wtorek, 1 września 2015

Kilka migawek z lubuskiego cz1. (2015)

Jak zwykle w ostatni weekend wakacji suniemy w lubuskie. W tym roku, z racji obecnosci dodatkowej puli urlopu, mozemy wyruszyc juz w czwartek. Pierwsze przygody spotykaja nas juz na autostradzie. Gdzies w przepastnych lasach, niedaleko zjazdu na Swietoszow, na pasie awaryjnym stoi jakis koles i macha. Obok zaparkowany samochod na brytyjskich blachach. Moze cos sie stalo? Stajemy aby zapytac. Gosc nie mowi po polsku. Jego wyglad raczej nie swiadczy o angielskim rodowodzie z dziada pradziada a raczej o wedrowce ludow z poludnia. Koles w dosc nieskladny i pelen sprzecznosci sposob przedstawia nam swoja historie. W aucie zostaly mu dwa litry benzyny. Musi dzis (koniecznie dzis) dojechac do Warszawy (lub Diseldorfu- bo padaly dwie wersje) aby tam sprzedac samochod. Problem w tym ze nie ma kompletnie kasy na tankowanie. Bedzie mial dopiero jak spieniezy auto. Prosi nas o pozyczke kilku stow - a w zastaw chce dac rzekomo zlote lancuchy i zegarki ktorymi jest dosc poteznie obwieszony. Twierdzi ze za kilka dni dostarczy zwrot gotowki w kazde umowione miejsce na terenie Polski badz Niemiec. Obiecuje tez jakies premie za pomoc. Facet najprawdopodobniej jest oszustem, iles razy spotykalo sie takich w miescie, w pociagach czy na stacjach benzynowych ktorzy chcieli sprzedac zlote ozdoby ktore ostatecznie okazywaly sie tombakiem. Tu jednak zostala zastosowana ciut inna taktyka- "na pozyczke". A moze gosc rzeczywiscie jest w potrzebie? Moze jestem naiwna ale zawsze staja mi przed oczami sytuacje jak zbieralam w Sanoku na PKP na bilet do domu, albo we Wroclawiu prosilam o pozyczke na futrzana czapke. I trafilam wtedy na dobrych ludzi. Juz nie wspomne o dziesiatkach osob ktore nas karmily, poily, wozily i nocowaly w roznych Ukrainach, Gruzjach i Armeniach. I jakos zawsze mam dziwne poczucie ze za to wszystko mam do splacenia dlug wzgledem innych. Ostatecznie po dlugich rozmowach ktore w miare uplywu czasu sa coraz bardziej zagmatwane i absurdalne, decydujemy sie dac gosciowi tyle zeby zdolal dojechac do najblizszego miasta - Zar lub Zagania (20zl) Jesli jego historia i zloto sa prawdziwe- to tam znajdzie sobie lombard, zastawi zloto i dojedzie handlowac gdzie mu sie spodoba. Zegnamy sie milo i suniemy dalej rozwazajac kogo tak naprawde spotkalismy. Gosc mial troche wyglad gangstera- opalony, biala koszula, ciemne okulary, grube zlote lancuchy. Moze buchnal gdzies auto i okazalo sie ze z pustym bakiem? grunt mu sie pod nogami pali, woli stracic zlote ozdoby a przynajmniej uratowac trefny samochod i wlasny tylek? A moze sciga go jaka mafia i probuje czmychnac jak najszybciej do Niemiec? Ciekawe czy biorac zloto bysmy tylko stracili kase czy moze pare km dalej jacys jego kumple probowali by je odbic? Rozwazajac rozne wersje zajezdzamy do miejscowosci Przewóz. Miasteczko wogole wyglada sympatycznie, jest jakos tak pyliscie i pusto. Przez droge przebiega nam jakis starszy facet ubrany dosc kolorowo, z broda do pasa i banka jak na mleko w reku. Czarny kot ponoc przynosi pecha- ale kolorowy dziadek to chyba na szczescie? Ide do spozywczaka. W tle gra "Warszawa" T-lovu. Radio czasem sie zacina i powtarza lub rozciaga sylaby- zupelnie tak jak nasze w skodusi. Przede mna stoi jakas starsza kobita. Mowi do ekspedientki "poprosze papierosy". Dziwne troche, zwykle chyba ludzie podaja nazwe firmy np. zielone Malboro, ale widac wszyscy sie tu znaja i w sklepie wiedza co babinka pali. Sprzedawczyni bez slowa schyla sie pod lade i wyciaga zestaw kilkunastu lyzeczek, starannie zaspawanych na tacce. Podaje je babci, a tamta bez slowa je chowa do torebki. Poczulam sie troche nierealnie. Rozgladam sie za ukryta kamera. A moze trafilismy w jakas rownolegla rzeczywistosc??? Kolo Łęknicy odwiedzamy tereny dawnej kopalni Babina. Pozyskiwano tu wegiel brunatny. W latach 1920-1973 bylo tu prowadzone wydobycie zarowno podziemne jak i odkrywkowe. Po dawnych czasach zostaly ruiny kilku szybow oraz kilkanascie jeziorek zalewajacych dawne wyrobiska. Sporo jeziorek ma silnie kwasny odczyn, ciekawe kolory a brak w nich zab, ptactwa czy popularnej wodnej roslinnosci swiadczy rowniez o malych walorach kapielowych dla zwyklych smiertelnikow (dla sympatykow przezyc ekstremalnych jeziorko o ph2 moze byc wyzwaniem ) W miejsce to trafilismy niestety troche za pozno. Kilka lat temu teren zostal zagospodarowany w sposob popularny dla dzisiejszych czasow tzn. rowne szerokie alejki, laweczki, lasy tablic, płotki po horyzont ktore szlag wie co od czego maja odgradzac.. Miejsce i tak zachowalo wiele uroku (moze dlatego ze bylismy tam w czwartek i spotkalismy na trasie tylko okolo 10 osob?). Ale caly czas dreczylo nas pytanie- jak tu bylo zanim wjechaly spychacze i tony lakierowanego drewna? Gdy przedzierajac sie chaszczem nagle dochodzilo sie na martwa plaze jeziora o kolorze oglednie mowiac niecodziennym? Obiektem nowej architektury najbardziej wlazacym w oczy jest wieza widokowa. Jej wyzsze pietra rokuja nienajgorzej noclegowo.



Z wiezy roztacza sie widok na najwieksze zalane wyrobisko zwane Afryka


oraz jakis wielki dymiacy zaklad przemyslowy znajdujacy sie juz po stronie niemieckiej

W inne strony tylko zielona lubuska klasyka- lasy, lasy i jeszcze wiecej lasu

Cala linia brzegowa najwiekszego z jezior to roznoksztaltne piaskowo- gliniaste piramidy i przedziwne formy jakby postrzepionych skal albo wyplukanych woda lejow i dolin.










"Plaze" tez przyroda pomalowala w rozne desenie.


Kolor przybrzeznych czesci jeziorka jest rudoczerwony i nie widac zadnych zyjatek. Zanurzylam jeden palec- nie rozpuscil sie.






Nad stawem stoi nowa wiata. Na nocleg pewno by sie nadala - acz niestety nie ma podlogi. Stoly dosc waskie.

Z przeciwleglego brzegu woda nabiera bardziej teczowego wygladu.

Kawalek dalej wybija zrodlo. Kolorowe osady na jego zboczach i bugoczaca czelusc odrobine przypomina mi Istisu i tamtejsze cieple zrodla.


Czesc wyplywajacej wody przybiera desenie jakby kto benzyne rozlal- acz chyba zadna benzyna nie uklada sie tak ladnie. Na tablicy napisali ze to wykwity jakis bakterii zelazowych




Niektorzy totalnie olewaja piekno okolicy i usmiechaja sie jedynie do slonca i wlasnych snow..

Kolejne jeziorko tez jest rudo-rdzawe

a jeszcze kolejne porosniete kilkutami padlych drzew. Wszystkie drzewa sa pasiaste.




Jest tez jeziorko z drzewami lekko zielonkawe

Nastepne stawy sa utrzymane w tonacji zielono- niebieskiej. Sa chyba zdecydowanie mniej kwasne bo bujnie porasta je normalna nadwodna roslinnosc a nawet slychac zaby.



Nie przeszlismy calej trasy- jeszcze kiedys tu wrocimy poszukac szybow i sztolni upadowych. Tymczasem dostajemy wiadomosc od znajomych ze czekaja juz na nas w umowionym miejscu. Jedno jest pewne- jak kiedys trafie w koncu nad kolorowe jeziorka w Rudawach to one chyba nie zrobia juz na mnie wrazenia. Popoludniem spotykamy sie z Ziuta, Grzesiem i Magda a wieczor mija nam na wyciu do gitary miedzy pieczona karkowka a oscypkami cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz