Opuszczamy zamglony teren "ostrzyc" siedzących w chmurach, kierując się nieco na zachód. Po drodze nie robię zbyt dużo zdjęć, bo wszędzie tak szaro i ponuro...
Jedynie ogromne stada ptactwa krążą nad polami. Zawsze lubię oglądać takie "ławice", które zachowują się jak jeden organizm, jak jakaś jedna wielka, przelewająca się ameba.
Czasem wpadnie w oczy jakiś klasztorek na szczycie albo inny pomnik walca.
Nasz plan na dzisiaj zakłada posiedzieć przy ognisku. A że co chwilę jest zlewa - to znaleźć jakąś jaskinię czy chociażby skalny okap, aby rozpalić owo ognicho pod dachem i nie musieć się co 15 minut rozkoszować kolejnym prysznicem. Na poszukiwania odpowiedniej miejscówki ruszamy z wioski Veseli. Nie wiem ile jest dokładnie stopni, ale zdecydowanie za mało ;) Dla przypomnienia - jeszcze wczoraj chodziliśmy w krótkich spodenkach i rozważaliśmy w jakim bajorze zażyć by kąpieli. Dziś wciągamy na siebie chyba wszystkie zabrane ciuchy i oględnie mówiąc - nie przegrzewamy się zbytnio...
Początek trasy to droga z wygryzionego asfaltu wiodąca przez pastwiska. Plecaki mamy wyładowane żarciem, piciem i... jenotami ;) Cała rodzina jenotów z nami podróżuje - mama jenot, tata jenot i 4 malutkie jenociki :) Tata jenot jest tak gigantyczny, że nie mieści się do kabaczego plecaka, więc wędruje z toperzem i z góry dogląda swojej rodziny.
Są tu góry, w zasięgu wzroku nawet, ale można powiedzieć, że dosyć daleko ;)
Potem droga wkracza w lasy.
Dominują tu sosny. Pozornie przypomina to zwykły las gospodarczy znany z polskich nizin.
Wszystko skąpane jest w wilgoci. Podziwiamy kapeluchowate, rosnące masowo jak... grzyby po deszczu ;)
Malownicze pajęczyny z tysiącem kropelek...
albo wyłaniające się z mchu i igliwia dobrane kolorystycznie do okolicy wykładziny.
W lesie jest raczej kameralnie. Mokry i zimny wrześniowy poniedziałek nie jest chyba okolicznością zwabiającą w teren tłumy turystów. Całkiem pusto jednak nie jest, spotykamy kilka osób zachowujących się hmmm... w sposób nie do końca standardowy ;)
Trzykrotnie widzimy osobników, których bierzemy za grzybiarzy - gumiaki, kijaszek, jakiś pojemnik w ręce. Typowa sprawa - jesień, mokry las, grzybów kupa. Najpierw widzimy kolesia z babką, którzy z wiaderkami idą drogą w naszą stronę. Będąc w odległości 50-100 metrów od nas skręcają w las, pewnie na zbiory - myślimy sobie. Mijają nas lasem, po czym wychodzą znów na drogę 50 metrów za nami. Pół godziny później, inny koleś z reklamówką, zachowuje się analogicznie. Mijamy też dwie babcie z koszykami, ale koszyki są przykryte serwetkami - trochę jakby szły do święcenia na Wielkanoc. Czy w Czechach zbieranie grzybów jest zabronione, że tak się czają? Albo w tych koszach/wiadrach nie grzyby noszą?
Rozważamy właśnie co jest na rzeczy z tymi miejscowymi grzybami, gdy zza zarośli widzimy samochód. Ścieżka, którą podążamy, jest wąska, taka dość trudno przejezdna dla osobówki. Auto wyraźnie nie jest zaparkowane - a schowane, wbite w połowie pod drzewo o długich, gęstych gałęziach. Gdybyśmy szli od innej strony w ogóle nie byłoby go widać. Bok jest mocno pordzewiały, drzwi uchylone, szyby otwarte lub wybite - chyba więc porzucony wrak? Już mam pomysł na ciekawe zdjęcia, typu - my na dachu, ręka już sięga po aparat... Nie zrobiłam jednak zdjęcia, bo w ostatniej chwili dostrzegam, że w środku ktoś jest!!! Był to rzut oka na ułamek sekundy - w środku siedzi koleś w różowej bluzie, o ciemnej karnacji, coś jakby Cygan. Jednak nie to zwraca największą uwagę - koleś od pasa w dół jest rozebrany, a wspomniane wcześniej uchylone drzwi służą do przytrzaskiwania sobie przyrodzenia... Chyba to taki rodzaj zabawy. Gość chyba nas zobaczył, z lekka się wystraszył (nie spodziewając się pewnie odwiedzin w taką pogodę, z dala od szlaków) i chyba raz sobie przytrzasnął tymi drzwiami z lekka za mocno. Zawył okrutnie, a my wyciągamy nogi solidnie i szybko dajemy w długą za krzakami, byle umknać z tej drogi. Trochę mamy pietra, bo zabawiający się w ten sposób osobnik może mieć też inne niecodzienne zachowania, a może jeszcze dodatkowo być na nas zły za to nagłe, niespodziewane najście (zakończone zapewne bolesnym incydentem). Nikt nas jednak nie goni z maczetą, więc po chwili już na spokojnie wędrujemy dalej. Na wszelki wypadek jednak wracamy inną drogą i pilnie wypatrujemy czy nigdzie nie wystaje z krzaków bordowy opel bez tylnych blach. Od tego momentu tutejsze okolice nazywamy na własne potrzeby "Lasem Zboczeńców" ;)
Nagle i dość niespodziewanie w owym równinnym, monotonnym lesie - wyrastają skały. To znak, że zbliżamy się do właściwego miejsca. Wzrasta falistość terenu. Raz po raz wspinamy się na wzniesienia czy schodzimy w wąwoziki.
W końcu jest! Nasza poszukiwana miejscówka :) Z zewnątrz prezentuje się niepozornie - czarna dziura w skale.
Wnętrze jest dużo bardziej spektakularne. Komory jaskini są rozgałęzione, jest ich kilka, a najwiekszej malowniczości dodają moim zdaniem otwory, jakby oczy czy okna i kolumny podpierające strop - typowe dla tutajszych skalnych jam.
Pojawiają się rysunki naskalne - pewnie pamiątka po biwakowiczach z odległej prehistorii ;)
Widoki pseudogórskie jakieś są, ale raczej bez szału.
W tym miejscu spędzamy kilka godzin, słuchając jak raz po raz okoliczne lasy wypełnia szum deszczu. Obserwując jak nagle znikąd pojawia się mgła, która wpełza do jaskini i miesza się z ogniskowym dymem, wypełniając wilgocią również naszą suchą norkę. Odwiedza nas jeden zmoknięty i zmarznięty czeski wędrowiec, z którym niestety ni cholery nie możemy się porozumieć. Na szczęście kubek wypełniony ziołowym rumem jest gestem bardzo międzynarodowym i chyba koleś bardzo się ucieszył z takiego powitania. Kubek ochoczo wychylił, chwilę się pogrzał przy ognichu i ruszył gdzieś w mglistą dal ku swemu przeznaczeniu. I znów zostajemy sam na sam z jaskinią, a przeciągi, które się tu tworzą świstają dziwnie w skalnych otworach. Najdziwniejszy jest jednak dźwięk zderzających się ze sobą sosen, targanych tak pod wpływem wiatru. Niektóre robia tylko "puk" lub "łup", inne chwilę trą się korą i gałęziami, jakby się zaplątały. Ten odgłos, taki krrrr... jest dosyć nieprzyjemny, kabak wręcz mówi, że czuje dreszcze na plecach. Czasem mam wrażenie, że kabak słyszy więcej niż my.
Nieraz ognisko nieco przygasa i trzeba je rozdmuchiwać.
Jaskinię opuszczamy, gdy dzień ma się ku wieczorowi. Dziś nocleg w Dřevěnce.
To miejsce, gdzie byliśmy już nie raz i zawsze chetnie wracamy. Przypomina ono nieco nasze schroniska PTTK z dawnych lat. Tym razem nie robiłam dużo zdjęć, ale np. TU czy TUTAJ są relacje z wcześniejszych pobytów.
Po drodze, w którymś z gospodarstw, natrafiamy na ciekawą scenkę - koleś karmi koty. DUŻO kotów! :)
Warto zwrócić uwagę jakie piękne, puszyste kity! Oj jak ja bym chciała, żeby tyle kotów było na naszym osiedlu! Też byśmy je z kabakiem dokarmiały! :)
A potem znów kierujemy się w stronę ostrzyc. Może dziś pogoda okaże się łaskawsza?
I jeszcze na koniec - jak to wysyłanie pocztówek do znajomych wpływa pozytywnie na odnajdywanie ciekawych miejsc :) Pewnie byśmy się nie zatrzymali w tym miasteczku. Pewnie byśmy przemknęli dalej. Ale postanowiliśmy poszukać poczty. Poczty nie znaleźliśmy, ale znaleźliśmy takowy wspaniały eksponat na jednym z podwórek! Nie wiem jaka to marka, ale blachy miała solidne, prawie na centymetr grube. Tego rdza szybko nie zje! Jeszcze nas przeżyje stojąc w tych zaroślach!
cdn
jabolowaballada
bubabar
niedziela, 11 stycznia 2026
wtorek, 6 stycznia 2026
"Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze cz.2 (2025) - Milešovka, Lipski vrch
Jedziemy. Wąska droga wije się polami. Gdzieniegdzie stoją przy niej drzewka owocowe. Zmierzamy teraz na tą wyższą z górek - Milešovkę. To najwyższy szczyt Czeskiego Średniogórza. Istny gigant - ma 836 metrów ;) Ta niższa górka to Ostry. Byliśmy tam 3 lata temu, fajne miejsce z ruinami zamku.
Parkujemy w miejscowości Milešov i suniemy w stronę naszego wzgórza. Mijamy po drodze stary budynek o rosochatym kształcie. Coś jakby dawny dwór? Obecnie wciąż jest zamieszkany.
Fajny taki schodko-ganek, obudowany drewnem.
Ma zegar słoneczny na jednej z zewnętrznych ścian.
Traktor dostosowany klimatem do zabudowań :)
A tu już łąki za wsią. I nasza "ostrzyca" w pełnej krasie.
Widoczna na szczycie budowla, najeżona wszelakimi antenami, to stacja meteorologiczna. Ponoć najstarsza w Czechach i nieprzerwanie działająca od początków XX wieku. Postawiono ją tutaj, ponieważ Milešovka słynie jako najbardziej wietrzne i burzowe miejsce w Czechach - mają więc co badać i mierzyć.
Z podejścia nie mam za dużo zdjęć. Droga była raczej mało widokowa i jeszcze na dodatek bardzo tłoczna. To chyba jedyna "ostrzyca", gdzie zderzyliśmy się z takim upiornym tłumem. Najwyższa góra w tym paśmie, niedziela i ostatni dzień letniej pogody według prognoz - takie kombo to się musiało źle skończyć. Szczególną grupą są biegacze, którzy tą górę traktują jako bieżnię. Kilku było takich, którzy w czasie podejścia minęli nas chyba kilkanaście razy, biegając w górę i w dół. Ciekawe, że dla swojego biegu nie woleli sobie ułożyć trasy przez różne wzgórza? Tylko raz po raz przepychać się przez ten sam tłum roztrącając ludzi na boki i rozdeptując całe tabuny psów...
Juz na górze. Obserwatorium widziane z różnych rzutów.
W połowie baszty widoczny jest balkonik, gdzie można wyjśc jako na wieżę widokową. Żeby tam wejść trzeba zapłacić w automacie i potem paragon podstawić pod czytnik, żeby bramka obrotowa zrobiła "pip" i zamigała światełkami. Masakra... Kabak jednak bardzo chciał wejść na basztę, więc co zrobić - poszłam z nią... Widoki mocno nieszczególne. Bardzo przymglone, a poza tym to jedna z tych gór, która najlepiej wygląda z daleka, więc wejście na nią i tym samym wycięcie jej z widokowego krajobrazu okolic - bardzo szkodzi.
Oprócz wieży, anten i bramek (które robią "pip") jest na tym szczycie również schronisko/knajpa "Chata Milešovka".
Napiliśmy się tam kofoli, kupiliśmy pocztówki i w dół. Można by też coś zjeść, ale trzeba by bardzo długo czekać, a nam szkoda czasu na spędzanie ładnego dnia w takim miejscu, oględnie mówiąc dość średnim.
No i na koniec rzecz, którą najbardziej chciałam tu zobaczyć. Ba! główny powód, który nas tu sprowadził. Transport towarów do schroniska odbywa się za pomocą kolejki linowej. Dalej pakunki są przeładowywane na wagoniki wąskotorówki i po torowisku jadą ku swemu przeznaczeniu. Niestety podczas naszego pobytu nic akurat nie było w ruchu, ale zawsze mnie ogromnie cieszy zobaczyć na własne oczy takowe konstrukcje :)
Zejście jest znacznie przyjemniejsze, spokojniejsze i bardziej puste niż podejście (większość osób została na szczycie, stojąc w kolejce po frytki, lody i ciastka). Możemy więc przyjrzeć się umocnionym kamieniami skarpom - w formie ułożonej przez naturę:
oraz takiej, gdzie chyba ludzie nieco pomagali siłom przyrody ;)
Na koniec jeszcze rzut oka na zamek na skale, w wiosce u podnóża. Obecnie mieści się tam dom spokojnej starości i wnętrza nie są udostępnione do zwiedzania. Ale ci staruszkowie muszą mieć kapitalne widoki z okien!
Jedziemy do wioski Lipa i dalej podążamy wąską drogą pod górę. Parkujemy tam gdzie owa droga się kończy.
Stoi tu niewielka kaplica i okolony kamiennym murem stary cmentarz.
Na widokowym zboczu stoi kilkadziesiąt różnokształtnych nagrobków.
Większość pochodzi jeszcze z czasów, gdy te tereny należały do Niemiec. Pokruszony kamień, porozbijane płyty, wszechobecny mech. Ale też skoszona trawa, kwiaty i znicze. W lustrzanej powierzchni tablic odbijają się targane wiatrem krzaki jeżyn. Czasem pod nogami potoczy się nadgryzione, zdziczałe jabłuszko. Skąd ono się tu wzięło do licha? Rozglądam się niepewnie. Są tu wokól jakieś stare sady, więc musiało je przywiać. Ktoś tu zdecydowanie bywa i dba o to miejsce, ale nienachalnie. Jest porządek, ale jednocześnie wciąż panuje atmosfera pustki i zapomnienia.
Nie wiem czemu, ale lubię patrzeć w oczy ludziom z nagrobków. Jest w tym coś przerażającego i fascynującego zarazem. Jakby chwilowe przeniesienie się w czasy, które mineły. Jakby przeskok w alternatywną rzeczywistość czy świat duchów. Zawsze trochę się boję przyglądać takim zdjęciom, i zawsze to robię, bo nie potrafię się powstrzymać.
Jeden nagrobek szczególnie ściąga wzrok. Chyba to jeden z nowszych. Opisany po czesku. Zawiera wnękę, gdzie umieszczono w ramkach różne fotografie. Z taką formą na cmentarzu spotkałam się po raz pierwszy.
Suniemy dalej. Zagłębiamy się w świetliste, przesiane słońcem zagajniki.
Potem wychodzimy na widokowe łąki, gdzie możemy nacieszyć oczy różnistymi stożkami pokrywającymi horyzont.
Widać między innymi szczyty z zamkami, gdzie mieliśmy okazję wędrować 3 lata temu - Hazmburk, Kostalov, Kostomlaty, Oltarik.
A po prawej stronie już się wyłania wzgórze, na które zmierzamy - Lipski vrch.
Podejście jest typowe dla rejonu - strome, pełne osypujących się spod nóg kamieni i powykręcanych drzew.
Szybko pojawiają się wulkaniczne skałki, o dużym stopniu malowniczego postrzępienia.
Szczyt Lipskiego vrchu też stanowi skałka. Rozległa, dość płaska, więc ochoczo się na niej rozsiadamy.
Nigdzie po drodze nie znaleźliśmy dogodnego miejsca na ognisko, więc obiadokolację zjemy na zimno, ale za to z szerokimi panoramami na wszystkie strony. Mamy cienkie kiełbaski, bułki, żółty ser i ogórki konserwowe w zalewie musztardowej. No i oczywiście termosy z herbatką :) Tłumy oblepiające całe zbocza Milešovki na szczęście pozostały tylko wspomnieniem. Może zostały tam albo w ogóle zniknęły z gór, teleportując się w stronę swoich stałych siedlisk. Niedziela wieczór - piękny czas, kiedy świat znów zaczyna się nadawać do życia. Z takimi pozytywnymi myślami wygrzewamy się w promieniach słońca, a kupry grzeje nam od przeciwnej strony skała - wyprażona solidnie całym, upalnym dniem.
Horyzont jest usiany malowniczymi stożkami. Nie wiem co ja mam z tą miłością do wulkanów! Nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się zobaczyć takie czynne, dymiące i plujące ogniem. Albo jeszcze lepiej - zajrzę do jakiegoś? A póki co - cieszę się sylwetkami tych wygasłych.
Gdzieniegdzie krzaki zaczynają już nabierać jesiennych kolorów.
W dali dymią kominy wielkich elektrowni.
I jeszcze jedna rzecz coraz bardziej ściąga naszą uwagę - dziwna faktura horyzontu w jednym miejscu. Jeszcze przed chwilą było tam widać pagóry i dymiące kominy - a teraz one znikneły, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał je z obrazka. To coś, co się tam pojawiło nie sprawia wrażenia ciemnej burzowej chmury, która przysłania krajobraz. To jakby powoli acz nieubłagalnie postępująca mgła, taka nicość pożerająca coraz większą część kadru. Nie przesuwa się, gdy na nią patrzysz, ale gdy odwrócisz wzrok i spojrzysz potem w tą stronę ponownie - to raz po raz jest tam wszystkiego mniej, a to coś wyraźnie się zbliża. Jest białe, jak większość nieba i takie równe, jednolite i matowe.
Co bardzo mi się podoba w czeskich górach - w wielu miejscach są wpisowniki! I to nie tylko w chatkach czy wiatach, ale również na szczytach. Mimo że nie bardzo rozumiem wpisanych tam elaboratów - i tak miło pooglądać choćby obrazki, naklejki, pieczątki.
W zachodzącym słoneczku już wyraźnie widać skąd nadciąga ZŁO... A nadciąga ono coraz szybciej. Yyyyyyyy... do busia mamy kawałek - mam nadzieję, że zdążymy!
Zjeżdżamy po kamulcach przez powykręcane lasy, a okolice kryje już cień. I chłodny oddech tego czegoś, co nadchodzi.
Zdążyliśmy do busia. Nie dolało nam, nicość nas nie pożarła. Z tej perspektywy nie wygląda to wszystko tak źle! Może nam się zdawało, że coś napełza? Może to tylko trochę chmurek i nasza wybujała wyobraźnia?
Już jest ciemno, gdy ścielimy sobie w busiu i układamy się do snu. Ledwo wnosimy ostatnie krzesełka, układamy torby we właściwych im miejscach i włazimy do busia - uderza powiew wiatru. Aż busiem zakołysało! Jakby walnęła w niego morska fala! Zaraz po wietrze dołącza się deszcz. Początkowo mega ulewa (aż się zastanawiamy czy busio nie zacznie przemakać) a potem opad przechodzi w mżawkę. Jednak mżawka połączona z huraganowym wiatrem powoduje, że każde otwarcie drzwi skutkuje wdmuchnięciem owej mżawki do wewnątrz - i to prawie w każdy zakamarek busiowych wnętrzności. A ja niestety nocą kilka razy wychodzę do kibelka... Zazwyczaj rodzina zarzucała mi jedynie nocne trzaskanie drzwiami i wpuszczanie zimna - dziś dodatkowo jest prysznic.
Pochmurna noc jest ciemna. Ni gwiazd, ni księżyca, ni łuny oświetlenia od pobliskiej wsi. Świeci tylko jakiś pełgający blask na cmentarzu. Jakby żywy ogień! Ognisko tam ktoś rozpalił? Nie ma szans, zaraz by zgasło przy tym deszczu i wichurze. Poza tym chyba nikt tam nie wchodził - byśmy na bank usłyszeli szczęk bramki. Noce w pobliżu cmentarza mają swój smaczek... Gdy wychodzę na nocne kibelki i widzę drgające, dalekie odblaski płomieni pląsające po drzewach i nagrobkach - czuję "magię chwili", czy raczej pewien rodzaj niepokoju...
Najprawdopodobniej widzianym przez nas światłem były umieszczone w grobowcu z szybką i zdjęciami znicze na bateryjki. One tak potrafią "pełgać" a i czas świecenia może być dosyć długi. Ale pewności nie mamy ;)
Poranek wstaje nieszczególny. Co chwilę polewa... Upały się skończyły. Nagły i zdecydowany koniec lata :( Zimno, ciemno i wciąż ten sam huraganowy wiatr. Z wczorajszych 30 stopni nie zostało nawet wspomnienie (no chyba że w leżących na przedniej szybie naszych ubraniach, które obecnie już nie nadają się do nałożenia... Jest chyba grubo poniżej 15 stopni. Cóż zrobić... Wyciagamy ciepłe łachy, ale i tak najchętniej wracamy do busia i zamykamy się w nim. Jak nie wieje to jest do wytrzymania, ale z tym lodowatym wiatrem urywajacym łeb - to już nie bardzo...
Dobrze, że wczoraj przykleiliśmy busiowi nowe naklejki (te 4 czarne). Dziś to jakby nie spłynęły - to by je zduło. Nieprawdaż, że urocze? :)
A z nieco innej beczki - kabak na wyjeździe ćwiczy piosenki do szkolnego chóru - tym razem partyzanckie i takie z Powstania Warszawskiego. Odkrywamy, że sporo z nich idealnie pasuje do dnia dzisiejszego, no... z małymi modyfikacjami ;) Ciągle je więc śpiewamy na cały pyszczek:
"W dzień jesienny i ponury, raz dwa trzy, polskie dzieci idą w góry, raz dwa trzy."
"Deszcz jesienny deszcz, smutne pieśni gra, mokną na nim kabaczyny, busie kryje rdza."
"Jak tu żyć i o czym śnić, wicher nam nie daje żyć."
"W dzień jesienny i rozmiękły pojedziemy do Drevenki."
No właśnie. Odnośnie ostatniego wersu... Praktycznie wszystkie nasze ostrzyce siedzą we mgle. Dziś ma lać cały dzień - od jutra ma być ciut lepiej. Pojedziemy więc dziś do naszego ulubionego "schroniska" w rejonie, a jutro wrócimy do ostrzyc. I dziś poszukamy jakiegoś miejsca na ognisko, które jest zadaszone. Najlepiej więc szukać wśród skalnych okapów i jaskiń.
cdn
Parkujemy w miejscowości Milešov i suniemy w stronę naszego wzgórza. Mijamy po drodze stary budynek o rosochatym kształcie. Coś jakby dawny dwór? Obecnie wciąż jest zamieszkany.
Fajny taki schodko-ganek, obudowany drewnem.
Ma zegar słoneczny na jednej z zewnętrznych ścian.
Traktor dostosowany klimatem do zabudowań :)
A tu już łąki za wsią. I nasza "ostrzyca" w pełnej krasie.
Widoczna na szczycie budowla, najeżona wszelakimi antenami, to stacja meteorologiczna. Ponoć najstarsza w Czechach i nieprzerwanie działająca od początków XX wieku. Postawiono ją tutaj, ponieważ Milešovka słynie jako najbardziej wietrzne i burzowe miejsce w Czechach - mają więc co badać i mierzyć.
Z podejścia nie mam za dużo zdjęć. Droga była raczej mało widokowa i jeszcze na dodatek bardzo tłoczna. To chyba jedyna "ostrzyca", gdzie zderzyliśmy się z takim upiornym tłumem. Najwyższa góra w tym paśmie, niedziela i ostatni dzień letniej pogody według prognoz - takie kombo to się musiało źle skończyć. Szczególną grupą są biegacze, którzy tą górę traktują jako bieżnię. Kilku było takich, którzy w czasie podejścia minęli nas chyba kilkanaście razy, biegając w górę i w dół. Ciekawe, że dla swojego biegu nie woleli sobie ułożyć trasy przez różne wzgórza? Tylko raz po raz przepychać się przez ten sam tłum roztrącając ludzi na boki i rozdeptując całe tabuny psów...
Juz na górze. Obserwatorium widziane z różnych rzutów.
W połowie baszty widoczny jest balkonik, gdzie można wyjśc jako na wieżę widokową. Żeby tam wejść trzeba zapłacić w automacie i potem paragon podstawić pod czytnik, żeby bramka obrotowa zrobiła "pip" i zamigała światełkami. Masakra... Kabak jednak bardzo chciał wejść na basztę, więc co zrobić - poszłam z nią... Widoki mocno nieszczególne. Bardzo przymglone, a poza tym to jedna z tych gór, która najlepiej wygląda z daleka, więc wejście na nią i tym samym wycięcie jej z widokowego krajobrazu okolic - bardzo szkodzi.
Oprócz wieży, anten i bramek (które robią "pip") jest na tym szczycie również schronisko/knajpa "Chata Milešovka".
Napiliśmy się tam kofoli, kupiliśmy pocztówki i w dół. Można by też coś zjeść, ale trzeba by bardzo długo czekać, a nam szkoda czasu na spędzanie ładnego dnia w takim miejscu, oględnie mówiąc dość średnim.
No i na koniec rzecz, którą najbardziej chciałam tu zobaczyć. Ba! główny powód, który nas tu sprowadził. Transport towarów do schroniska odbywa się za pomocą kolejki linowej. Dalej pakunki są przeładowywane na wagoniki wąskotorówki i po torowisku jadą ku swemu przeznaczeniu. Niestety podczas naszego pobytu nic akurat nie było w ruchu, ale zawsze mnie ogromnie cieszy zobaczyć na własne oczy takowe konstrukcje :)
Zejście jest znacznie przyjemniejsze, spokojniejsze i bardziej puste niż podejście (większość osób została na szczycie, stojąc w kolejce po frytki, lody i ciastka). Możemy więc przyjrzeć się umocnionym kamieniami skarpom - w formie ułożonej przez naturę:
oraz takiej, gdzie chyba ludzie nieco pomagali siłom przyrody ;)
Na koniec jeszcze rzut oka na zamek na skale, w wiosce u podnóża. Obecnie mieści się tam dom spokojnej starości i wnętrza nie są udostępnione do zwiedzania. Ale ci staruszkowie muszą mieć kapitalne widoki z okien!
Jedziemy do wioski Lipa i dalej podążamy wąską drogą pod górę. Parkujemy tam gdzie owa droga się kończy.
Stoi tu niewielka kaplica i okolony kamiennym murem stary cmentarz.
Na widokowym zboczu stoi kilkadziesiąt różnokształtnych nagrobków.
Większość pochodzi jeszcze z czasów, gdy te tereny należały do Niemiec. Pokruszony kamień, porozbijane płyty, wszechobecny mech. Ale też skoszona trawa, kwiaty i znicze. W lustrzanej powierzchni tablic odbijają się targane wiatrem krzaki jeżyn. Czasem pod nogami potoczy się nadgryzione, zdziczałe jabłuszko. Skąd ono się tu wzięło do licha? Rozglądam się niepewnie. Są tu wokól jakieś stare sady, więc musiało je przywiać. Ktoś tu zdecydowanie bywa i dba o to miejsce, ale nienachalnie. Jest porządek, ale jednocześnie wciąż panuje atmosfera pustki i zapomnienia.
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
Nie wiem czemu, ale lubię patrzeć w oczy ludziom z nagrobków. Jest w tym coś przerażającego i fascynującego zarazem. Jakby chwilowe przeniesienie się w czasy, które mineły. Jakby przeskok w alternatywną rzeczywistość czy świat duchów. Zawsze trochę się boję przyglądać takim zdjęciom, i zawsze to robię, bo nie potrafię się powstrzymać.
Jeden nagrobek szczególnie ściąga wzrok. Chyba to jeden z nowszych. Opisany po czesku. Zawiera wnękę, gdzie umieszczono w ramkach różne fotografie. Z taką formą na cmentarzu spotkałam się po raz pierwszy.
Suniemy dalej. Zagłębiamy się w świetliste, przesiane słońcem zagajniki.
Potem wychodzimy na widokowe łąki, gdzie możemy nacieszyć oczy różnistymi stożkami pokrywającymi horyzont.
Widać między innymi szczyty z zamkami, gdzie mieliśmy okazję wędrować 3 lata temu - Hazmburk, Kostalov, Kostomlaty, Oltarik.
A po prawej stronie już się wyłania wzgórze, na które zmierzamy - Lipski vrch.
Podejście jest typowe dla rejonu - strome, pełne osypujących się spod nóg kamieni i powykręcanych drzew.
Szybko pojawiają się wulkaniczne skałki, o dużym stopniu malowniczego postrzępienia.
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
Szczyt Lipskiego vrchu też stanowi skałka. Rozległa, dość płaska, więc ochoczo się na niej rozsiadamy.
Nigdzie po drodze nie znaleźliśmy dogodnego miejsca na ognisko, więc obiadokolację zjemy na zimno, ale za to z szerokimi panoramami na wszystkie strony. Mamy cienkie kiełbaski, bułki, żółty ser i ogórki konserwowe w zalewie musztardowej. No i oczywiście termosy z herbatką :) Tłumy oblepiające całe zbocza Milešovki na szczęście pozostały tylko wspomnieniem. Może zostały tam albo w ogóle zniknęły z gór, teleportując się w stronę swoich stałych siedlisk. Niedziela wieczór - piękny czas, kiedy świat znów zaczyna się nadawać do życia. Z takimi pozytywnymi myślami wygrzewamy się w promieniach słońca, a kupry grzeje nam od przeciwnej strony skała - wyprażona solidnie całym, upalnym dniem.
Horyzont jest usiany malowniczymi stożkami. Nie wiem co ja mam z tą miłością do wulkanów! Nie tracę nadziei, że kiedyś uda mi się zobaczyć takie czynne, dymiące i plujące ogniem. Albo jeszcze lepiej - zajrzę do jakiegoś? A póki co - cieszę się sylwetkami tych wygasłych.
Gdzieniegdzie krzaki zaczynają już nabierać jesiennych kolorów.
W dali dymią kominy wielkich elektrowni.
I jeszcze jedna rzecz coraz bardziej ściąga naszą uwagę - dziwna faktura horyzontu w jednym miejscu. Jeszcze przed chwilą było tam widać pagóry i dymiące kominy - a teraz one znikneły, jakby ktoś wziął gumkę i wymazał je z obrazka. To coś, co się tam pojawiło nie sprawia wrażenia ciemnej burzowej chmury, która przysłania krajobraz. To jakby powoli acz nieubłagalnie postępująca mgła, taka nicość pożerająca coraz większą część kadru. Nie przesuwa się, gdy na nią patrzysz, ale gdy odwrócisz wzrok i spojrzysz potem w tą stronę ponownie - to raz po raz jest tam wszystkiego mniej, a to coś wyraźnie się zbliża. Jest białe, jak większość nieba i takie równe, jednolite i matowe.
Co bardzo mi się podoba w czeskich górach - w wielu miejscach są wpisowniki! I to nie tylko w chatkach czy wiatach, ale również na szczytach. Mimo że nie bardzo rozumiem wpisanych tam elaboratów - i tak miło pooglądać choćby obrazki, naklejki, pieczątki.
W zachodzącym słoneczku już wyraźnie widać skąd nadciąga ZŁO... A nadciąga ono coraz szybciej. Yyyyyyyy... do busia mamy kawałek - mam nadzieję, że zdążymy!
Zjeżdżamy po kamulcach przez powykręcane lasy, a okolice kryje już cień. I chłodny oddech tego czegoś, co nadchodzi.
Zdążyliśmy do busia. Nie dolało nam, nicość nas nie pożarła. Z tej perspektywy nie wygląda to wszystko tak źle! Może nam się zdawało, że coś napełza? Może to tylko trochę chmurek i nasza wybujała wyobraźnia?
Już jest ciemno, gdy ścielimy sobie w busiu i układamy się do snu. Ledwo wnosimy ostatnie krzesełka, układamy torby we właściwych im miejscach i włazimy do busia - uderza powiew wiatru. Aż busiem zakołysało! Jakby walnęła w niego morska fala! Zaraz po wietrze dołącza się deszcz. Początkowo mega ulewa (aż się zastanawiamy czy busio nie zacznie przemakać) a potem opad przechodzi w mżawkę. Jednak mżawka połączona z huraganowym wiatrem powoduje, że każde otwarcie drzwi skutkuje wdmuchnięciem owej mżawki do wewnątrz - i to prawie w każdy zakamarek busiowych wnętrzności. A ja niestety nocą kilka razy wychodzę do kibelka... Zazwyczaj rodzina zarzucała mi jedynie nocne trzaskanie drzwiami i wpuszczanie zimna - dziś dodatkowo jest prysznic.
Pochmurna noc jest ciemna. Ni gwiazd, ni księżyca, ni łuny oświetlenia od pobliskiej wsi. Świeci tylko jakiś pełgający blask na cmentarzu. Jakby żywy ogień! Ognisko tam ktoś rozpalił? Nie ma szans, zaraz by zgasło przy tym deszczu i wichurze. Poza tym chyba nikt tam nie wchodził - byśmy na bank usłyszeli szczęk bramki. Noce w pobliżu cmentarza mają swój smaczek... Gdy wychodzę na nocne kibelki i widzę drgające, dalekie odblaski płomieni pląsające po drzewach i nagrobkach - czuję "magię chwili", czy raczej pewien rodzaj niepokoju...
Najprawdopodobniej widzianym przez nas światłem były umieszczone w grobowcu z szybką i zdjęciami znicze na bateryjki. One tak potrafią "pełgać" a i czas świecenia może być dosyć długi. Ale pewności nie mamy ;)
Poranek wstaje nieszczególny. Co chwilę polewa... Upały się skończyły. Nagły i zdecydowany koniec lata :( Zimno, ciemno i wciąż ten sam huraganowy wiatr. Z wczorajszych 30 stopni nie zostało nawet wspomnienie (no chyba że w leżących na przedniej szybie naszych ubraniach, które obecnie już nie nadają się do nałożenia... Jest chyba grubo poniżej 15 stopni. Cóż zrobić... Wyciagamy ciepłe łachy, ale i tak najchętniej wracamy do busia i zamykamy się w nim. Jak nie wieje to jest do wytrzymania, ale z tym lodowatym wiatrem urywajacym łeb - to już nie bardzo...
Dobrze, że wczoraj przykleiliśmy busiowi nowe naklejki (te 4 czarne). Dziś to jakby nie spłynęły - to by je zduło. Nieprawdaż, że urocze? :)
A z nieco innej beczki - kabak na wyjeździe ćwiczy piosenki do szkolnego chóru - tym razem partyzanckie i takie z Powstania Warszawskiego. Odkrywamy, że sporo z nich idealnie pasuje do dnia dzisiejszego, no... z małymi modyfikacjami ;) Ciągle je więc śpiewamy na cały pyszczek:
"W dzień jesienny i ponury, raz dwa trzy, polskie dzieci idą w góry, raz dwa trzy."
"Deszcz jesienny deszcz, smutne pieśni gra, mokną na nim kabaczyny, busie kryje rdza."
"Jak tu żyć i o czym śnić, wicher nam nie daje żyć."
"W dzień jesienny i rozmiękły pojedziemy do Drevenki."
No właśnie. Odnośnie ostatniego wersu... Praktycznie wszystkie nasze ostrzyce siedzą we mgle. Dziś ma lać cały dzień - od jutra ma być ciut lepiej. Pojedziemy więc dziś do naszego ulubionego "schroniska" w rejonie, a jutro wrócimy do ostrzyc. I dziś poszukamy jakiegoś miejsca na ognisko, które jest zadaszone. Najlepiej więc szukać wśród skalnych okapów i jaskiń.
cdn
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
























































































































