po co tu takie kawal jechalismy, przeciez tu nic nie ma.. Tlumacze im, ze przyroda, ze ptaki, ze waskotorowka, bagna, zaby i odpoczynek na łonie natury.. Jednoglosnie przyznaja mi racje, ze faktycznie Polesie to najpiekniejszy zakątek Ukrainy, jeśli nie calej Europy! Nigdzie nie jest tak pieknie jak tu u nich! Babki się troche ze mnie smieja, z odcieniem wspolczucia, ze mam „pięciu mużyków” do upilnowania, „a z jednym nieraz ciezko bywa jak się rozbryka”.

„Moje mużyki” pod sklepem tez nie próżnuja. Przysiedli się dwaj miejscowi – Sasza i ojciec Artioma. (jego imienia nikt nie zapamietal) Więc snuja się tematy o historii, narodowych fryzurach ukrainskich kozakow, czy „chachoł” jest okresleniem obrazliwym, o sympatii (lub jej braku) do Rosjan. Koniecznie chca nam pokazac jakas „dzika koze” , która jakiś facet hoduje w domu. Chca nas odwozic autem do Komor, mimo ze wszyscy już troche wypili. Ostatecznie odprowadzaja nas pod krzyz za wsia, który zawsze stroja na wielkanoc. Opowiadaja tez o grobli, którą prowadzi droga do wsi Komory- dawniej było tylko bagno.. Tam się żegnamy.

Dalej czeka nas pierwsze spotkanie z chmarami komarow i repelentem z alegro- który faktycznie okazuje się skuteczny. Za lasem otwiera się widok na rozlegle bagna i starorzecza , które trzeba przebrodzic. Graja tysiace zab i ptaki- bąki- wydajace odglos jakby ktos dmuchał w pusta butelke. W koncu slonce chyli się ku zachodowi (Wczesniak wygrywa zaklad o której slonce zajdzie). Stawiamy namioty na suchej kępce wsrod bagien. Dalej ksiezyc, wino, jeszcze więcej zab i nocne kwikanie ptactwa wsrod podnoszących się mgiel...





Poranek na bagnie wita nas sloneczny i wrecz upalny- pogoda raczej jak w lipcu a nie w poczatkach maja.

Suniemy dalej w strone Komor, robiac postoje z piwem na rozdrozach i oddajac się blogiej sielance.


Wchodzac do Komor napotykamy grupke miejscowych, od ktorych się dowiadujemy , ze sklepu tu już od wielu lat nie ma. Zatem nie tylko piwa , ale kwasu i „sadoczka” również nie będzie :( Na „glownym” skrzyzowaniu wisi tylko zardzewiala skrzynka pocztowa, wewnatrz której ptak uwil gniazdo.

Wioska jest urocza, chalupy ze strzecha, kwitnace bzy, omszale ploty i więcej bocianow jak ludzi. Prawie na kazdym domu, stodole, spichlerzyku- okazale gniazdo, gdzie dumny bociek z rozdziawionym dziobem wysiaduje jajka. I cisza... ogluszajaca cisza.. niezmącona szumem aut, szczekaniem psow, czy nawet odglosami gospodarskiego zycia. I niesamowite poczucie blogiego spokoju, roztaczajacego się z niebieskomalowanych okien, z porosnietych dzikim chmielem plotow czy piaszczystych drog. Spokoj emanuje także ze spracowanych twarzy starszych ludzi, siedzacych na laweczkach czy dogladajacych przydomowego ogrodka.. Zdaje się, jakby ci ludzie wogole nie znali co to pospiech.. Z laseczka, zgieci w pół, ale z wiazka wlasnego bzu w rece, aby zatknac w sloiku na stole. Pewnie ciezkie tu życie, zwłaszcza dla schorowanego staruszka, ale przypuszczam, ze większość mieszkancow nie przezylaby dlugo w halasliwym , nowoczesnym miescie..








Krzaki bzu osiagaja tu gigantyczne rozmiary!

Postanawiamy nabrac wody. W tym celu udajemy się do pobliskiego gospodarstwa, gdzie kilkoro ludzi pracuje w ogrodku. Okazuje się , ze mieszkanką Komor jest tylko babuszka – pani Jewdokija. Reszta to jej rodzina z Bialorusi. Mlodzi przyjezdzaja jej pomagac w polu, ogrodzie i sadzie. Wiele sasiadek jej bardzo zazdrosci- nie do wszystkich przyjezdzaja dzieci i wnuki. Wiele z nich wyjechalo do miast czy nawet innych krajow i zapomnialo o rodzicach i wsi zagubionej wsrod poleskich bagien. Dziś wies liczy 62 mieszkancow, z których żaden nie ma ponizej 50 lat. Jeszcze za sojuza była to ogromna wies- ponad 600 ludzi, kolchoz, szkola, 2 sklepy, dom kultury, codziennie kilka kursow autobusow do Zaricznego. Teraz autobus dociera rzadko.. I to nie tak jak nam mowili , ze w srody, tylko w ostatnia srode miesiaca. Dawniej jezdzil przez Neńkowyczi, ale wylaly bagna , woda na drodze prawie do pasa i nic nie przejedzie. Tylko od Mutwicji da rade, tam bród ponizej kolan. Sklep objazdowy dociera do wioski raz na tydzien- 2 ososbowe auta zaladowane po dach- chlebem, kasza, cukrem i innymi drobiazgami sprowadzanymi na zamowienie dla konkretnych gospodarzy. Pytam pania Jewdokije czy docieraja tu czasem turysci. Babcia mowi, ze oczywiscie- i to nawet calkiem często. Do sasiada na gorce przyjezdza często syn z Rosji z cala rodzina, do sasiadki co tydzien zaglada siostra. I z niedalekiej Mutwicji przyjezdzaja, za ryba, za grzybami, albo trzcine z bagien zbierac.. Jasne , ze w Komorach kreca się turysci!!!! Gdy wracam z woda przez wies usilnie nasuwa mi się jedno pytanie- dlaczego nasze pokolenie jest pierwszym, które już nie jest w stanie mieszkac w takiej wiosce? Patrze w puste , wymarle okna, ogrodki, gdzie już nie ma gwaru bawiacych się dzieci, ploty, przez które już nikt nie przełazi na jablka do cudzego sadu, przechadzaja się koty, których już nikt nie ciągnie za ogon... Ludzie latami i pokoleniami zyli w takich wsiach, 200 lat temu, 100 lat temu, 50... Naciagali wody zurawiami, uprawiali ziemie, naprawiali strzechy i stare drewniane chalupy. Zyli zgodnie z rytmem przyrody jak ich nauczyli rodzice i dziadkowie. Wies zyla, pelna wielopokoleniowych rodzin, rodzily się dzieci, umieraly staruszki.. Az nagle przyszlo jedno pokolenie , które już na wsi zyc nie chce i nie potrafi- „bo się nie da tak zyc”. Co było przyczyna tej gwaltownej zmiany? Czy komunizm, który nauczyl , ze kolchoz da wszystko, a jak upadl to już nie ma pomyslu na życie i prace? Czy telewizja i internet pokazujace , ze swiat się nie konczy na rodzinnej wsi? Czy reklamy promujace jedynie obraz miejskich ludzi sukcesu? I chyba jestesmy tez ostatnim pokoleniem, które jest w stanie zobaczyc na wlasne oczy takie wsie, w schylkowej formie, ale jeszcze naprawdę.. Dla naszych dzieci i wnukow zostana już tylko skanseny i kiczowate ,trącace cepelia agroturystyki.. I zdjecia.. których staram się tu zrobic jak najwięcej... Woda , której nabralismy jest zielona, mętna i pachnie bagnem. Chyba studnia zbyt gleboka nie była.. Franek- jedyny odwazny który się jej napil, twierdzi, ze jest dziwnie slodkawa w smaku. Wybieramy się tez z toperzem, Jackiem i Frankiem na poszukiwanie Prypeci, które jest tu rzeka graniczna. Dotarcie do jej glownego koryta jednak nie jest takie proste.. Co chwile droga niknie w polach uprawnych lub kanałach. Dajemy sobie więc spokoj z rzeka i wracamy do wsi, mijajac po drodze stodole, z dziwna , wysoka antena. Wogole co nas bardzo zdziwilo tu w rejonie- teren wybitnie przygraniczny, a my nie spotkalismy ani pol pogranicznika. W Polsce- na Roztoczu, Podlasiu, co rusz ktos nas legitymowal, ostrzegal by nie zblizac się do slupkow, zwykle o takim przygranicznym rajdzie wiedzialy już wszystkie okoliczne posterunki. Przy granicy ukrainsko-rumunskiej- zastawy w Szybenem, Perkałabie, Łuhach.Wrecz legendy o potrzebie przepustek czy zawracaniu turystow z ich trasy. Zwykle calkiem mili straznicy kręcący się po gorach, mozolnie przepisujacy dane z paszportow czy domagajacy się okazania „imigracyjnych wiz”. I to zarowno przed jak i po brataniu się z UE.. A tu? Ponad tydzien plątania się po strefie przygranicznej, noclegow w bagnach i lasach i ani jednej zielonej czapki sterczacej zza krzaka! Postanawiamy dziś znow postawic biwak na bagnach i wyslac ekspedycje do sklepu po napoje chlodzaco-rozgrzewajace. Idziemy więc z powrotem w piekacym sloncu, a znad bagien nadciaga burza.. Kłebiaste , czarne chmury, a po wodzie niosa się z oddali zlowieszcze pomruki grzmotow. Wszyscy mamy nadzieje, ze uda sie postawic namioty zanim nam solidnie doleje. Łapiemy stopa- co jest nieproste na tej drodze, gdzie jezdza przewaznie motocykle i furmanki wypelnione gnojem. Nasz stop to bialoruski busik wiozacy rodzinke wracajaca z Komor od babci. Pochodzą stąd, ale teraz mieszkaja w Pińsku. Za wszelka cene chca nam odradzic nocleg na bagnach i zawiezc nad jezioro Sosne albo do lasku kolo Mutwicji. Jednak zapada decyzja , ze część ekipy wysiada przy upatrzonym rano miejscu biwakowym i stawia namioty, a reszta jedzie autem do sklepu i wraca pieszo z łupami do obozu. I tu popełnilam najwiekszy błąd na calym wyjezdzie, którego dlugo sobie nie wybacze... Troche już dziś pochodzilismy i perspektywa kolejnych 5 km nie napawa mnie radoscia... Do tego ta burza, która coraz bardziej ochoczo nadciaga, widac już blyski.. Nie dość , ze trzeba będzie isc, niesc ciezkie rzeczy to jeszcze nam doleje.. Padłam ofiarą wlasnego lenistwa.... :-( :-( Natomiast dzielni i najbardziej spragnieni w skladzie Wczesniak, Jacek i Grzes ruszaja w strone sklepu. Ja , toperz i franek zostajemy na obozowisku. Stawiamy, namioty, zbieramy chrust na ognicho,wygrzewamy się na karimatach łapiac ostatnie dzisiejsze promienie slonca, obserwujemy ptaki przez lornetke, moczymy nogi w kanale pelnym wodorostow. Dno kanaly było tak sliskie, ze nie dalo się stanac, nogi trzeba było moczyc na zmiane ;)


Ostatecznie burza nam nie odpuszcza, leje, wieje, więc chowamy się do namiotu, zastanawiajac się czy stojace nieopodal brzozy przypadkiem nie są najwyzsze w okolicy ;)




Burza w większości przechodzi gdzies bokiem.. A naszych wciąż nie ma... Pojawia się podejrzenie, ze przeczekuja burze w sklepo-knajpie. W tym momencie pojawia się ta pierwsza nutka zazdrosci- kurde..a moglam tam być z nimi... Mija jeszcze godzina , dwie.. a ich jak nie było tak nie ma... Już się zaczyna zmierzchac , kiedy na horyzoncie pojawia się furmanka. Przez lornetke dostrzegamy Wczesniaka siedzacego obok woznicy, czerwona koszulke Grzesia i dyndajace z boku nogi. Z zaprzegu wychodza, acz można raczej powiedziec „wytaczaja sie” Wczesniak, Jacek i Grzes, z usmiechami od ucha do ucha, oraz ich nowi znajomi z Mutwicji- Wasia i Kola. Na wozie spoczywa jeszcze wielki, czarny wór- nie zapomnieli o nas- zakupy dotarly. Wasia i Kola to już za bardzo nie wiedzą na jakim swiecie zyja, acz są nastawieni do nas i reszty kosmosu niezwykle przyjaznie- chca się bratac, witac i integrowac z calym swiatem!


W tym momencie można tez zaobserwowac ogromna wyzszosc zaprzegu nad samochodem.Tu , gdy czlowiek już zawodzi, to koń sam prowadzi prosto drogą, stara się omijac przeszkody i nie wpasc do bagna. A co najwazniejsze- pamieta droge do domu! Nasi trafili do sklepu niby tylko na zakupy i jedno piwko...Ale szla burza i trzeba było przeczekac.. Grzes nabyl jakiegos miejscowego jabola. Zaczeli się schodzic miejscowi, kazdy chcial pogadac z przybyszem. A czas plynal na konsumpcjach, degustacjach, rozmowach, poznawaniu realiow i zwyczajow lokalnej wioskowej spolecznosci. Dowiedzieli się np. ze Rusłan, pracujacy w Petersburgu i szpanujacy skorzana kurtka nie jest tu lubiany. Do tego stopnia dziala wszystkim na nerwy, ze gdy wepchnac się na wóz to go zrzucili gdzies za wsia ;) Przyszli tez znajomi sprzed dwoch dni- Sasza i ojciec Artioma. I oczywiscie miejscowi nie pozwolili by ich goscie musieli isc daleko z siatkami- odwiezli ich furmanka.. A ja siedzialam w tym czasie przed namiotem na karimacie...Niech to szlag!!!!!! jak sobie los ze mnie zakpił... Moglam tam być!!! Ile zdjec, ile wspomnien... A tak można tylko sluchac z zalem opowiesci np. jak Wczesniak zrobil furore w calej wsi otwierajac piwa obrączką! Wreszcie zauwazylam jakieś pozyteczne zastosowanie tego popularnego gadzetu, którego sensu noszenia nigdy nie widzialam. Az mi przyszla ochota by sobie jednak takie sprawic! Na otarcie łez pozostaje jedynie konsumpcja zawartosci czarnego worka. I ognicho!!! Wczesniak i Jacek jakos szybko wykruszaja się z imprezy przyogniskowej i nurkuja w czelusciach namiotu. Jedynie dzielny Grzes zalicza tego wieczoru obie imprezy! Zatem gramy, spiewamy, jemy, pijemy, co chwile brodzac w wodzie w poszukiwaniu większej ilosci chrustu. Spiew i dzwieki gitary, pomieszane z kumkotem żab, niosa się po bagnach. Pewnie jego daleki pomruk slychac i we wiosce gdzie wczoraj rozbrzmiewaly weselne przyspiewki i dalej, hen! Nad rozlewiska Prypeci gdzies przy bialoruskiej granicy. Kladziemy się spac bardzo pozno. Wypilismy nawet część podarkow- malych zubrowek, które zabieramy zawsze by np. dac w podzięce goszczacym nas miejscowym.

Kolejnego dnia ruszamy, już dla niektorych po raz trzeci, w strone Mutwickich sklepow. Wczesniak dostaje od znajomych sało. O 12 ma być marszrutka, do Zadowża, wsi , która jest w polowie drogi do Lubieszowa , do którego zmierzamy. Marszrutka przyjezdza tak nabita, ze wlozenie do niej 6 osob z plecakami wydaje się niemozliwe. Acz jestem pewna , ze gdyby kierowca mocno zahamowal to by się zaraz okazalo , ze miejsca jest jeszcze bardzo dużo.. Ludziska stoja nawet na schodach i ani mysla się przesunac czy bardziej upychac.. Zatem zostajemy na przystanku... Następna marszrutka jutro.. Nie pozostaje nam nic innego jak piesza wedrowka do Lubieszowa, wspomagana łapaniem stopa. Pierwsze auto zatrzymuje się chyba 5 min po odjechaniu marszrutki. Ja ląduje kolo kierowcy a chlopaki w bagazniku za kratka.


Droga wiedzie brukowanymi traktami, będacymi polaczeniem kostki i kociego łba. Nie jedzie się po tym zbyt dobrze, więc po obu stronach drogi są wyjezdzone piaszczyste pobocza.

Tak jak wczoraj dominowaly w krajobrazie bagna to dziś tylko suche, piaszczyste, pachnace zywica lasy, wrecz wydmy, porosniete sosna, porostem i szczeciniasta trawa. Kierowca opowiada nam o pobliskim jeziorze Nobel , które poleca na letni wypoczynek. Wysiadamy w Łoknicji, bo kierowca dalej jedzie gdzies w lasy, gdzie z mapy wynika, ze wogole nie ma zadnych drog. We wiosce nasza dzielna ekipa zdobywa kolejne „podsklepie”. Wyczyn ten oczywiscie trzeba uczcic. Uczta nie jest zwyczajna- dziś mamy sało!! Nie odchodzimy daleko od sklepu, tylko na rogatki wsi, gdzie w rowie postanawiamy czekac na kolejnego stopa. Sielanka więc trwa, umilana opowiesciami Wczesniaka i Jacka o ich czasach licealnych. Droga prawie nic nie jezdzi.. czasem przemknie jakas łada, zaladowana po dach towarem, albo wesola rodzinka trzymajaca na kolanach torby i kilkoro dzieci. Czasem woz konny jadacy zwykle 500m do najblizszego pola. Najwięcej jest motocykli, które jednak nawet przy najlepszych chęciach nie są w stanie zabrac 6 osob z plecakami ;) Jednak gdy macham auta często się zatrzymuja, aby przeprosic i wytlumaczyc się czemu nie mogą nas zabrac.


W koncu trafia się cos na ksztalt autobusu robotniczego, ale wiezie nas tylko do rozdroza przed wsia Kutyn. Ów stop okazuje się dla mnie bardzo pechowy. Wysiadajac sciagam sobie na noge duzy, metalowy i niestety pełny karnister.. Na szczescie cofam noge na czas i upada tylko na duzy palec. Palec puchnie, sinieje i boli jak szlag, ale chyba nie jest zlamany skoro moge nim ruszac. Rano jest najbardziej opuchniety, nawet ciezko zmiescic noge do buta.. Potem jest już raczej lepiej, ale palec o swojej obecnosci będzie mi przypominal do konca wyjazdu.. Ba! nawet kilka tygodni po powrocie... Tymczasem kustykam sobie do wsi, gdzie grupa ochoczo zatrzymuje się u kolejnego „piwopoju”.

Co zwraca uwage w większości wsi- prawie w kazdej stoi przynajmniej jeden krzyz przydrozny. Wszystkie są teraz pieknie i kolorowo przystrojone, glownie za pomoca roznobarwnych chust i wstążek. Nie wiem czy to tak zawsze czy tylko na jakieś majowe swieta.


Drugie rzucaja się w oczy okna.. Przewaznie niebieskie, z ramami wycinanymi we wzorki, rzezbionymi fragmentami czy malowniczymi okienniczkami. Czasem widac babuszke jak miesza farbe w malym garnuszku by na wiosne odswiezyc okno swojej chałupki. Zza szyb bardzo często wygladaja na swiat piekne kwiaty doniczkowe a czasem i ciekawski kot. W czasem zakurzone i pokryte pajeczynami okienko przypomina tylko o czasach dawnej swietnosci, gdy zapomniany domek tętnil jeszcze zyciem.





A tu chyba mieszka jakiś weteran

Do Zadowża podjezdzamy marszrutka. Przy sklepie Wczesniak i Jacek tworza lokalne siedlisko hazardu- graja w karty na ukrainski bilon :-)

Nieopodal zatrzymal się obwozny skup ziemniakow. Nie wiedziec czemu ostatnio na Białorusi strasznie podrożały ziemniaki. Z tego powodu Bialorusini wykupuja te tansze ukrainskie prawie na tony!!

Na biwak rozbijamy się zaraz za wsia, w suchym , piaszczystym sosnowym lasku.

O dziwo - komarow jest tu dużo więcej niż w sercu bagien! Chca nas pożrec zywcem! Mnie nawet nie gryza, ale właża do nosa, oczu, uszu.. Grzes wyciaga wodke- zabojce o smaku ziolowym. Niestety , nie było mi dane jej sprobowac. Acz może na szczescie, bo jej dzialanie jest piorunujace. Impreza szybko się konczy, wszyscy padaja spac. Spi się wyjatkowo dobrze, na mieciutkim mchu pośród zapachu szyszek..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz