sobota, 28 maja 2016

Bałkańska majówka po raz drugi (Albania, "Zatoka Obuwnicza") cz.5

Przy wielkim rondzie za Durres zatrzymujemy sie przy straganach z owocami. Nabywamy melona, twarde gruszki i pomarancze o smaku fanty. Obok stoi opuszczony zajazd/hotel/knajpa. Obiekt jest stylizowany na zamko-palacyk otoczony palmami




Na dachu jest ogromny taras. Swietna miejscowka na namiot! Jakby ktos np. autostopem jechal tedy - wieczorkiem sie wemknac, namiot przysloniety murkami, a rano blisko trasy!

Widok z tarasu

W Fier szukamy opuszczonej fabryki ktora w duzej czesci dziala. Ciekawy jest domek w otoczeniu wielkich kominow. W cieniu fabrycznego monstrum toczy sie wiejskie zycie- biegaja kury, babcia kopie w ogrodku, pasie sie wylinialy osiol.



Jest wprawdzie kilka zruinowanych hal i wiez ale tylko maly fragment.

Przed glowna brama wjazdowa na teren fabryki toperz wypatrzyl knajpe. Nie ma wprawdzie ani szyldu ani zadnej innej informacji ale widac stoliki i dystrybutor z piwem- znaczy knajpa.

A jako ze wlasnie godzina jest dobra na poszukiwanie jedzenia chcemy tam zajrzec. Ziutom jednak miejsce sie nie podoba, mowia ze smierdza wyziewy z fabryki i odmawiaja wyjscia z auta. Troche aromatu industrialnego jest w powietrzu, to prawda. Ale napewno duzo mniej niz mialam przyjemnosc wąchac codziennie przez pierwsze 7 lat zycia :) Bar wydaje sie jednak na tyle klimatyczny ze nie moge odpuscic, wbijam wiec sama, choc na chwile. Wnetrze przypomina nieco bar mleczny.


Za stolikami siedzi czterech gosci w roboczych ubraniach i wciaga miecho plywajace w czerwonym sosie na glebokich talerzach. W sosie maczaja grube pajdy chleba. Calosc zapijaja kuflowym piwem- wiec widac sa po robocie. Albo panuja tu inne zwyczaje na temat trzezwosci w miejscu pracy. Obiekt widac jest stolowka robotnicza. W jednej ze scian jest okienko przez ktore widac wnetrze kuchni. Piecyk z fajerkami, trzy kuchenki gazowe , stosy talerzy i babki w fartuszkach i podomkach (jakie u nas mialy w zwyczaju nosic panie sprzatajace albo woźne). Jak na stolowce na koloniach :) Mowie wiec ladnie “mireditia”, pani mi odpowiada z usmiechem i na tym sie konczy moja zdolnosc porozumiewania w tym kraju. Probuje wiec roznych jezykow ktore moga sie wydawac popularniejsze od polskiego a znam choc kilka slow, ale pożądanego skutku nie odnosi. Wiec dalej mowie do nich po polsku, starajac sie duzo pokazywac. Pokazuje na miske. Babka mowi gestem ze nie. Pokazuje wiec na talerz. Babka biegnie do gara i mi naklada. Pytam ile place, pokazuje pieniadze, niech sobie wybierze ile potrzebuje. Babka mowi (tzn pokazuje) ze nie trzeba placic, ze mam zjesc gratisowo. Siadam przy stoliku, chłepcze z michy. Dobre! Smakuje troche jak jagniecina. Kurcze, ale nie moge tu siedziec bo reszta na mnie czeka. Pakuje wiec miecho na wynos, mowie ladnie “falieminderit”, macham uchachanej babce i robotnikom i sie zmywam. Toperz sie ze mnie smieje ze biorac pod uwage poziom porozumienia to dobrze ze nie wrocilam z malym Murzyniatkiem na reku ;) Potem odwiedzamy jeszcze inna knajpe. Co ciekawe w owym przybytku- mozna siedziec na dworze, w ogrodku, a metr obok przejezdza pociag. Mozna sie poczuc jak na peronie. Pociag przypomina te woodstockowe sklady- dykta w oknach, pomalowany w wesole grafiti! A moja durna “małpa” oczywiscie nie zlapala ostrosci

Mijane dzis miasta - Durres, Fier sa normalne. Ludzie chodza po ulicach, i baby i faceci. Grupki sie czyms zajmuja, graja w karty, pija cos w knajpach. Ktos niesie siatki, ktos kula przed soba opone w strone klatki schodowej. Ktos zamiata ulice, ktos gada przez telefon. Normalne miasta. A nie ze wszyscy stoja i sie gapia jak wol na malowane wrota.. Nieeeee... cos wczoraj z tym Schengjin bylo nie tak… Z ciekawostek- w rejonie zauwazam mode aby parkowac auta na przejazdach kolejowych. Nie wiem czy z szlabanem nad glowa czuja sie lepiej? Na nocleg suniemy nad morze. Zgodnie z poleceniem i wskazowkami Krwawego milo jest za wioska o nazwie Topoje. Po drodze sielskie klimaty wiejskie, mozna sie poczuc jak gdzies na Ukrainie. Stop. Nieprawda. Na Ukrainie nie ma osiolkow ;)




Brzeg morza jest plaski, piaszczysty i zgodnie z bałkanska moda nieco zasmiecony. Teren przymorski jest nieco młakowaty i pociety kanałami

Do morza dojezdza sie droga obsadzona przez krzywe rosochate drzewa iglaste. Chyba silne wiatry nie sa tu rzadkoscia.




Na plazy stoi jakis budynek wygladajcy na wojskowy, jakby radar czy jakas stacja pomiarowa? Kreca sie tam jakies osoby w moro, jest pies, szlaban i gosc co przyglada sie nam z lornetki.


Dalej stoi kilka opuszczonych , w roznym stopniu zruinowych domkow. Na samej plazy. Nie wiem czy jakies dawne knajpy, dacze czy rybackie budy. Jeden z domkow zasiedlamy. Na duzym drewnianym pachnacym drewnem tarasie stawiamy namiot.


Nasz cyganski tabor


Kabacza zagrodka sypialna

Ostatnio przed wyjazdem czytalam zarabista relacje o wyprawie wzdluz wybrzezy Morza Łaptiewow i tam wlasnie tak wygladalo. Dziko, pusto, tylko opuszczone resztki baz geologow i duzo rozrzuconego sprzetu. Z ta roznica ze tu cieplo i mozna sie kapac! Okolica jest dosc popularna wsrod mieszkancow Fier. Po plazy przechadzaja sie grupki, mlodziezy, rodziny z dziecmi, zakochane parki. Widac ze na takie miejsca tez jest zapotrzebowanie- a nie tylko na mrowiska hotelowe. Na piknik przyjechala tez rodzinka mercedesem. I wjechali ciut za gleboko w plaze. Zakopali sie. Silnik ryczy, kola mielą piach, miny smutne. Machaja cos do nas. Toperz lapie wiec łopate i biegna z Ziutami do nich.


Łopata jednak pomaga niewiele, mercedes siadl po oski. Jedynym ratunkiem wydaje sie lina i Misiek. Dzielny Misiek myk! i wyciaga miejscowych. Rodzinka wystawila za tlumacza okolo 10-letniego chlopca- ponoc uczy sie w szkole angielskiego. Chlopak wydusza z siebie tylko yyyyyy i udaje niesmialego. Cos przeczuwam szlaban na komputer i duzo łez nad ksiazkami… ;) Kapiemy sie! Morze jest czyste, cieple i cholernie slone.

I ma duze plywy. Wieczorem z morza wystaja ruiny. Daleko dosc od brzegu. Rano mozna do nich dojsc sucha stopa.


Nie ma to jak cieply wieczor o zapachu wodorostu...

Wieczorem lataja swietliki. Ale jakies inne niz u nas. Jakies wieksze, o duzo silniejszym swietle. I nie swieca w sposob ciagly tylko mocno blyskaja i gasną. Dlugo siedzimy na drewnianym pomosciku, gadamy i spiewamy do gitary, wsrod szumu fal i pogodnego rozgwiezdzonego nieba. W “naszym” plazowym domku o poranku drze sie kilka gatunkow ptactwa. Wyglada na to ze gdzies tu maja gniazdka. Chyba sie czuja oburzone faktem ze ktos wlazi do domku i np. przebiera mokre gacie na suche. Albo co gorsza gotuje wode na herbate...

Poranny rekonesans terenu okolonamiotowego wypadl pomyslnie :)

Na plazy i wydmowych polach jak juz wspominalam wala sie troche smieci. Zdarzaja sie plastikowe butelki, kawalki opon, jakas folia. Normalnie. Ale oprocz tego jest strasznie duzo butow! Dominuja buty letnie typu klapek ale sa rowniez zimowe czy adidasopodobne. Łaże wiec po plazy i zbieram buty. Ukladam je na tarasie. Ludzie nad morzem czesto zajmuja sie zbieractwem. Wybieraja z plazy muszelki, bursztyny, kamyczki. Buty zbieram po raz pierwszy w zyciu. Nie wiem czy jest tu zwyczaj ze zamiast pieniazka do fontanny wrzuca sie buta do morza zeby tu wrocic, czy w rejonie sie rozbil statek wiozacy transport obuwniczy ale sprawa jest przeciekawa i podejrzana!


Nad ranem po morzu plywaja rybacy. Czesc z nich zachowuje sie w sposob przewidywalny i klasyczny tzn korzysta z dobrodziejstw sieci.


Potem jednak chowaja siec, wyciagaja dlugi kij i sporo czasu z calej sily tłuka tym kijem w wode wokol łodzi. Potem chowaja kij i odplywaja.

W oddali na brzegu morza i nad przymorskimi rozlewiskami stoja jakies dziwne konstrukcje. Bardzo zaluje ze nie mamy tyle czasu aby do nich na spokojnie podejsc. Korzystam jedynie z dobrodziejstw duzego zoomu w aparacie ( na takie okazje trzymam wlasnie moje zdychajace bateryjki). Sa to jakies budynki w stanie lekko rozpadajacym sie. Czesc z nich sprawia wrazenie uzywanych do jakis celow. Czy robia za suszarnie ryb lub sieci, czy na jakies magazyny, czy na schronienie w razie deszczu - nie udaje sie nam wydedukowac. Jakby daszki plazowe? jakby wiatki dla turystow tylko scisniete w gromady? Konstrukcje sa zelektryfikowane. Wybrzeze rozlewisk dokladnie i rowno oblozone oponami. Wszystko to jakby lekko wirowalo, gieło sie na wietrze, pełgalo jak jakas fatamorgana.






Ciezko opuscic to miejsce. Cieple, wygrzane i jakies takie mile i przyjazne. Siedzimy, kapiemy sie, wygrzewamy chyba do 13. Zostaloby sie tu chetnie jeszcze jeden dzien, ale wzywaja kolejne miejsca i plany a czas nieublagalnie goni. Daleko ta Albania… W nadmorskim rejonie spotykamy jeszcze kilka bunkrow. Sa dosc duze jak na albanskie konstrukcje tego typu.


Tu cos zyje...

Najwiekszy chyba kiedys sluzyl za knajpe. Dzis bywaja tu milosnicy artystycznych grafiti i sympatycy dzwieku tluczonego szkla. Pod nogami az chrupie.


cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz