bubabar

piątek, 29 lipca 2022

Kwietniowe Pogórze Izerskie i Kaczawskie cz. 5 - mokry Wleń (2022)

Przesiane wilgocią powietrze i faliste dachy Radomic witają nas tego poranka. Dziś to chyba słońca nie zobaczymy...



Pogoda pogodą, ale coś trzeba ze sobą zrobić. Suniemy więc sobie w stronę Wlenia zielonym szlakiem. W okolicy pagórka Wietrznik zaczyna popadywać. Póki co deszcz jest jeszcze delikatny, a w wokół nawet conieco widać.





Krzyż pokutny na rozdrożu znaczy miejsce, gdzie wreszcie mamy okazję zleźć z asfaltu.


Tu taka mała dygresja: szanowanie map i dbanie o nie niekoniecznie zawsze wychodzi na dobre. Ja każdą mapę oklejam dokładnie i szczelnie taśmą klejącą, co czyni ją praktycznie niezniszczalną. Jednocześnie też staram się je dobrze składać, chronić przed wilgocią itp. Tym samym jedna mapa potrafi mi służyc kilkanaście lat. I tu zaczyna się problem, bo tam, gdzie mam znaczoną malowniczą, leśną ścieżkę - jest wyrąbany asfalt, las wycięty i np. stoi willowe osiedle albo "Biedronka"...

Wszędzie coś kwitnie!


Coraz bardziej nurkujemy w lasy. Tzn. w to, co po nich zostało. Na porębach i wiatrołomach szukamy pewnego miejsca...



W końcu zaczyna się ono wyłaniać. Ponoć to pozostałości bardzo dawnego kamieniołomu na zboczach góry Gniazdo. Ale chyba już fest stary, bo wygląda jak w zupełności naturalne miejsce.


Idąc tu myślałam, że to będzie jakaś popierdółka, a tu niespodzianka! Skały są jebutnie wysokie, pionowe i całość zajmuje solidnie duży obszar!






Ciekawe formacje - kojarzą mi się ze skalnymi odciskami pradawnych skorupiaków, no tylko zazwyczaj one były malutkie, a tu mamy rozmiar XXXL ;)







Wyłazimy też na górę, acz stąd teren wygląda mniej spektakularnie. Skały porasta jednak miły sosnowy las, co bardzo sprzyja zrobieniu popasu! :)



Od skał w stronę Wlenia suniemy bezdrożami, trafiając na mniej lub bardziej zanikające ścieżki.





Po drodze widzimy bardzo dużo zniszczonych lasów. :( Skądinąd strasznie dużo drewna się marnuje przy takich wycinkach...


Lewitujące drzewo. Częściowo niewidzialne.


Kabak nałożył maskowanie odpowiednie dla barw wczesnej wiosny ;)


Okolice pałacu we Wleniu obfitują w murki, kamienne uliczki i zwieszające się pnącza. Niestety zaczęło też lać. I to coraz bardziej solidnie... Ma to jednak swoje plusy - wszystko wygląda jak zapomniane. Nie spotykamy żywej duszy. Jak 14 lat temu, gdy byłam tu po raz pierwszy. A ponoć teraz w pałacu działa pensjonat i restauracja.







Na wzgórze zamkowe wspinamy się w deszczu i aromatycznym zapachu. Jest czym się pożywić w tym miasteczku! :)




Właśnie też uświadamiam sobie jedną zabawną rzecz, że jestem na tym zamku po raz trzeci - i zawsze leje, pizga, a widoki z wieży są, oględnie mówiąc, nieszczególne...



Z lawinami błota zjeżdżamy na kuprach z zamkowej góry. Stroma i śliska skubana! Jeszcze rzut okiem na skąpane w ulewie drewniane balkoniki, wykusze czy ganeczki wleńskich kamieniczek.




Acz miasteczko to głównie murkami stoi!


Zaglądamy też w okolice browaru, który polecali nam znajomi. Fajnie by nabyć jakieś lokalne piwo. "Dolina Bobru" ma się ponoć nazywać. W obiecywanym miejscu jednak nic nie ma, tylko psy dupami szczekają. Co za ściema z tym browarem? Może tu był, ale w latach 70 tych?


W domu już, zżerana przez ciekawość, próbuje coś o nim znaleźć. Na googlemaps faktycznie w tym miejscu jest znaczony browar! A pinezka jak byk wbita w tą ruinkę, wokół której łaziliśmy!


Kolejne dwie czy trzy godziny to spacer pod opadem o sile wodospadu. Już tylko toperz robi zdjęcia telefonem, bo ja się boje zalania aparatu.

Warunki, w których przemaka chyba nawet sztormiak... Do suszenia mamy praktycznie wszystko, a sporo czasu przed jurta spędzamy na wykręcaniu...

Po przebraniu się w suche ciuchy i rozwieszeniu tych ociekających, zauważamy, że intensywność opadu zmniejszyła się, a godzina jest jeszcze w miarę młoda. Postanawiamy więc jeszcze podjechać w jedno miejsce. Jest to cypel nad jeziorem Pilchowickim niedaleko zapory. Zalesiony półwysep skrywa w zieloności opuszczony budynek. Chyba niegdyś był to jakiś ośrodek wypoczynkowy.

Już klimat drogi i płotów sugeruje, że zmierzamy we właściwe miejsce. Asfalt jest wąski, wygryziony i coraz gęsciej poprzerastany trawą, mchem i ziołami. Taka okolica powoduje, że zawsze mam ochotę zacząć biec, aby jak najszybciej zobaczyć co jest na jej końcu. Żeby zdążyć, żeby przypadkiem ktoś nas nie zawrócił, nie przegonił, nie udaremnił planów zwiedzania. Jest coś chyba wręcz niezdrowego w tym moim podejściu, bo to chyba tak jak alkoholik, który zobaczy flaszkę na horyzoncie i aż się trzęsie cały, aby jak najszybciej dostać ją w swoje ręce. Tak samo ma buba, widząc na horyzoncie kawałek rozwalonego betonu ;)



W końcu za kolejnym zakretem drogi, wyłania się i budynek. Nie wiem czy ze względu na mokra pogodę, ale aromat starej, zatęchłej piwnicy jest tutaj szczególnie zauważalny. Wali grzybem już 20 metrów od budynku. Chyba wszelakie pleśnie pożerające ściany mają tu szczególnie korzystne warunki do rozwoju.


Hotel nie działa juz chyba dosyć długo. Baner z informacją o możliwości kupna również już nadgryzł ząb czasu.


Zieleń porastająca wokół jest bujna, latem pewnie ciężko się przedrzeć do środka.



Całkiem solidne drzewka porastają już balkony...


...i tarasy.


We wnetrzach nie pozostało już za wiele do oglądania. Sprzęty są totalnie rozszabrowane i porozwalane, stropy przeciekają, a w wielu pomieszczeniach ściany czy sufity noszą ślady podpaleń. Kabak koniecznie chce sobie znaleźć jakąś pamiątkę, ale wszystko jest tak oślizgłe i zgnite, że nasze poszukiwania są z góry skazane na niepowodzenie.





Znajdujemy też główne siedlisko aromatycznego grzyba! Chyba szczególnie ulubił sobie stare wykładziny!


A tu chyba była stołówka.



Jedyne miejsce, gdzie zachowało się jakieś dawne ścienne malowidło.


W czasie zwiedzania budynku cały czas towarzyszy nam dziwne buczenie. Jakby transformator albo jakiś agregat? Szukamy więc źródła tego dźwięku, który prowadzi nas do piwnic. A tam znajdują się drzwi, całkiem nowe i odmalowane, a za nimi słychać pracę maszyn. Jakby jakaś rozdzielnia elektryczna, czynna i na chodzie. Ale tu? W przeciekającym budynku? Po kiego diabła?


Wchodząc do jednego z pomieszczeń parteru (chyba była to stołówka) czmycha nam spod nóg sarna. Długo miota się po pomieszczeniu, chyba zdumiona naszym nagłym najściem. Po chwili zwinnie wyskakuje przez okno. Kabak zerka z owego okna na zarośla, rozgląda się wokół i stwierdza trochę jakby nie swoim głosem: "Kiedyś cały świat będzie tak wyglądał, a ludzie będą żyli jak sarny..." Oczy kabaka robią się na chwilę dziwnie okragłe i wlepione w jeden punkt. Mnie natychmiast robi się zimno. Jakby z sarniego okna powiało lodowatym chłodem. W połączeniu z szumem deszczu i miarowym stukiem kropel z przeciekających dachów - brzmi to jakoś złowieszczo... Co ją naszło? Skąd takie wynurzenie? Dzieci potrafią być niesamowicie zaskakujące... Chwilę później kabak zapomina o całej sprawie i znów jak przed chwilą zaczyna szukać szczególnie cennych "pamiatek" w pryzmach śmieci i chce się wspinać po pęknietej ścianie. Mi jednak to zdanie jeszcze długo huczy w głowie, nawet jak wieczorem kładę się spać patrząc na skwierczący w piecu jurty ogień... I mam nadzieję, że to jakis dziecinny odpał, a nie proroctwo z zaświatów...

A! Oczywiście na naszej wleńskiej wycieczce był też tunel! Miejsce idealne na spacer czy popas w taką pogodę, a możliwość rozłożenia pikniku na torowisku - w pełni spełniło nasze oczekiwania. Ale o tym w kolejnej relacji, poświęconej całościowo owej linii kolejowej z Lwówka do Jeleniej.

cdn