środa, 25 marca 2015

Ukraina - Odessa, Delta Dunaju czyli z wiosłem w świat (2009)

Pomysl na wyjazd zrodzil sie na poczatku wrzesnia, w drodze do Osmołody, jak siedzielismy z Grzesiem w knajpie w miejscowosci Bronsziw Osada, jedlismy pielmieni i Grzes zastanawial sie jak wykorzystac resztke tegorocznego urlopu.. "Myslalem zeby pojechac gdzies dalej, gdzies gdzie jesienia moze bedzie ciut cieplej, np. do Odessy.." i tak sie zaczelo... :))

W dzien wyjazdu, w sobote musze jeszcze na troche skoczyc do pracy :( Umawiam sie wiec z toperzem na dworcu i lece.. Po drodze udaje mi sie w koncu dodzwonic do hoteliku w Izmaile (na forum doradzano mi zeby zadzwonic i zarezerwowac bo po sezonie czasem bywaja zamkniete) , Babka w recepcji jest niestety troche przyglucha wiec musze wrzeszczec do telefonu, co w polaczeniu z wielkim plecakiem powoduje ze ludzie na ulicy troche dziwnie na mnie patrza ;) Do apteki wpadam oczywiscie spozniona, strącam karimata dwa syropki z polki (na szczescie prawoslazowe , wiec jestem do tylu tylko 4zl..) Przed 15 melduje sie na dworcu PKP, wsiadamy w pociaga do Krakowa, tam spotykamy sie z Piotrkiem i pierwsza wyjazdowa noc spedzamy w przytulnym mieszkanku mojej babci. Rano spotykamy sie z Grzesiem i suniemy do Przemysla, granice przekraczamy nadpodziw sprawnie i stawiamy sie we Lwowie na godzine przed pociagiem. Bilety sa juz niestety tylko na gorne polki. Jak dla mnie to pierwsza trasa plackarta na dluzsza odleglosc, wiec przypominaja mi sie wszystkie relacje z wyjazdow transsyberka, gdzie caly wagon zmienia sie w jedna wielka rodzine, wszyscy ze soba gadaja, opowiadaja sobie swoje zycie, czestuja tym czy owym a prowadnica donosi piwo i czaj z samowara.. Niestety widac nie zawsze tak pieknie bywa, bo trafiamy na wyjatkowo nietowarzyskich wspolpasazerow, kazdy tylko w ciemne okno sie patrzy, odpowiada polslowkami i przed 20 kladzie sie spac.. Pozostaje wiec impreza we wlasnym gronie (czego miejsca na gornych polkach nie ulatwiaja), opowiesci o wyjazdach minionych i planowanych.. Jakos w srodku nocy mamy dluzszy postoj w Żmerince, Grzes i Piotrek ida pobuszowac po peronach i przynosza pyszne cieplutkie wareniki zakupione od babuszki :))



W Odessie jestesmy wczesnym rankiem. Coby nie nosic po miescie wszedzie plecakow ze soba postanawiamy zaniesc je do hotelu "Spartak" gdzie polecano nam nocowac, nocleg okolo 8zl od osoby, a w przewodnikach pisali ze "warunki radziecko-spartanskie", "wiecej karaluchow niz turystow ale mila obsluga wszystko wynagradza", "warunki jak w latach 70 tych na dalekiej prowincji Kraju Rad" i do tego lokalizacja w miejscu z ktorego wszedzie blisko wiec wizja noclegu wyglada obiecujaco :) Mimo ze mamy dokladna mape nie bardzo umiemy tam trafic..To skrecamy za wczesnie, to idziemy za daleko ,wciaz nie widac czegos co mogloby wygladac na miejsce noclegowe tylko ciagle łazimy wzduz jakiegos metalowego parkanu. Smiejemy sie ze patrzac na cene to pewnie nie doczytalismy ze za tym ogrodzeniem trzeba by rozbic wlasny namiot i wykopac sobie studnie ;) Lokalizacja by sie zgadzala, warunki rowniez.. W koncu poddajemy sie i pytamy jakiegos milicjanta o droge.. taaaaaak... Trafilismy nadpodziw dobrze... A po hotelu zostala dziura w ziemi i kupa gruzu otoczone plotem.. Niezle to wyglada w polaczeniu z naszymi karteczkami ;)


Nie oplaca sie juz wracac na dworzec i szukac kwater, udajemy sie wiec do pobliskiego hotelu "Centralnyj", klimat juz nie ten co mial byc, ale mozna rzucic bagaze i isc na miasto... Zjadamy pyszne sniadanko w "puzatej chacie", ktora niestety jest polozona na szostym pietrze obrzydliwej galerii "Europa"..Coz..nie przypuszczamy ze tak wyjdzie ze ten paskudny market bedzie najczesciej odwiedzanym miejscem w Odessie ;)

Idziemy sie powloczyc po miescie, zlazimy do portu znanymi powszechnie schodami,

jak potem sie okazuje w najblizszej okolicy sa inne duzo sympatyczniejsze schody :)

W parku spotykamy niesamowite stada zdziczalych psow

Potem idziemy na plaze, gdzie robimy inauguracje grzesiowej fajki wodnej. Z braku wody wlewamy do srodka kwas chlebowy ;)



Potem sprawdzamy pociag na jutro do Bilgorodu- jest tylko cos kolo 8.. wiec trzeba bedzie kolo 6:30 wstac.. Toperz chce mnie udusic.. No ale raz wstac wczesnie nic nie zaszkodzi.. Jeszcze sie wyspimy.. Elekriczka Odessa- Bilgorod ma piekna trase bo kawalek idzie przez cienki przesmyk pomiedzy morzem a limanem Dniestru. Najbardziej podoba mi sie stacyjka Morskoje, gdzie zaraz za peronem zaczyna sie dzika plaza i jeszcze jakies wraki statkow stoja :)


W pociagu nie dziala ogrzewanie, jest piekielnie zimno, wiec gdy ubranie na siebie wszystkich polarow,kurtek i swetrow nie pomaga zaczynamy sie rozgrzewac rowniez wewnetrznie balsamem pomorskim :)

Jak sie tez okazuje w jednym z sasiednich wagonow mozna u babki kupic goraca herbate lub kawe z termosa. Jej wspoltowarzysz nie wiedziec czemu bierze mnie za bialorusinke i chce wciagnac w rozmowe na temat Łukaszenki i przyszlosci tego kraju. Jest bardzo zawiedziony jak wyprowadzam go z bledu na temat miejsca naszego pochodzenia..Potem mi troche zal, moglam go powkrecac, moze mozna by sie ciekawych rzeczy dowiedziec ;) W Bilgorodzie jestesmy kolo 11, okazuje sie ze sprawdzany w necie pociag do Izmaiłu ktory mial kursowac raz dziennie o 18 tak naprawde jezdzi tylko 3 razy w tygodniu..Ii akurat nie dzis.. Pozostaje wiec szukac marszrutki, ktora jest tez jedna o 12.. No to zesmy sobie zwiedzili Bilgorod i twierdze Akerman.. :-( Majac godzine czasu udajemy sie do pobliskiego baru gdzie zjadamy przepyszne pielmieni w garnuszku, takie gdzie dodatkowo plywa watrobka w sosie :) mniam!! Pakujemy sie do dość zatloczonej marszrutki. Siedzaca obok mnie babka czestuje mnie mielonymi kotlecikami, kiszonymi ogórkami, jabłuszkami z sadu i daje ciasteczka na droge. Jak sie okazuje Swieta jest nauczycielka geografii z Mikołajewa i jedzie do rodziców pomagac robic przetwory na zime. Wykazuje sie taka sama miłoscia do map jak ja, wiec prawie do konca podrozy siedzimy z nosami w mapach. Opowiada o praktykach na studiach gdy kiedys w 3 miesiace chodzili z plecakami po krymskich gorach, jaskiniach i skalnych miastach, a drugi raz w tyle samo przeszli zygzakiem ukrainskie Karpaty. Zaprasza nas tez do swojej daczy pod Oczakowem, bardzo reklamujac tamtejsze plaze, bagna i dzikie mierzeje. Toperz ma za to za sasiada podrozy przesympatycznego ale troche przynudnego dziadka, ktory czestuje go wodka "karat" oraz stara sie opowiadac duzo o swoim miescie: ze Izmail jest historyczna stolica Besarabii, ze jest tam cerkiew i pomniki, ze Dunaj to duza i piekna rzeka , ze mozna zjesc dobre ryby...i znowu to samo od poczatku ;) Chce nam we wszytskim pomagac, probuje nawet przekonac kierowce marszrutki by zmienil trase i podwiozl nas pod sam hotel (bo oni maja takie ciezkie plecaki) ale kierowca ofukuje go w dosyc niemily sposob. Zarowno Swieta jak i dziadek zachecaja nas bysmy z Izmaiłu do Wiłkowa pojechali nie autobusem a rzecznym promem po Dunaju. Ponoc plywaja takowe z raz dziennie, a jak nie dopasuje nam godzina to mozna sie dogadac z miejscowymi handlarzami ryb i wina aby nas zabrali na poklad. Napalamy sie na wodna podroz i zaraz po przyjezdzie do Izmaiłu lecimy na dworzec morski wywiedziec sie o transport.

Tu niestety czeka nas ogromny zawód... Kursowe promy nie plywaja od dwoch lat..Mozna jedynie w jakiejs firmie zamowic za kupe kasy burzujski rejs.. Miejscowi tez nie chca nas zabrac na poklad, nie chca nawet negocjowac ceny.. Od kiedy Rumunia jest w UE Dunaj stal sie rzeka graniczna i na przewoz turystow trzeba miec specjalne pozwolenia... Coz...Skonczyly sie czasy swobodnych i klimatycznych przejazdzek po Dunaju, na beczkach z winem, ze skrzynia ryb i trzcinami... Spoznilismy sie z dwa lata...Ale na to ani my ani miejscowi nie mamy wplywu, ze Rumunom sie unii zachcialo :-( Klnac na czym swiat stoi opuszczamy morski dworzec i wlasnie zaczyna nam sie konczyc swiatlo.. Decydujemy sie mimo wszytsko zwiedzic twierdze, mamy nawet mape miasta z przewodnika pascala, ale jak sie okazuje jest ona totalnie do niczego, idac wedlug mapy ladujemy na jakies prywatnej posesji lub na drozce ktora sie konczy przy torach. Ruszamy wiec dalej na wyczucie. Docieramy gdzies na obrzeza miasta, jest ciemno jak w d..., co chwile mijamy otwarte studzienki kanalizacyjne a Grzes nabija sie na wiszaca nad droga galaz... Wchodzimy w jakis park i w koncu odnajdujemy resztki jakiejs budowli nie majacej socrealistycznej architektury-wiec obwołujemy ja izmailska twierdza. Pobliskie tabliczki potwierdzaja nasze domysly.


Gdzies tu w krzakach powinny siedziec jeszcze dwie zruinowane cerkwie ale ze w tych warunkach prawdopodobienstwo ich odnalezienia jest mniejsze od prawdopodobienstwa wpadniecia w jakas dziure lub bliskiego zapoznania z miejscowymi menelami. Wiec odpuszczamy... Wracamy do centrum, zjadamy najmniejsza w zyciu porcje pielmieni w barze "Sybiraczka" (gdy pytasz o pielmieni a pani za barem wyciaga kalkulator aby sprawdzic czy ilosc pierozkow w zamrazarce jest podzielna przez 4- znaczy jest bardzo zle ;) )

Odwiedzamy Włodka

i sprawdzamy autobusy do Wiłkowa... jest... jeden.. o 8 rano... znow pobudka przed 7...grrrrrrrrrrrrrr... Podroz do Wiłkowa jest bardzo klimatyczna. Przygrywa nam z charczacego głosnika miejscowe disco, babuszki rozmawiaja o miejscowym bazarze, a autobus sunie okrezna droga przez zapadle wioski z niebiesko malowanymi domkami, przez opuszczone kołchozy- krolestwa eternitu, a w oddali rozlewiska, jeziora,kanały... Wiekszosc trasy jedzie w sporym przechyle , lewym kołem prawie w rowie.. Caly czas tocze deperacka walke z parujaca szyba by choc troche zdjec porobic



i rozmyslam o tym co czeka nas na koncu tej malowniczej trasy.. Wiłkowo- miasteczko w delcie Dunaju, nazywane "ukrainska wenecja", zalozone przez staroobrzedowcow i zbieglych kozakow. Polskie przewodniki mowia o tym miejscu dosyc skrotowo: ""daleko, ciezko dojechac, najlepiej wynajac zorganizowana wycieczke w biurze w Odessie". Jedyne sensowne informacje jakie udalo sie zdobyc to artykul z 2002 roku z gazety "izwiestia" do ktorego link zapodala Mi z forum (http://www.odecca.ru/izvestiya.htm) Ponoc nadal sa tam miejsca gdzie mozna dotrzec tylko lodzia, gdzie zyja sobie ludzie w harmonii z przyroda, zyciem takim jak ich dziadkowie, czesto nie wiedzac o zmianach na swiecie.. Ponoc gdzies na zagubionej wysepce mieszka babcia ktora ma ze sto lat i wciaz handluje ryba za radzieckie ruble..Ma juz ich trzy worki i mowi ze to kapital na ciezkie czasy..Nikt nie ma serca jej powiedziec ze jej swiat juz od 20 lat nie istnieje.. Bo pewnie i tak nigdy sie nie dowie a po co burzyc jej spokoj i poczucie bezpieczenstwa.. Ponoc tam wszyscy zajmuja sie lowieniem ryb i wyrobem specyficznego wina "Nowak". Jaki kawalek tego swiata uda sie zobaczyc? przyjezdzajac tu 7 lat pozniej i tylko na niecale 2 dni... Centrum Wiłkowa wyglada normalnie, jak male ukraiskie miasteczko,

ale im dalej na obrzeza tym wiecej kanalow i kladek.

duzo tez w rejonie weteranow wojennych

spacerujac tam i siam spotykamy Wiktora, miejscowego ktory proponuje nas powozic lodka po miescie, tym wodnym. Dopiero z perspektywy lodki mozna poznac prawdziwe oblicze miasteczka...

















Wiktor opowiada nam o wyrobie lodek, lowieniu ryb, przewozeniu krow na pastwiska lodkami (ponoc krowa za zadne skarby sama do lodki nie wejdzie, trzeba jej zwiazac nogi i polozyc w lodce na boku. Natomiast sama wychodzi z lodki bez problemu nawet na pomost :) ) O religii staroobrzedowcow, o przekletych wyspach ktore zapadly sie pod wode czy wielkich dunajskich rybach co nie sposob ich wyciagnac bo rozrywaja sieci. Czestuje nas tez lokalnym winem- pierwsze wytrawne wino ktore wedlug mnie nadaje sie do picia , takie kwaskowate- wogole wyjatkowe! A moze na jego smak wplywa tez szum trzcin przybrzeznych, zapach wody z wodorostem, pomieszany z zapachem ryby i niskooktanowej benzyny z lodkowego motoru?


Zjadamy potem zupe rybna i umawiamy sie na jutro z Wiktorem- na dluzsza trase- na zerowy kilometr, czyli tam gdzie dunaj wpada do morza :) Na przymorskie plaze, kanaly i jak nie bedzie wysokiej fali to tez na morze!! Wieczorem lazimy po miescie,





Po raz kolejny przyczepia sie do nas miejscowy chlopaczek, lazi za nami opowiadajac m.in. niestworzone historie o jakis turystach co ich zabili , wypatroszyli (tzn wycieli watrobe, nerki i cos tam jeszcze, nie wiem na sprzedaz czy jak? ) Bo noca chodzili po miescie... Albo o dziewczynce co utonela w Dunaju i ja zjadly wegorze. Jak potem sie okazuje historie sa totalnie zmyslone. Poczatkowo planujemy jeszcze wyjscie do kina na mecz Kijow-Donieck ale w koncu nie idziemy bo sie robi zbyt pozno. Wieczorem wyciagamy rozmowki i sie doksztalcamy z ryb- nieumiejetnosc rozroznienia suma, wegorza czy sandacza czy rozmawiania o zaletach sledzia nad karpiem mocno uniemozliwia pogawedki z miejscowymi dla ktorych ryby to temat przewodni rozmow, posilkow i wogole calego zycia. Rano wreszcie mozemy sie troche wyspac. Grzes i Piotrek odwiedzaja rano bazar i przynosza pelna rybia siate na sniadanie. Mamy cudowna wyzerke a wszytsko wali rybą prawie do konca wyjazdu ;)



Dzwonimy do Wiktora i umiawiamy sie na 11 na splyw az do morza. I znow plyniemy kanalami wsrod szumiacych trzcin, malych domkow i babuszek na lodkach, wplywamy na dunaj ktory ma tu 1 km szerokosci,

Wypijamy kolejne wino, mijamy rozne nadbrzezne chatki


odwiedzamy turbaze dla rybakow, gdzie jest nawet prysznic

Nie ma zbyt duzego wiatru wiec wyplywamy tez na morze.



W pewnym momencie, dosc sporo od brzegu lodka osiada na mieliznie i nie mozna dalej plynac na motorze. Wiktor ciagnie lodke na sznurku a my mozemy pospacerowac po kolana w wodzie.



Docieramy na dzika plaze na wyspie, pelna ogromnych muszli, obok zatopiny wrak barki, zatoczki i male mierzeje. Tak przyplynac tu na male dni z namiotem..Te cieple letnie dni, te imprezy na wraku, te ogniska, te kapiele....







Po jakims czasie radosnego biegania w kolko po wyspie pakujemy sie do lodki i aby przywrocic krazenie w wymoczonych w lodowatej wodzie nogach- rozpijamy "chlibnyj dar" :) Wracajac toperz wpada na rewelacyjny pomysl-zeby kupic od Wiktora jedno wioslo na pamiatke. Malo kto ma w domu prawdziwe dunajskie 3m wioslo :)))))

Idziemy potem sprawdzic autobusy do Bilgorodu. Jest jeden dziennie, jak slysze o ktorej to robi mi sie slabo... Moze zle zrozumialam?? Dopytuje jeszcze raz.. Pani w okienku potwierdza i nawet pisze mi na karteczce 6:30... Jak ja to powiem toperzowi?!?!? :/ Nocujemy u miejscowej gospodyni,

ktora z poczatku wydaje sie przemila ale ma jakies dziwne humory. Gdy slyszac halas (Grzesiowi upada na ziemie aparat) wpada do pokoju i robi chlopakom karczemna awanture ze lamia lozka bo po nich skacza, ze za glosna rozmawiaja itp. Potem jej chyba troche glupio, bo idzie ze mna robic jajecznice i sie tlumaczy.. Ze facetow to trzeba pilnowac bo za duza pija i sa nieobliczalni, wiec lepiej na zimne dmuchac i zrobic awanture zawczasu. Ze jej trzej synowie jak kiedys zaprosili kolegow to zdemolowali pokoj, ze powinnam moich krocej trzymac itp. Coz.. troche nic dziwnego ze maz ja zostawil a synkowie czmychneli do Odessy ledwie osiagneli pelnoletnosc... Zjadamy jajecznice

i idziemy spac. Ciemna noca opuszczamy domek i suniemy na dworzec. Ciekawe jak kierowca zareaguje na wioslo ;) Kierowca jak i wspolpasazerowie wogole sie nie dziwia ze ktos wioslo przewozi, jednak ich zdumiewa niezmiernie czemu jedno? Przeciez kazdy wie ze wiosla sie uzywa parami! W Bilgorodzie rzucamy plecaki (i wioslo) w przydworcowym hoteliku i idziemy na miasto, gdzie spotykamy wyjatkowo duzo pamiatek dawnego systemu.



Potem ruszamy na obrzeza miasta, nad dniestrowski liman do twierdzy Akerman. Kiedys w zamierzchlych czasach gdy czytalam "stepy akermanskie" ani mi przez mysl nie przeszlo ze tu kiedys przyjade :) Twierdza jest imponujaca i za kilka hrywien mozna po niej lazic do woli.











Potem wlazimy jeszcze na zatopiona lodz


i chowamy sie za murkiem (tylko tu troche mniej czuc lodowaty wiatr) i wypijamy na rozgrzewke "chlibny dar"

Wieczorem zaczynaja do nas docierac semesy z Polski od rodzinki i znajomych o swinskiej grypie, ze ogloszono epidemie na zachodniej Ukrainie, ze kilkadziesiat ludzi zmarlo, ze zamknieto jakies okregi, nie puszczaja pociagow, ze wszyscy nosza maseczki i ze przypuszczalnie zamkna granice, nie wpuszcza nas do Polski i zawioza nas na kwarantanne do jakiegos szpitala. Totalny horror! Hmmm...Skoro mamy umrzec na grype albo siedziec nie wiedziec ile na kwarantannie w jakims lazarecie to moze zamiast wracac lepiej od razu pojechac na Krym czy do Donbasu, przeczekac zle czasy i zobaczyc jak sytuacja na zachodzie sie unormuje? ;) Wybitnie nie raz mi przechodzilo przez glowe takie rozwiazanie :))) Mijamy po drodze jakis zaklad i komunistyczne gazetki BHP nabieraja nowego wyrazu ;)


Sprawdzamy pociagi do Odessy.. Na dworcu mozna jedynie dostac ataku desperackiego smiechu.. 5:05... Chyba dobrze ze to nasz ostatni nocleg bo tendencja jest zastraszajaca... W hoteliku spotykam dwie miejscowe babki ktore ciesza sie ze ostatnio bardzo latwo na wschodniej Ukrainie mozna dostac rosyjski paszport i zachwalaja uroki syberyskiej zimy. Dosc wczesnie kladziemy sie spac. W nocy mam wrazenie ze cos po mnie lazi, ale po innych nie lazilo wiec moze mi sie zdawalo ;)

W totalnych ciemnosciach wsiadamy do elektriczki ktora zdaje sie byc idealnie dostosowana do przewozu wiosel ;)

W Odessie odwiedzamy smakowity bazar spozywczy (wegetarian prosimy o zamkniecie oczu ;) )




W bazarowym kibelku jestem swiadkiem rozmowy dwoch handlarek ze z racji epidemii zamkneli czesc linii kolejowych i jakas babuszka ktora jechala do dzieci z torba zarcia zostala zawrocona i wpadla w histerie ze to ostatnio tak bywalo w czasie wojny. Niestety nie udaje mi sie wiecej zrozumiec z ich rozmowy, wiec nie znam zadnych szczegolow A my jakby na to nie patrzec musimy przejechac przez skazony Tarnopol... Semesy dostajemy coraz ciekawsze np. ze mowili w telewizji ze nie puszcza przez granice jak nie bedziemy miec maseczek. Coz prawda to czy nie, ale maseczka nie ciezka i niedroga wiec miec napewno nie zaszkodzi. Idziemy wiec pozwiedzac odeskie apteki ale maseczek juz nigdzie nie ma...

Jedynie rzeczowe i optymistyczne sa semesy od Ani "granica wciaz otwarta i nic nie wskazuje na to by mialo sie to zmienic" Wieczorem pakujemy sie do pociagu ktory normalnie jedzie do Lwowa tylko w Tarnopolu tym razem sie nie zatrzymuje. Prowadnica troche wpada w panike na widok naszego wiosla, twierdzi ze ono nie wejdzie do pociagu i ze nie moze lezec w korytarzu. Okna sie nie otwieraja wiec najlatwiejszy sposob wlozenia go do pociagu odpada.. W koncu za pomoca kombinacji otwieranych i zamykanych roznych drzwi udaje sie go wsadzic do srodka (czemu wiosla nie maja przegubu???) i nawet miesci sie w "kupe" - znaczy ten przedzial ma przekatna wieksza niz 3m :) Wspolpasazerowie biora nas za sportsmenow i zadaja dziwne pytania w ilu plywamy, gdzie lodka, jakie mamy czasy na rozne dystanse ;)

Rano jestesmy we Lwowie, fakt - wiekszosc obslugi dworca czy sluzb mundurowych nosi maseczki ale glownie na szyi, bo przeszkadzaja w mowieniu i oddychaniu (a byl przykaz ze trzeba miec to maja) Z braku aptecznych masek chirurgicznych kroluja domorosle twory z gazy i sznurka od snopowiazalki :) Totalnym hitem jest gosciu co ma normalna maseczke tylko rozcieta na wysokosci ust aby papierosa moc wsadzic. Sprzed dworca bierzemy taksowke do Szegini, wioslo sie nie miesci wiec musi wystawac oknem.

Na granicy jestesmy przed 8, wszedzie pusto, ukrainscy pogranicznicy nabijaja sie z wiosla, pytaja czy lodka w plecaku itp. Polacy sa jacys tacy powazni jakby kije polkneli, wskazuja na wioslo i pytaja "co to jest?" No chyba widac ze nie tresowany hipopotam... Ale ogolnie granice przechodzimy tak sprawnie jak nigdy dotad! Niecale 10 min! Az tak dziwnie... Nieswojo... Potem transport idzie nam tez nadpodziw sprawnie : bus do Przemysla i pospiech do Olawy..

Wychodzi ze w niecale 23 godziny z Odessy da rade dotrzec do Olawy! I tak nasze wioslo po podrozy w marszrutce na trasie Wiłkowe - Bielgorod, elekriczce Bielgorod - Odessa, pobycie w przechowalni bagazu w Odessie, podrozy w "kupe" na trasie Odessa- Lwow, taksowką Lwow-Szegini, pieszym przejsciu granicy, busie Medyka-Przemysl, i podrozy PKP Przemysl- Olawa, nasze dunajskie wioslo dotarlo szczesliwie do domu :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz