poniedziałek, 18 maja 2015

Sudety - Przysypani pyłkiem, utopieni w bzie - podkłodzkie okolice (2015)

W piatkowe popoludnie wyruszamy w podklodzkie okolice. Na mapie mam znaczony lesny parking kolo Pokrzywna, taki z wiata. Na miejscu okazuje sie ze zdecydowanie wiaty nie ma, na skrzyzowaniu lesnych drog sa tylko blotniste koleiny rozjezdzone przez zrywke. Kawalek dalej jest przy drodze wbity znak lesnego parkingu, w miejscu gdzie jest tylko row i potoczek. Cos co mogloby go przypominac jest jednak jeszcze kawalek dalej- rozszerzenie drogi z kilkoma laweczkami i miejscem na ognisko. Postanawiamy zostac, drewna na ognisko jest w zasiegu reki dosyc sporo.

Miejsce okazuje sie byc dosyc spokojne. Rano przemykaja tylko jedna ciezarowka z drewnem i jeden traktor z koniem.

Turystow mija nas dwoch- dziadek dziarsko maszerujacy z kijkami oraz jak sie okazuje znajomy forumowicz- ferial, z ktorym wdajemy sie w krotka pogawedke. Nasze miejsce noclegowe o poranku (tzn kolo 11 ;)

Wszystko wokol jest przysypane zoltym pylkiem- skodusia, namiot, buty. Pylek osiada tez na okularach toperza i obiektywie aparatu. Jest doslownie wszedzie i laskocze w nos.



Po sniadaniu idziemy poszukac ruin fortu Blokhauz. Po drodze wpada nam w oczy dziwny szlak

oraz dwa miejsca potencjalnie noclegowe


Fort takze jest tzn jest nim strome skaliste zbocze, po ktorym widac jakies slady ludzkiej reki bo jest maly tunelik i stara tablica.






Miejsce sluzy rowniez niesmialym wspinaczom- wisi lina, pod skala leza materace, jednak ludzie na nasz widok sie natychmiast chowaja i nie wylaza z ukrycia przez najblizsze 10 min. Gdzies miedzy drzewami majaczy jakis budynek, przy nim jakies kamienne ruiny. Idziemy sobie go obejrzec. Tak trafiamy na nieuzywana lesniczowke, utopiona w zieleni.


Okazuje sie nie byc calkiem opuszczona- miejscem opiekuje sie babcia, ktora przyjezdza tu co jakis czas, przewietrzyc i powspominac. Gadamy chyba z pol godziny w cieniu starego zdziczalego sadu, o czasach gdy byla mala dziewczynka i mieszkala w tym malowniczym domku na koncu przysiolka. O pieknych wiosnach i trudnych zimach gdy nie zawsze droge odsniezal plug. Gdy nie zawsze bylo bogato i dostatnio ale bylo milo i bezpiecznie bo wielopokoleniowa rodzina trzymala sie razem i sobie pomagala.. Okazuje sie tez ze swiat jest strasznie maly- bo mamy z babcia wspolnych znajomych! Za domem jest kawalek ogrodzonego terenu robiacego wrazenie zapomnianego pola namiotowego, co do ktorego mamy pewne plany... Zegnamy sie z nowa znajoma i znow zapuszczamy w okoliczne lasy- tym razem wylazimy na niewielkie wzgorze zwane Kamienna Gora. Jak sama nazwa wskazuje kamulcow roznistych tu dostatek.



Niektore nawet tworza calkiem solidne dachy pod ktorymi kilka osob by sobie dogodnie moglo zanocowac!


Widoczki tez jakies nawet sa z najwyzszej skalki

Acz lepsze sa z okolic pobliskiego klasztoru w Pokrzywnie


Potem jedziemy bardziej na wschod. W Starkowku mijamy kapliczke obrosla niezapominajkami


a zaraz obok pachnacy drewnem opuszczony dom

W Starej Łomnicy cos jakby ruiny palacu utopione w krzakach bzu

wogole bzu to jest wszedzie zatrzesienie

oraz kolejny drewniany domek zjadany tym razem przez pnacza


W Gorzanowie - odmiana po milych sielskich wrazeniach. Palac w innym stanie- oklejony dziesiatkami tabliczek z zakazami wstepu, zblizania sie, monitorowaniu, terenie prywatnym, zjadliwych psach itp. Cud ze nikt nie strzela jak wedrowiec smie popatrzec z drogi na budynek (bo jak sie robi zdjecie to juz spod ziemi wyrasta jakis typ ktoremu sie to nie podoba i strzyka jadem..)


Naszym kolejnym dzisiejszym celem jest Jaskinia Radochowska do ktorej wedrujemy zielonymi sciezkami lagodnych wzgorz.


Jaskinia niestety okazuje sie byc zakratowana i pilnowana. Wejscie tylko z przewodnikiem, platne i jeszcze kask trzeba ubrac. Nie jest to to co buby lubia najbardziej ale skoro juz przyszlismy to zwiedzimy w ten sposob skoro sie nie da w inny. Oprowadzajaca babka jest bardzo mila, opowiada nawet calkiem ciekawe rzeczy. Dziwne jest jedynie to co mowi na poczatku- o sporych trudnosciach technicznych w czasie zwiedzania, sliskim podlozu, waskich korytarzach gdzie trzeba sie przeciskac, ostrzega ze nie kazdy da rade itp Wytrawnym speleologiem nie jestem, po jaskiniach duzo nie chodzilam w zyciu ale trudnosci owych nie zauwazylam. Fakt- czasem trzeba sie schylic, ale ogolnie idzie sie raczej jak na spacer po parku.








Wiata przy jaskini jest raczej z gatunku tych przewiewnych i niechroniacych za bardzo przed deszczem. Chyba za czasow bazy namiotowej stalo tu cos solidniejszego.

Po pozegnaniu dosc tlumnych okolic jaskini znow zaglebiamy sie w swiat pusty i niezadeptany. Wlazimy na gorke Cierniak, gdzie za towarzyszy mamy tylko dziesiatki mrowczych kupek. Chyba jeszcze nie widzialam miejsca gdzie wystepowalyby one az tak stadnie!


I jeszcze tacy jegomoscie tam bywaja

Na szczycie gory jest kosciolek, kapliczki. Swiatynia zostala ponoc ufundowana w XIX wieku przez owczesnego soltysa Radochowa za cudowne uzdrowienie z ciezkiej choroby.

Jest tez polowy oltarz ktory wedlug mnie wyglada troche dziwnie- jak ktos kto utknal glowa w jakiejs dziurze i fika nogami probujac sie wydostac..

Ide pozwiedzac okolice kosciola a toperz zostaje na lawce z ksiazeczka. Zagladam przez krate do kaplicy

Ciekawe na jaka melodie?

mijam ciekawa kapliczke o symbolicznym zarysie swiątka

oraz schody w ilosci duzo prowadzace do Radochowa, a na kazdym z nich sa wyryte informacje o roznych darczyncach i sponsorach tego miejsca.


Siedzacy sobie pod drzewkiem toperz zostal zagadniety przez lokalnego pustelnika, mieszkajacego w niewielkiej chatce nieopodal szczytu. Pustelnik wzial toperza za jakiegos swojego znajomego Krisznowca, a jak wyszla na jaw pomylka to juz nie bylo wyjscia jak pogadac :) Zwiedzamy wiec kosciol z naszym nowym znajomym, jednoczesnie dowiadujac sie sporo ciekawych rzeczy o okolicy, o historii lokalnej pustelni i kaplicy, o swietach koscielnych w naszym kalendarzu oraz Henryku VII. Pobliska pustelnia

Schodami zlazimy ponownie w okolice Radochowa

W zapadajacym zmierzchu suniemy na odkryte dzis sympatyczne miejsce biwakowe. Po drodze raz po raz wyskakuja przed skodusie sarny.

Smiejemy sie ze dzis idzie na ilosc - wczoraj bylo raz a dobrze- kolo Henrykowa wyskoczyl spory rogaty jelen! Wieczor mija klasycznie.

Choc deszcz nas troche straszyl i juz myslelismy ze idziemy spac o glodzie, bez kielbasek, oscypkow i ziemniaczkow. Ale aura okazala sie byc nam jednak przychylna. Spimy dlugo. Caly poranek duje wiatr, wyjac w koronach drzew i tropiku naszego namiociku. Po nocnych deszczach dzien wstaje bardzo pogodny i sloneczny.



Kolo Romanowa znajdujemy fajny kamieniolom a ktorym kiedys obiecujemy sobie zapodac nocleg.



Dzis idziemy szukac zrodelka na zboczach gory Krzyzowa, zwanego studnia Oppersdorfow. Mijamy wyboiste drogi wijace sie miedzy Romanowem a Starym Waliszowem.



Powoli pniemy sie w gore cienistym lasem. Po drodze stary kamieniolom.


Caly czas towarzyszy nam jakies donosnie szczekajace zwierze, ktorym zdecydowanie nie jest pies. Kiedys slyszalam ze tak szczekaja sarny. Ta jest jakas dziwna - wiekszosc ktore znalam to w lesie tylko mignely uciekajac- to cos idzie za nami z 15 minut i szczeka. Zrodelko okazuje sie byc bardziej malownicze niz sobie wyobrazalam. Utopione w lesnym uroczysku, wyrasta z niego wielka brzoza a wilgotne omszale wnetrze pachnie starym kamieniem i ziolami! Woda jest chlodna i smaczna. Siedzimy tu dlugo. Jakos sie nie chce zbyt szybko opuszczac tego pieknego miejsca.








Pozniej idziemy w strone szczytu, schodzimy sie z czarnym szlakiem i nim wracamy. Jakim cudem ominelismy kosciol na Krzyzowej to nie wiem. Kilka lat temu szlismy podobnie i kosciol byl. Dzis nie ma ;) Ale sa za to laki pelne jaskrow i lubinu.


I wygrzane zywiczne lasy


Na koniec milego wiosennego weekendu- rybka! Chrupiacy pstrag z milej smazalni kolo Radochowa.


wiecej zdjec https://picasaweb.google.com/jabolowa.ballada/201505_PrzysypaniPylkiem_PodklodzkieOkolice

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz