środa, 16 listopada 2016

Czas nie goni nas cz.30 - Gruzja, wrzące źródła, plażujące prosięta i dziwne owady..

W Nokalevi idziemy zwiedzic twierdze. Malo sie z niej zachowalo, jest troche murow ale betonowa zaprawa miedzy kamieniami sugeruje, ze spora czesc z niej zostala odbudowana bardzo niedawno. Aby wejsc trzeba w pobliskim muzeum kupic bilet. Przy obu wejsciach na teren twierdzy siedzi cieć i sprawdza bilety.. To jakies najnowsze zmiany.. Ponoc kilka lat temu bywalo tu jeszcze zupelnie inaczej.. Tylko hulal wiatr a wewnatrz murow mozna bylo sobie spokojnie rozbic namiot...
Na terenie okolonym murami stoi niewielki, przysadzisty kosciolek. Jego wnetrze bylo chyba kiedys cale pokryte malowidłami. Teraz wiekszosc z nich oblazła, ale fragmenty freskow wciaz ciesza oko. Kosciol chyba przez jakis czas byl opuszczony i nieuzywany, widac to po scianach na ktorych jest sporo wydrapanych napisow. W czynnych swiatyniach zazwyczaj takie zwyczaje nie sa praktykowane.
Najciekawsza czescia twierdzy jest rozdęte drzewo.
Kawalek dalej jest tez jakis budynek, ktory wyglada na hostel- wychodza z niego jakies dwie egzaltowane dziewczyny ktore gadaja po angielsku. Ubrane sa w kolorowe powloczyste szaty. Ktos wiesza pranie. Ktos ciagnie walizke wieksza od niego. Nieopodal twierdzy przeplywa rzeka a jej brzegi obsiadly chmary ludzi. Turystow raczej brak, sami miejscowi. Na plazy w cieniu drzew wsrod błotka odpoczywa rowniez dorodny prosiak.
Potem szukamy cieplych zrodel, ktore wedlug roznych podan ustnych maja sie znajdowac gdzies w rejonie. W odroznieniu od innych - te są gejzerami wrzątku. Nie ma opcji wsadzic do nich nawet palca, nie mowiac juz o jakichkolwiek formach kapieli. Nad ujsciami goracej wody buchaja kłeby pary i roznosi sie silna won siarki. Woda wyplywa nie prosto z ziemi, tylko jakby z jakis starych dystrybutorow, widac pokryte naciekami elementy żelazne, jakby stare krany, pokrętła... Cos tu kiedys bylo. Widac tez jakies betonowe plyty, jakby fragmenty scian czy jakiegos ogrodzenia.
Jak zwykle w takich miejscach i tu tworza sie kolorowe koraliki roznych zmineralizowanych cudactw.
Woda spływa do rzeki wodospadem pelnym kolororowych naciekow.
Dopiero nad rzeka sa pobudowane z kamieni prowizoryczne baseniki dla milych ablucji- na styku roznych temperatur gdzie wrzatek miesza sie z lodowata woda.
Miejsce jest dosc popularne wsrod miejscowych na biesiady, ogniska, wyprawienie urodzin. Jakies biura podrozy dowoza tu tez busami rosyjskich turystow. Skodusia niestety nie bardzo da rade zjechac w dol kanionu. Tzn. zjechac by zjechala bez problemu, ale zapewne juz by tam pozostala- nachylenie drogi jest dosc spore i pełne ostrych kamieni. Trojkołowiec daje rade bez problemu nawet juz samym korytem rzeki! :P
Zawartosc trojkolowca jest najszczesliwsza jak podrzuca na duzych kamulcach! Glosny kwik niesie sie wokol, acz maly piskliwy glosik ginie wsrod huku gorskiego strumienia.
Okoliczne pionowe skarpy porasta poskrecana roslinnosc i pnacza o grubych pniach
Nocujemy na poboczu jednej z pobliskich szutrowych drog. Ruch aut na szczescie wieczorem i w nocy jest znikomy. W nocy strasza nas tylko kamyczki turlajace sie po skarpie nad nami. Jest to tylko drobny zwirek, jednak w nocy strach ma wielkie oczy i w półśnie juz widze spadajace na nas glazy ;)
Rano odwiedzaja nas dziwne owady. Cos jakby komar o prazkowanych bialo-czarnych nozkach a drugie stworzonko ma na kuprze zolta rozetke, ktora przypomina nam jakies nasionko. Bardzo sie cieszymy, ze zadne z nich nas nie upaliło.
A tu sniadanie i zdjecie z serii “bohater drugiego planu”
Potem idziemy jeszcze nad rzeke aby wsadzic kuper w ciepla wode i zapodac mala przekąpke, ktora zajmuje nam 3 godziny. Oprocz nas kapieli zazywa rowniez bus z krzykliwymi Kitajcami. Nie jest to przejezyczenie- kąpała sie nie tylko “zawartosc busa” ale samochod rowniez. Nawet silnik zostal umyty (a moze ochłodzony?) za pomoca wiadra. Plywa tez chlopak na koniu, co spotyka sie z wielkim entuzjazmem kabaka. Malenstwo probuje sie wyrwac i wskoczyc w nurty rzeki- byle tylko znalezc sie blizej pluskajacego i prychajacego konia!
Potem schodze jeszcze osypujaca sie, stroma skarpą na biale skaly, miedzy ktorymi przeciska sie strumien. Woda ma niesamowity kolor i jest jakby mleczna i jakby podswietlona od spodu. Sądząc po licznych krazkach ogniskowych to tez jest miejsce licznych biesiad. U nas to zaraz by byl mega rezerwat i wstep by byl miedzy 11:00 a 11:15, tylko z przewodnikiem w dni parzyste, o ile wogole mozna by postawic stope. A za kąpiel by pewnie skalpowali, bo wiadomo ze kąpiacy sie czlowiek wypija wode i jest to potem powodem anomalii klimatycznych.
cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz