bubabar

środa, 20 października 2021

Śladami urynoterapii cz.8 - Zamość (2021)

W Zamościu spędzamy pół dnia, z konieczności. Połączenie powrotne mamy z tutejszego dworca PKP wcześnie rano, więc najwygodniej będzie tu przekimać. Śpimy w hostelu zaraz przy starówce. Budynek z zewnątrz nie wygląda zachęcająco (tzn. dla bub) bo jest świeżo po remoncie, wylizany do bólu (jak większość tego miasta).


Ale wystarczy przekroczyć bramę, a wpadamy w miłe, zapomniane podwóreczko, do którego oprócz części hostelowej przytykają opuszczone kamienice. Widok z okna pokoju jest zatem akceptowalny :)


Tam, gdzie na chwilę znikną ludzie, od razu pojawia się przyroda. Nie trzeba jej szczególnie chronić - wystarczy zostawić w spokoju i celowo nie tępić. Wszystkie okna okleiły jaskółcze gniazdka! Można godzinami obserwować jak latają, popiskują, wczołgiwują się do swoich domków czy siedzą na parapetach kręcąc łebkami. Czasem się też biją np. przy wlocie do gniazda. Czy to gospodarz nie chce wpuścić intruzów, którzy próbują wbijać bez zaproszenia? Nie możemy rozkminić o co idzie w tych potyczkach!





Włóczymy się po starówce. Nowe, kolorowe, równiusie. Może trochę bolą zęby, ale kolorowy ryneczek na pewno zapada w pamięć. I nawet dla mnie jest na swój sposób ładny. Przypomina mi trochę odpustową zabawkę. Kamieniczki powinny jeszcze wygrywać jakieś symfonie i migać wieczorem światełkami jak wrocławskie fontanny ;)


I do Piłsudskiego można zadzwonić, jakby ktoś miał jakąś sprawę. Tak tak, Zamość oferuje szeroki asortyment usług! ;)


Nie rozumiem też zupełnie co ma symbolizować ta ławka - pomnik, z wyraźnie tylko jednym siedzeniem. Że niby tych mężów stanu było tak mało???


Pomnik ku czci złodziei rowerów ;)


Zaglądamy też do katedry, gdzie jest ponoć słynący z cudowności obraz o ciekawej historii.



Strasznie lubię takie nietypowe historie i niecodzienne pochodzenie artefaktów. Człowiek sobie siedzi, gapi się w obraz i sobie rozmyśla jak to wszystko było. Tyle ciekawych wydarzeń zatopionych w kawałku drewna! Odkładając nawet na bok obecność Boga, to może to samo przesycenie przedmiotu emocjami powoduje, że inni ludzie odbierają go jako szczególny, “cudowny”, pomagający w skupieniu podczas modlitwy? Fajna też była historia np. o figurce z kościoła w Swarzewie, którą opowiadała mi babcia. Figurka przypłynęła morzem i fale wyrzuciły ją na brzeg. Przybyła niewiadomo skąd, jak rozbitek na nieznaną wyspę...

Nie mogę odżałować, że jak byłam tu przejazdem 19 lat temu, to nie wiedziałam o istnieniu fortów! Zapewne wtedy były zarośnięte, zapomniane i co najważniejsze - otwarte! Przejść, murków czy bram jest tu całkiem sporo na okolicznych pagórkach. Teraz Twierdza Zamość jest wypolerowana, obwieszona kamerami i szczerzy się kłami krat, więc o swobodnym zwiedzaniu podziemnych tuneli raczej nie ma mowy.







>


Na niektórych kamieniach zachowały się stare napisy cyrylicą. Wygląda na to, że jakieś z carskich czasów? bo daty z “18” na przodzie się przewijają.






Udaje mi się wyjść na fajny wał. Można zajrzeć do fosy, zerknąć na widoczek to tu to tam. Mają tu nawet fort wyplatany jak koszyk!


Taaaaa… mogłam się domyśleć, że jak coś ma chociaż muśnięcie sympatyczności - to MUSI być zabronione!


Niektóre fragmenty twierdzy wyglądają jakby je wczoraj postawili np. to białe muzeum.


Ciekawe jest to, że jak gdzieś w terenie jest kawałek starego, obtłuczonego muru, to większość ludzie twierdzi, że to jest be - nieestetyczne, niemiłe dla oka i trzeba natychmiast z tym zrobić cokolwiek... Ale ten sam rozpiżdżony mur otoczony barierkami, otabliczkowany i opisany “zabytek dla turysty” już budzi skrajnie inne odczucia. W takim miejscu ludzie stoją w kolejce, żeby zrobić fotkę. Tu np. taka kupa cegieł z “wartością muzealną”.


Jedno z muzeów zawiera starą broń. Pudel i Krwawy idą go zwiedzać. Łażenie w masce na twarzy i patrzenie na fanty za szkłem nie do końca mnie bawi, więc idę gdzie indziej. Niedaleko jest pałac. W jego głównej części rozłożyło się liceum, a z tyłu przytyka fragment, w którym mieszczą się lokale komunalne. Tą część budynku porastają malownicze pnącza.





Klimatyczne okienka.


Wewnętrzny dziedziniec.



W miłych miejscach jest zawsze dużo sznurków na pranie!


I wyłażą stare napisy!


Jest też piwniczka, która być może ma coś wspólnego z miejscowymi fortami? Obecnie używana chyba jest jako prywatny składzik.



Mroczne klatki schodowe są wyposażone w ogromne, drewniane skrzynie z jakąś tajemniczą zawartością. Na każdej wisi solidna kłódka.




Korytarze pełnią funkcje składzików na rowery, wózki, szafy i wszelaki inny przymieszkaniowy asortyment.



Ściany zdobią obrazy - tematyka marynistyczna zdecydowanie jest tu w modzie.


Kwiatki doniczkowe, dzbanuszki. Niektórzy próbują klatkom schodowym nadać choć odrobinę domowego charakteru.


Od czego są te rzeźbione drzwiczki? I co mogło z nich tak cieknąć?


W tym korytarzu chyba już nikt nie mieszka... Jakoś wieje chłodem...


Schody niestety mocno skrzypią. Przez to łatwo namierzyć intruza. Raz wyskakuje na mnie koleś, z obawą, że kradnę ziemniaki. W drugiej bramie babuszka częstuje mnie ciasteczkami. Opowiada, że mieszka się tu całkiem nieźle, zimą jest cieplej niż w wiejskiej chacie (choć jak można wnioskować ze zdjęcia - kaloryferów tu nie mają...)


Można uprawiać warzywa w ogródku i hodować koty. Kur niestety od kilku lat nie wolno.. Oprócz braku kur problemem są również głośno zachowujący się sąsiedzi.
Dwa spotkania - a takie zupełnie inne podejście do zbłąkanego przybysza. Ale doszłam do tego, że jedno je łączy - musiałam wyglądać na głodną! ;)

Potem zbieramy się ekipą do kupy i idziemy połazić po mieście trochę dalej od starówki. Tu klimaty robią coraz mniej wypielęgnowane i turystyczno - folderkowe. Budki, sklepiczki, smoki i inwazja kosmitów :) A i czasem podwórko z powiewającym praniem. Tak to można żyć!








A w ogóle to zmierzamy do chyba jedynych zamojskich ruin. Przynajmniej tylko o tych udało mi się dowiedzieć. Nazywają to tutaj zwyczajowo “bunkier”, ale nie ma to nic wspólnego z fortyfikacjami. Jest to niedokończony “Dom Partii” i jest objawem megalomanii lokalnych władz pod koniec lat 70 tych. Miało to być jebutnie duże, ale inwestycja nigdy nie została dokończona. Krążą legendy, że wybudowana piwnica ma trzy kondygnacje i zawiera tajny schron przeciwatomowy. Kwestie własnościowe działki są dosyć sporne, co utrudnia dysponowanie terenem, jego sprzedaż czy demontaż. Tak, tak... tego typu spory to w obecnych czasach jedna z niewielu szans na zachowanie miejsc w stanie niezmienionym od lat, na zostawienie w spokoju ruin czy nieużytków. Obecnie “bunkier” jest głównie miejscem spotkań lokalnej “śmietanki towarzyskiej” - żule, ćpunki, bezdomni, jak i imprezująca młodzież. Miejsce spędzające sen z powiek wielu statecznym mieszkańcom Zamościa.








Na "piętrze" troche bardziej przestronnie ;)




Teren w podziemiach jest faktycznie dosyć zapaskudzony śmieciami i szmatami o woni z lekka kibelkowej. Cóż, widać jest duży niedobór tego typu miejsc, więc tutaj nagromadziło się wszystko w postaci skondensowanej i miejscami faktycznie urywa nos. Mój cichy plan zrobienia tutaj ogniska czy chociażby wypicia piwa legł więc niestety w gruzach… Trzeba wracać do centrum...

Jest więc plan, aby wieczorem usiąść w jakiejś knajpie. Początkowo zaglądamy do takowej, którą ponoć polecili Szymonowi znajomi. Nie jest to bynajmniej obiekt należący do mojego ulubionego gatunku “mordownia”, ale w swojej kategorii “knajpa na starówce” całkiem daje radę. Ogródek z widokiem na rynek, takie rury, po których biegają płomienie (może to kiczowate, ale zawsze mała namiastka żywego ognia ;) No i można zamówić zieloną herbatę w dużym, żeliwnym imbryczku. Nie jest to może ognisko w “domu partii”, ale wygląda jak niezły plan na wieczór, skoro już postanowiliśmy go spędzić standardowo w turystycznym mieście. Ale reszcie ekipy owa knajpa jakoś nie przypada do gustu :( Chyba chodzi o ceny piwa… Krążymy więc znów po centrum, jak smród po gaciach, szukając nie-wiadomo-czego. Idziemy w jakąś boczną uliczkę i mimo ciepłego wieczoru siadamy w dusznych wnętrzach jakiegoś baru. I na dodatek w środku trwa karaoke. Można więc jedynie słuchać jak kilku debili drze ryja na przesterowanych mikrofonach. O jakiejkolwiek rozmowie nie ma mowy, chyba że krzykiem. I nie wydają herbaty, mimo że mają ją w spisie, “bo jest piątek”. Nie wiem jakie prawo zabrania im sprzedawania herbaty w piątki, słyszałam, że np. fanatyczni chrześcijanie to mięsa w piątki nie jedzą, ale o herbacie słyszę po raz pierwszy… Kupuje więc piwo, na które jakoś dzisiaj nie mam ochoty, wychodzę z nim do ogródka, w uszach mi dzwoni i zastanawiam się co zrobić dalej z tak pięknie rozpoczętym wieczorem. Chyba najlepszym wyjściem będzie wrócić do hostelu i iść spać, co niniejszym czynię.

Owa knajpa pozostaje jedynym miejscem na naszej wycieczce, która mi się zdecydowanie nie podobała. Zatem jak na 8 dni to bilans jest bardzo a to bardzo pozytywny!

Łażę jeszcze chwilę ulicami, zaglądam do sklepu, aby zaopatrzyć się w żarcie na drogę powrotną. Nie wiem czy dzisiaj jest jakiś “dzień kurtyzany” czy tak obecnie wyglądają standardowe wieczory panieńskie? Po mieście włóczą się kilkunastoosobowe grupy roznegliżowanych i krzykliwych dziewcząt. I jest jedna reguła - im brzydsza dziewucha tym jest bardziej wyzywająco umalowana i bardziej wulgarnie się zachowuje. W Żabce np. oferowały sprzedawcy zrobienie loda za siatkę piwa. Gdy koleś się krzywił - zrobiły się nieco agresywne: “Co k... ?? Nie podobam ci się??” I już się dwa paszczury pchają za ladę. Facet ostatecznie wykręcił się wiszącymi kamerami i późniejszymi kłopotami z szefem. Już wreszcie wiem po co te monitoringi w sklepach wszędzie wieszają!

Rano idąc na dworzec odkrywamy, że w Zamościu jak wszędzie - trwa walka z drzewami i wszelaką zielenią. Niektórzy nie spoczną zanim cały świat nie zamieni się w litą płytę z wypolerowanego betonu. Inni jak widać próbują z tym walczyć. Kibicuję im z całego serca, aby przynajmniej ten mały kawałek walki z wiatrakami byli w stanie wygrać. Mam ogromną nadzieję, że jak kiedyś mnie jeszcze losy zdryfują do Zamościa, to te drzewa wciąż tam będą szumiały...



I by się wydawało, że to już koniec przygód i nietypowych atrakcji. Otóż nie! Z Zamościa mamy pociąg do Lublina, a z Lublina już bezpośredni do Oławy. Gdzieś na wysokości Zabrza w pociągu rozlega się donośny huk! Ki diabeł??? Coś wybuchło? Ale pociąg jedzie dalej, bez zmian… Rzut oka na okno...yyyyyyyyyy… Okno, przy którym siedzimy, oględnie mówiąc zaczęło wyglądać niestandardowo…



Jak witraż! Nadało by się do jakiejś galerii sztuki! ;)


No bo w okno pierdzielnął kamień. Na szczęście trafił w sam róg futryny, więc kamulec nie przebił szyby i nie wpadł do środka. Mam nadzieję, że się odbił i przydzwonił rykoszetem w rzucającego. Ponoć pasażerowie widzieli trzech gówniarzy stojących na wale nad torami i w momencie uderzenia było słychać ich głupkowaty śmiech… Można powiedzieć, że mieliśmy kupę szczęścia, ale sama świadomość, że kamień zatrzymał się metr od twojego łba, a szyba tylko jakimś cudem nie posypała się - powoduje jednak lekkie podenerwowanie… Jeszcze przez kilka dni śni mi się w nocy ta sytuacja w bardzo różnych wariantach...

Jedno co można zdecydowanie powiedzieć - to tym razem słynne Licho z nami nie wędrowało ani przez chwilę! Zostało gdzieś daleko i miejmy nadzieję, że zgubiło trop na dobre…

KONIEC