poniedziałek, 17 października 2016

Czas nie goni nas cz.17 - skodusia pełnomorska czyli promem z Burgas do Batumi

Kolo 13 pojawiamy sie w porcie. Prom jest juz podstawiony i sobie stoi. Miedzy portowym szlabanem a włazem na poklad sa dwie budki gdzie trzeba isc pokazac paszporty. Jest tez graniczna kontrola celna, ale jako ze tu wszyscy przywykli raczej do tirow to skodusia budzi jedynie rozbawienie. Zagladaja tylko do bagaznika “zeby sprawdzic czy tam uchodzca nie siedzi”, choc oni chyba w ta strone nie podrozuja. Potem sie ładujemy na prom gdzie sie wjezdza po takich smiesznych rampach. Maja tu osobny poklad na tiry i na auta osobowe. Skodusia zostaje przypieta tasmami obok dwoch wypasnych terenowek, na bulgarskich i rosyjskich blachach oraz meroli bez rejestracji jadacych chyba na handel.
Caly prom ma 8 pieter i jest bardzo elegancki - wyglada raczej jak wypasny hotel, mało przypomina waląca rybą i wodorostem krype z moich marzen. Gdzie “smierdzacy rybą koc, fale bijace o poklad i bosmana zdarty glos”? ;) Ale coz zrobic, tylko takie tu plywaja i nie ma na co narzekac. Grunt ze prom jest. I zeby jeszcze chcial poplynac.
Bilety mozna kupic rowniez na promie u kapitana. Nasz bilet oczywiscie tez jest wazny. Wogole jakos tak wszystko jest tu na luzie, bez pospiechu i napinki. Wszystko sie da, wszystko jest dobrze, wszystko mozna dogadac. Kapitan nam nawet pozwala w czasie rejsu chodzic pod poklad do skodusi, mimo ze oficjalnie jest to zabronione na wszystkich promach. Nasz pokoj sklada sie z dwoch par lozek pietrowych i korytarzyka gdzie nawet udaje sie wepchnac kabacze lozeczko. Jest tez kibel na stanie, ale z racji na owo lozeczko bardzo ciezko do niego wejsc bo pozostaje 20 cm szpara na wslizgniecie sie i trzeba mocno wciagac brzuch. W pokoju jest tez glosnik przez ktory kapitan oglasza rozne madrosci. Glosnik trochu charczy wiec nie zawsze wszystko rozumiemy, choc kapitan stara sie mowic bardzo wyraznie.
Jest stolowka gdzie 3 razy dziennie wydawane sa posilki. Jest bar gdzie mozna kupic piwo i wino. Piwo mozna kupic tez z automatu na zetony. Zetony pozyskujemy u kapitana za cene rownowarta 4 zl. Jeden zeton, jedno piwo. Na kolacje dostajemy pyszna smazona rybe albo kilka mięs do wyboru, zupe, surowki, kieliszek czerwonego wina i batonik. Obiady wygladaja podobnie jak kolacje tylko bez wina. Karmia ogolnie bardzo dobrze.
Mozna wyjsc na poklad, ktorego dwa pietra sa udostepnione do spacerowania i siedzenia. Sa trzy ławki i chyba dwa krzesla wiec kto pierwszy ten lepszy.
Niektorzy twierdza ze wyjezdzajac z dzieckiem trzeba zabierac ze soba tonę zabawek. Tymczasem najlepsze zabawki zawsze sa wsrod nas :)
Z pokladu mozna sobie obserwowac miasto. Odlegle blokowiska zamykajace horyzont i atrakcje portowe ktore zwykle sa niedostepne do zwiedzania. Z bliska zatem gapimy sie na zurawie, na zaladunek kontenerow na inne statki, na wielkie rury ktore przysypuja jakis wegiel czy zwir, na nieznane maszyny, na uwijajacych sie marynarzy.
Prom caly czas stoi na silniku a rura wydechowa wychodzi na poklad, wiec zapach jest fajny, takiego nie calkiem spalonego oleju. Zupelnie jak na łodzi Wiktora z ktorym kiedys plywalismy po delcie Dunaju, tylko tak 10 razy bardziej intensywny aromat! Poki co na promie jest dosc malo ludzi. Ucinam sobie pogawedke z jednym z kierowcow, miejscowy, Bulgar, gdzies z polnocy. Mowi ze na jego nos to nie wyplyniemy szybko, on szacuje tak 2 w nocy. Skad takie domysly? Gosc nie wie, twierdzi ze czuje w kosciach. Szlag wie czemu, moze wtedy morze jest przychylniejsze? To samo pytanie zadaje kapitanowi, ktory z radosnym usmiechem rozklada rece- “Tego nie wie nikt”. Po kolacji zagaduje nas trzech Azerow- Rasim, Kamran i Ajaz.
Zaczepiaja oczywiscie kabaka, dajac jej batonik. Gdy mowie ze trudna sprawa bo tam sa dopiero dwa zęby, to twierdza ze najwyzej zje mamusia, a jak nie lubie slodyczy to moze choc siadziemy z nimi do stolu i napijemy sie wina (nie jest brane wogole pod uwage ze ktos moze nie lubiec wina ;) ) Wino jest azerskie i calkiem dobre mimo ze biale. Pytaja gdzie jedziemy, wiec mowimy ze Gruzja (o Armenii nie wspominamy bo i po co). Kierowcy z uznaniem cmokaja: “tak Gruzja to piekny kraj, ale czemu nie Azerbejdzan?”. Tlumacze ze wiza, ze drogo, ze zalatwianie. To rozumieja choc oferuja sie nas przemycic ciezarowka bez wizy, jeden nawet chce pokazac zaraz wnetrze kontenera ze bedzie nam tam wygodnie. Zachwalaja kapiele w ropie naftowej, ze Baku jest piekniejsze od Paryza a Kazbek i Elbrus moga sie schowac przy tym ich Bazardziuziu, mimo ze jest nizsze. I ze kazdy nas tam ugosci szaszlykiem, wodki poleje, w domu przenocuje, ze lubia imprezowac na przyrodzie,a zwlaszcza przy zrodelkach, ze pija za duchy przodkow i zapewne tak wspanialego miejsca jeszcze nigdy w zyciu nie spotkalismy. Hmmm.. zaraz staje mi przed oczami inny kaukaski kraj idealnie pasujacy do opisu, ale o nim nasi znajomi ani slowem nie wspominaja.. Wiec i ja milcze.. ;) Dostajemy od nowych znajomych tez kostke twardego, strasznie slonego sera, ponoc ich miejscowy przysmak pod wino, piwo i wodke a na sucho spozywac nie wypada (bo duchy przodkow sie obraza i moze wystapic rozstroj zoladka).
Chlopaki jezdza ciezarowkami na dalekie trasy bo takie sa najlepiej platne. W Polsce tez byli, wymieniaja miasta przez ktore jechali. Teraz jada z Rosji do Azerbejdzanu. Ciesza sie tym promem. Zamiast krecic kolkiem to maja trzy dni (tak sie im jeszcze wydaje) gapienia sie w morze, picia wina i zarcia pod nos. Wczasy! Tak… Tirowcy bez wzgledu na nacje sa zgodni- uwielbiaja promy! Plynie tez Józef, Łotysz o polskim pochodzeniu. Podobnie jak Azerowie mial normalnie przekraczac granice rosyjsko-gruzinska kolo Kazbegi i dalej podążac droga wojenna. Ale zeszlo osuwisko, 800 metrow drogi szlag trafil, sa ponoc tez jakies ofiary w ludziach. Po rosyjskiej stronie tez sa jakies utrudnienia, Terek wezbral i drogi pozrywal. Pojechali wiec do Noworosyjska, stamtad do Bulgarii promem i teraz z Bulgarii do Gruzji. Troche brzmi to bez sensu, ale bezposrednich promow z Rosji do Gruzji nie ma. Podchodzi tez Gruzin i pokazuje na telefonie zdjecie swojej coreczki. Jak klon kabaka, tylko wloski ciemniejsze. Naprawde gdyby bylo w czapeczce istnialaby duza szansa podmienienia! Inni tez zagaduja i wymieniaja imiona swojego licznego potomstwa i wnukow. Najwieksza czeredke ma jeden Gruzin- 9 sztuk. Zwykle 3-4. Wiekszosc powtarza nam: “nie przejmujcie sie, nastepny napewno bedzie chlopiec”, “ja tez mam najstarsza coreczke, juz odchodzilem od zmyslow a tu prosze, potem trzy chlopy jak deby”. Na pokladzie spotykamy Paszę, Ormianina. Mieszka ponoc w bloku z widokiem na Ararat. Cieszy sie jak dziecko gdy wymieniamy miejsca z jego kraju gdzie bylismy. Najbardziej jest rozradowany gdy wymieniamy Karmraszen- malutka wioske w ktorej urodzila sie jego mama! Przestrzega nas ze jedno przejscie graniczne Gruzja/Armenia jest zamkniete ze wzgledu na remont, to kolo Alaverdi. Trzeba wiec jechac na Ahalkalaki i Giumri. Pyta tez potem o czym rozmawiamy z Azerami. Gdy mu mowie ze o goscinnosci kaukaskich narodow, ktore lubia imprezy, wodke i szaszlyki to ma glupia mine…
Poznajemy tez rodzinke z Norylska- Katja, Dawid i ich 4 letni synek Ławrentin. Teraz jada do babci do Gruzji, a wogole duzo podrozuja po egzotycznych krajach. Jak syn mial 5 miesiecy to byli na Kubie. Rok pozniej w Afryce. Wogole kazdego roku prawie jezdza do Afryki. W opowiesciach zaprzeczaja mojej wizji Norylska tzn zgadza sie ze jest to przemyslowe miasto i na polnocy, ale ponoc wcale nie ma tam duzo ruin, wszystkie zaklady przemyslowe i kopalnie swietnie dzialaja, ludzie stamtad nie uciekaja i wcale nie jest zimno bo klimat jest suchy. Przy -20 mozna chodzic bez czapki, a gdy w swoim klasycznym stroju zimowym pojechali do Gruzji to cholernie zmarzli przy -5. Wedlug calej rodzinki Norylsk to wogole “perla polnocy”. Ogladalam kilka filmikow o Norylsku i obraz tam prezentowany dotyczyl jakiegos krancowo innego miasta. A moze sa dwa Norylski? Katja pokazuje nam tez na tablecie zdjecia swojego synka gdy byl w wieku kabaka a potem ujecia z roznych podrozy. Opowiada tez o promie ktorym plyneli pol roku temu z Jordanii do Egiptu. Mial plynac 6 godzin a wyszlo 12. Na pokladzie byl tlum, na lawkach brakowalo miejsc, ludzie siedzieli na swoich bagazach i na podlodze. Wszedzie lazilo jakies robactwo, ktore wpelzalo do plecakow. Nie dawali nic do jedzenia i picia. Byly ciagle kolejki do kibla ktory stanowila wielka dziura prowadzaca az do morza. Katja ponoc obiecala sobie ze juz nigdy nie poplynie promem, ale Dawid ją namowil, ze tu bedzie inaczej.
Co chwile slychac dziwne zgrzyty i metaliczne dzwieki spod pokladu, pewnie kolejne ladunki trafiaja w przepasciste czeluscie plywajacego wiezowca. Z innym tirowcem, Stiopą, nawiazuje sie rozmowa o ładunkach. Owoce? Osuwiska? On nic nie wie. On jest z Ukrainy i wozi rury. I ponoc prom jest planowo, bo zawsze plywa w czwartki. Przynajmniej kumpel mu tak powiedzial. Czemu z Ukrainy jedzie przez Bulgarie? Ponoc szef firmy przewozowej z Kijowa powiedzial ze tak bedzie bezpieczniej, bo w Rosji moga teraz zle reagowac na ukrainskie blachy, a wogole pętac sie z bardzo drogim towarem (rurami????) kolo Odessy tez nie jest za dobrym pomyslem bo ta Odessa zawsze byla niepewna a teraz tez cos tam sie kłębi. “Wiec co? pojechalem przez Bulgarie. I co? Dostalem dwoch Ruskich do pokoju!”. Wiec Stiopa mi sie chwali jak to dzielnie walczyl na Majdanie, skoro kumplom z kajuty nijak nie moze… Ogolnie zycie na promie bardzo mi sie podoba. Jest tylko jeden problem- godziny mijaja a za oknami wciaz Burgas… Budzimy sie w piekny sloneczny poranek. A co za oknami? Burgas oczywiscie! :) Prom stoi gdzie stal i chyba mu tu dobrze. W kolejce po sniadanie tocza sie rozne rozmowy a glowna z nich to kiedy odplyniemy. Szacunki sa rozne i glownie na rozne godziny dnia dzisiejszego. Ktos tam wspomina jakis prom z polnocnych rzek, gdzie czekali tydzien i wrocili skad przyjechali bo prom sie skutecznie zepsul. Popularne sa tez tematy dotyczace burz, wichur, sztormow, wiec co gdzie zalalo, urwalo, zassalo, zasypalo, powywracalo. Niektorzy tez rozwazaja gdzie lepiej trzymac pieniadze za towar- czy przy sobie czy w ukryte w aucie. Zdania sa podzielone. Dzis jest juz zdecydowanie wiecej pasazerow wiec chyba szansa na odplyniecie rosnie. Tiry sa juz upakowane jak ryby w puszce, nie tylko pod pokladem ale i na wierzchu.
Okolo 10 wszyscy wybiegaja na poklad- jedziemy! Fajnie widac portowe urzadzenia, inne statki, falochrony, kormorany, mewy skrzecza.
Jakas łódz plynie rownolegle do nas, chyba nas eskortuja i prowadza we wlasciwa strone. Cos tam pokrzykuja do zalogi.
Jakis czas plyniemy wzdluz wybrzeza. Smiesznie tak obserwowac miejsca gdzie bylismy, zatoczki naszych biwakow. Tu “krokodylowe” plaze kolo Djune, tu dobrze znane opuszczone hotele..
Tu cos dziwnego lezy w morzu- zatopiony statek czy jakies kontenery?
Jakas wypasna willa a w tle radary?
Mijamy tez jakies ciekawe wyspy o ktorych istnieniu nie mialam pojecia.
Potem lądy coraz bardziej błękitnieją, krajobraz sie ujednolica i pozostaje obserwowanie tylko meduz i innych pasazerow.
Przewazaja kierowcy w srednim wieku, o ciemnej karnacji i wygladzie faceta a nie wydepilowanego gogusia o miekkich rączkach niemowlecia. Jedzie tez kilkoro turystow, dwie rodziny z kilkuletnimi dziecmi, kilka dosyc spasionych i krzykliwych ormianskich dziewczat oraz jeden turysta plecakowy z ktorym nikomu nie udaje sie nazwiazac kontaktu- chlopak wyraznie trzyma sie na uboczu i wiekszosc czasu spedza w swoim pokoju- nawet na posilki rzadko przychodzi. Niemowle jest jedno wiec bardzo sciaga wzrok i usmiechy pasazerow. Non stop ktos skrobie za uszkiem, ciagnie za nozke, lub przynosi podarki- to ciasteczka, to jogurciki.. Malenstwo nie pozostaje dluzne i wdzieczy sie do wszystkich niemilosiernie, gugajac, mrugajac oczkami i robiac slodkie minki. Jak jej to zostanie to za 15 lat bedzie wesolo... ;) Strasznie zaluje ze nie mam aparatu, albo lepiej ukrytej kamery ktora moglaby zarejestrowac miny tirowcow jakie robia do kabaka. Jakie wyłupiaste oczy, jakie kląskania jak zaba, chowanie geby w dloniach i wyskakiwanie bokiem, skakanie jak malpy, popiskiwanie cienkim glosem. I to wszystko aby zdobyc usmiech niemowlęcia. Na szczescie kabaczek staje na wysokosci zadania i nie skąpi usmiechu dla nikogo :) Acz na rece do obcych sie troche boi. Jedną Katje wyroznia i u niej na kolanach czy rekach siedzi bardzo ochoczo.
O czym jeszcze gadaja tirowcy? Ze tachograf trzeba ustawic w pozycji “prom”. Jeden ustawil inaczej i teraz sie martwi ze beda klopoty. Zmienic juz nie moze bo ciezarowki sa tak upakowane ze nawet jakby kapitan pozwolil to isc tam byloby niewykonalne. Rytm dnia wyznaczaja posilki 8-12-18, wedrowki po piwo do baru lub automatu i czasem skaczace delfiny. Jest tego calkiem duzo, jednak swoje akrobacje zapodaja z zaskoczenia, wiec zrobienie ladnego zdjecia jest praktycznie niemozliwe.
Kilku kierowcow rozgrywa na pokladzie mecz pilki noznej. Jestem pelna podziwu, ze mimo dosc ostrej gry pilka nie ląduje w wodzie. Dzieci jezdza po pokladzie na hulajnogach.
Spora czesc czasu tirowcy spedzaja na sali telewizyjnej. Jest kilka programow ktore najstarszy przerzuca pilotem. Migaja seriale brazylijskie, reklamy i jakies wiadomosci. Dochodza do kanalu gdzie leci jakis film o flocie czarnomorskiej. Marynarze dzielnie rozwiazuja jakis problem z woda wdzierajaca sie do kotlowni. Pomruk zadowolenia wypelnia sale. Tym razem ten program zostaje na ekranie. Pasazerowie maja tez cwiczenia z “bezpieczenstwa” tzn. wszyscy ubieraja kamizelki, gwizdza w zawieszone na nich gwizdki i zawziecie sie fotografuja w tych niecodziennych strojach. Wszyscy sie swietnie bawia. Zaloga oprocz kamizelek ubiera tez kaski. Niemowlak nie dostaje kamizelki.
Tu my z Azerami.
W kolejce do posilkow zauwazamy, ze czasem ludzie nie stoja normalnie jeden za drugim tylko tworza sie wieksze przerwy. Zastanawiamy sie czy to przypadek czy to ma jakis glebszy sens. W czasie obiadu sprawa sie wyjasnia. Jak zwykle puszczaja mnie przodem, zebym nie musiala stac (tak jest tu w zwyczaju wzgledem kobiet). Najpierw przepuszczaja mnie znajomi Azerowie a potem jest wlasnie ta duza przerwa. Azerowie komentuja: “te Zydy pewnie jej nie przepuszcza..”. Dalej stoi dwoch chlopakow z wytatuowanymi na rekach krzyzami. Dokladnie takimi jak opowiadal Aszot , ze maja jego synowie, zeby ich w Rosji nie bili.. Coby na pierwszy rzut oka bylo widac ze mimo ciemnych kaukaskich gęb nie sa Czeczenami. Chlopaki oczywiscie mnie przepuszczaja dalej. Dystansu do Azerow jednak nie zmniejszaja ponizej 3 metrow. Jeden sie odwraca tylko i imituje spluwanie na podloge. Azerowie udaja ze nie widza. Chwile pozniej nabieraja zarcie z tej samej michy i siadaja ostentacyjnie w dwoch skrajnych kątach sali. Poki co nigdy wczesniej nie widzialam Ormian i Azerow razem, na malej powierzchni. Nic dziwnego ze nie wolno im rozgrywac ze soba meczy w pilke nozna na eliminacjach do mistrzostw swiata itp. Ciekawe tez czy kapitan bierze to pod uwage w lokowaniu pasazerow po pokojach… Zaczynaja nas dochodzic wiesci z Turcji- ze cos znow wybuchlo, ze byl jakis przewrot, ze Erdogana chcieli obalic, ze nie wiadomo kto tam w tej chwili rzadzi, ze granice sa zamkniete, ze lotniska sa zamkniete. Z tej racji nawet nasz prom zmienia trase i plynie tak aby nie wjezdzac na wody terytorialne Turcji. Zwykle ponoc promy trzymaja sie wybrzezy- nasz wali przez srodek morza. Kapitan obwieszcza nam to przez glosniczki. Ale po co wogole? Czy to ma jakies znaczenie jak plyniemy? Tirowcy zaraz wyprowadzaja nas z bledu- jak nie trzymamy sie lądow to nie bedzie zasiegu na komorki! Wieczorem Azerowie okupuja barowy telewizor, kreca pokretlami, biegaja z jakimis kablami. Staraja sie za wszelka cene zlapac tureckie stacje. Pojawia sie na chwile jakis koles w turbanie na tle tureckiej flagi, ale to mgnienie, zaraz ekran zasypuje snieg. Kamran kreci cos tam z tylu pudła i turbaniec wraca na ekran, ale tylko na chwile, potem zastepuja go jakies sceny biegajacych ludzi, ni to zamieszki, ni to jakis pochod. Nasi Azerowie bardzo emocjonuja sie sytuacja w Turcji. Turkow nazywaja bracmi, ale Erdogana szczerze nienawidza. To zly prezydent, trzeba go zmienic- mowia. Sekunduja wojskowym od przewrotu. Telewizor mija grupka przechodzacych Ormian. Patrza na turecki kanał rzucajac w przestrzen: “dziki kraj” i z niesmakiem odwracaja glowy... Czyli na dzien dzisiejszy nie da sie dojechac do Gruzji inaczej niz promem? Droga przez Kaukaz zamknieta- osuwiska, droga przez Turcje zamknieta- przewrot, droga przez Abchazje zamknieta trwale- nielegalne wtargniecie na teren Gruzji. Lądem mozna tylko przez Rosje i Azerbejdzan? Sie porobilo... Na stolowce wisi regulamin. Jak zwykle regulaminow nie lubie to ten jest krotki i sensowny. Nie wolno palic w kajutach, mozna palic w barze i na pokladzie. Ludzie do tego sa w stanie sie stosowac. Tu nie wolno, tu wolno. A nie jak np. w polskich pociagach- nigdzie nie wolno. To wiadomo ze przepis jest martwy, ludzie sie nie beda stosowac i wynik jest taki ze nie mozna sie dostac do kibla. Na promie zabronione jest tez pijanstwo. Nie picie alkoholu ale upijanie sie i rozrabianie. Ktos robi bydlo- informacja do firmy i klopoty. Chlopaki wiec codziennie robia flaszke czy buklak wina, normalnie, w barze, przy stole, a nie jak dzieci na koloniach z butelki w skarpecie pod lozkiem. I jakos krzykow, bijatyk czy zwlok lezacych w korytarzach nie ma. Jest jeszcze jeden punkt ktory budzi czasem spore kontrowersje. Czas na promie jest godzine do tylu w stosunku do czasu moskiewskiego. Dwoch chlopakow bardzo sie burzy na to stwierdzenie- przeciez prom plynie z Bulgarii do Gruzji- co do tego maja Ruscy? Czego sie tu tez wpierdzielaja? Ktos z boku pyta- “a wiecie jaki jest czas moskiewski”? “No oczywiscie, godzine sie rozni od naszego” , “No wlasnie. Wy wiecie. I inni tez wiedza. I o to chodzi”. Kiedy doplyniemy? Tego nie wie nikt. Sa rozne spekulacje, domysly i rozwazania. A poza tym- czy to istotne? Karmią? Karmią. Jest cieplo, jest gdzie spac, na łeb sie nie leje. Jest alkohol. Mozna siedziec, lezec, pic, opalac sie na pokladzie, ogladac telewizje, grac z kumplami w karty, szachy, nardy. Tam gdzie doplyniemy znow otoczy nas pospiech, znow wiekszosc ludzi bedzie starac sie wycisnac dzien jak cytryne, zdążac, zaliczac, doganiac. Tu czas plynie inaczej. Krajobraz pozornie sie nie zmienia, a gapiac sie w dal czesto wpada sie w rodzaj letargu. Do Batumi jeszcze dzien lub trzy. Silnik buczy rownomienie. Przejazd takim promem przydalby sie wielu ludziom, ktorzy nie potrafia sie zatrzymac, ktorzy nawet na sekunde nie umieja zwolnic. I od urodzenia do smierci, gonią sie, zaliczają. Czy to szkola, czy praca, czy urlop- wiecej, dalej, szybciej, wyzej, czesciej. Do Batumi jeszcze kilka dni…
Prom plynie wolniej niz na poczatku. Widac to nawet golym okiem, patrzac na wode i falki. Cos ponoc nie tak jest z silnikiem. Dziala poki co, ale nie pełną parą.. W automacie skonczylo sie piwo... Morze przez wiekszosc trasy jest spokojne, acz kazdego dnia troche inne. Rozni sie kolorem, struktura falek. Czasem jest przezroczyste, a czasem jakies takie mleczno mętne, jakby podswietlone od srodka. Horyzont czasem jest widoczny a czasem wielka połać wody zlewa sie z niebem w jedno. Chmury zbierajace sie na widnokregu tworza rozne dziwne odbicia w wodzie przypominajace pląsające pasy, od ktorych sie troche kręci w glowie.
Woda niesamowicie sie nieraz skrzy w sloncu
Zachod slonca tez codziennie jest ciut inny, od pomaranczu i czerwieni az we fiolet, z chmurkami lub bez, ze sloncem zwyklym , kulistym albo przypominajacym wrecz atomowego grzyba.
Ktoregos poranka, a chyba bylo to dnia czwartego, okazuje sie ze stoimy. Albo doplynelismy albo silnik sie totalnie zrąbał… Wylazimy na poklad. Wszedzie wokol morze.. Czyli jednak silnik… Po chwili udaje sie wypatrzec na horyzoncie jakis ląd, ktory podejrzewamy o bycie Gruzją. Z mgly wylaniaja sie dziwnoksztaltne budynki na tle ogromnych gor. Tak daleko ze ledwo widoczne.
To samo miasto na zoomie ponad 50
Zaloga mowi ze czekamy. Plotki krążą rozne- od takich ze czekamy na redzie na wejscie do portu, do takich ze to rzeczywiscie silnik i czekamy na holownik ;) Kapitan mowi ze nie wiadomo kiedy bedziemy w Batumi bo nie mozemy nawiazac kontaktu z portem. Od rana nie odpowiadaja a nie mozna tak ot podplynac bez zaproszenia. Pytam ze moze by mozna wyslac kajakiem posła aby nas zameldowal. Kapitan sie smieje ze nie jestem pierwsza osoba ktora to zaproponowala, byli juz nawet ochotnicy. W barze skonczylo sie wino. Posilki nadal sa wydawane, mimo ze juz wczoraj przekroczylismy planowany (standardowy) czas przejazdu. Wieczorem poruszenie na pokladzie! Pojawila sie wibracja w podlodze. Załączyli silniki- plyniemy! Tylko czemu nie w strone Batumi? Co my do Turcji plyniemy? Prom obraca sie wokol wlasnej osi. Silniki gasna. Ile mozna plynac... ;) Prom ostatecznie doplywa do portu w srodku nocy. Bez problemu udaje sie przekonac kapitana zebysmy mogli do rana zostac w kajucie- bo co my zrobimy w nocy w Batumi z wrzeszczacym niewyspanym kabakiem? Nie spie jednak dobrze. Cala noc mi sie sni, ze sie budze i widze za oknem pelne morze. Albo ze zaczely wjezdzac nowe tiry, zablokowaly skodusie i wracamy do Burgas. Co chwile budze sie z sercem w gardle i rzucam sie do okna. Widzac portowe latarnie udaje sie uspokoic, polozyc i zasnac ale nie na dlugo. Sny wracaja… Na odprawie paszportowej przed nami stoi w kolejce Rosjanka z corka. “Dokąd? Po co? Ile wam to zajmie? Torbe otworzyc! Co to jest? Wyjąć!” - strazniczka rzuca z oczu blyskawice. Juz sie troche obawiamy przeszukiwania calej skodusi i problemow- w koncu jest wypakowana po dach kabaczym żarciem, wyglada jakbysmy wiezli to na handel. Do nas jednak strazniczka zmienia sie w krancowo inna osobe. Usmiech od ucha do ucha: “Welcome to Georgia”!
cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz