środa, 15 kwietnia 2015

Ukraina - Bieszczady Wschodnie (2007)

Bylo to w czasach gdy jezdzil jeszcze transgraniczny pociag relacji Chyrow- Sanok. Wtedy gdy spalo sie jeszcze na sanockim peronie by zdazyc na przybywajacy przed switem rozklekotany, porozkrecany do granic mozliwosci, osobowy sklad. Gdy w wagonowych kaloryferach dzwonily dlugie rzedy flaszek, a gdy przy ostrym hamowaniu nic nie wytaczalo sie spod foteli - pasazerowie czuli sie nieswojo. Gdy wchodzac do kibla zbyt mocno trzasnelam drzwiami , to otworzyla sie klapa w suficie i zostalam przysypana dziesiatkami paczek i wagonow cygaretow, glownie marki LM i Monte Carlo, a ja dziekowalam w duchu sprzyjajacemu losowi ze to nie odwrotny kurs- bo wtedy posypalyby sie na moj leb puszkowane kukurydze z groszkiem i mogloby byc mniej przyjemnie. Wlasnie czekajac na jeden z takich kursow spotykamy sie na sanockim peronie w pewien chlodny, sierpniowy wieczor: ja, toperz, Kuba, Grzes, Iza i Tomek. W planach mamy dwa tygodnie wloczegi po Bieszczadach Wschodnim, ktorych poloninne szczyty podowczas nie byly jeszcze umazane kolorowymi farbkami polsko-czeskich szlakowskazow. Zimny wiatr przewraca jakimis gazetami po peronie, a nam mimo zapalu i checi nie udaje sie sforsowac ani drzwi ani okien prowadzacych do zacisznej poczekalni zabarykadowanej na cztery spusty. Musimy wiec rozgrzewac sie Grzesiowa kukułka, gitarowym spiewem i radosna mysla ze nasz wyjazd dopiero sie rozpoczyna.


W Chyrowie jest mokro i popaduje. Wsrod skapanego w ogromnych kaluzach miasta, znajdujemy sklep pilnowany przez ogromne , spiace na dachu, psisko.

Rozsiadamy sie na plecakach pozerajac minisniadanie, glownie w postaci plynnej tzn roznych lvivskich i czernihivskich produktow ciemnych, jasnych i bialych. Kuba rozpoczyna swoja nauke ukrainskiego, a jego glowna pomoca naukowa sa dosyc dziwne rozmowki- “U pana corki jest piekny usmiech i warkocze”, “Moge spotkac sie z toba wieczorem?”, “Dawaj pojechali do mnie”, “Rece precz, sobaka!” itp. Tomek posiada wydanie z innej firmy: “Kelner, moja zupa jest zle doprawiona”, “prosze aby boy hotelowy wyniosl moje walizki na trzecie pietro”, “czy moge obejrzec inny pokoj? ten jest urzadzony malo gustownie”. Ciekawe ktory egzemplarz bardziej nam sie przyda w trasie ;) Do naszej biesiady przylacza sie dosyc gadatliwy i namolny miejscowy jegomosc, zwany Olehem. Glownie probuje nas przekonac do swojej dosyc pogmatwanej wizji wiary, dzieki ktorej bedziemy miec szanse uniknac wiecznego potepienia.

Z kilkoma elektriczkowymi przesiadkami docieramy do Sianek, gdzie dworzec i wies wita nas prawie namacalna sciana mgły. Gor nie widac wogole, ledwo co majacza kominy pobliskich domow, bańka cerkwi czy przemykajace kolorowe postacie na tle zszarzalego horyzontu.



Na stacyjce kimnaty widpoczynku juz nie dzialaja.. Zamazana, rozplynieta kartka chybocze sie na zaryglowanych drzwiach. Babka z kasy potwierdza.. Juz nie ma szans na powtorke sprzed kilku lat, gdzie w najtanszym, wynajmowanym na godziny, zbiorczym pokoju, mozna sie bylo zalapac na nocleg z babuszka z kwiczacym workiem, z ktorego wystawal rozowy, wilgotny ryjek…

We mgle znajdujemy sklep- niby otwarty ale pusty i wyludniony.

W ciemnych katach przybytku nie ma zywego ducha ale wciaz gdzies blisko slychac radosne glosy biesiady. Krecimy sie wiec wokol, kilkakrotnie wchodzimy i wychodzimy ze sklepu, obchodzimy budynek dookola, zagladamy w zarosle pajeczyna kąty. Z zewnatrz musi to wygladac wyjatkowo idiotycznie. W koncu jakis miejscowy przechodzien sie nad nami lituje i uswiadamia ktoredy schodzi sie do piwnic obiektu skrywajacych w swych czelusciach knajpe. Raczymy sie tu jadlem i napitkiem, rozwazajac czy nasz posilek jest mocno spoznionym sniadaniem, obiadem czy moze przed 17 mozna jesc kolacje o ile sie nie planuje takowej na wieczor.

Pozniej probujemy znalezc droge do Jaworowa co nie jest proste po na naszej trasie jest tylko chlupoczacac pod nogami łąka i mgla

Dochodzimy na jakis porosly jalowcem pagor. Nie chce sie isc dalej. Tu bedziemy dzis spac.

Grzes z Kuba odkorkowuja kolejne butelki. Mnie marzy sie juz tylko cieply spiworek. Noc jest wyjatkowo jasna, bez latarki mozna chodzic jak w dzien, nie tracac zadnych szczegolow. Nigdy wczesniej ani pozniej nie spotkalam juz tak jasnej nocy. W oddali ujadaja wiejskie psy. Nasz pagor musi byc otoczony wioskami, choc idac tu zadnej nie bylo nam dane zobaczyc. Poranek wrozy nienajgorzej. Co chwile gdzieniegdzie rozblyskuje slonce.



Caly swiat jest skapany w kropelkach rosy. Nie ma nic lepszego jak umyc pysk woda przepelniona aromatem jalowca.


Schodzimy przez chaszcze w losowa strone do wsi, ktora okazuje sie planowany od wczoraj Jaworow. Wode bierzemy w jednym z domow. Ponoc w srodku byl piec z zapieckiem, a kazda kafla pieca byla recznie malowana w inna scenke z wiejskiego zycia.


W Jaworowie sa cztery sklepy. Za glowny cel dnia postanawiamy sobie aby pod kazdym wypic przynajmniej jedno piwo. Kazdy sklep jest troszke inny. Najciekawszy jest chyba pierwszy. Stanowi go szczelny kontener z pordzewialej grubej blachy. Mocno sie zastawiamy czym mial byc w momencie jak byl produkowany- acz zgodnie przypuszczamy ze raczej nie sklepem w malej karpackiej wiosce. “Budynek” charakteryzuje sie tym ze zapachy tylko wchodza do niego, albo sa wnoszone ale w zaden sposob nie sa juz w stanie sie wydostac. W srodku wiec wiruje niesamowita mieszanka wszystkiego, od karmelowych cukierkow i fiolkowych perfum po obornik.

Drugi sklep ma wybitnie komunistyczne korzenie. W srodku pelni rowniez role baru, ze stolikami i krzeslami tracajacymi troche jakims wspomnieniem kina czy domu kultury. Na scianach spod bialej farby przebijaja tez jakies odezwy z czasow minionych. Przy stolikach siedza babuszki dzielnie dojace wodke z musztardowek.


Trzeci sklep stanowi zwykla drewniana chalupa- i nie sprzedaja w nim alkoholu!

a czwarty to jakis zwykly maly baraczek czy inny tam wagon.

W Jaworowie mijamy tez cerkiew (coby nie bylo ze interesuja nas tylko sklepy i piwo ;) )

Kolejna z mijanych wiosek nazywa sie Butelka, gdzie droga przeplata sie z woda. Na szutrowej szosie sa liczne glebokie kaluze, a na plytkiej rzeczce jeszcze liczniejsze zwirowe wyspy. Momentami wszystko sie krzyzuje w postaci brodow. Nic dziwnego ze niektore auta czuja sie zagubione i myla gdzie jest ich swiat…



W Butelkach (sa dwie Wyzna i Nizna) sa dwie cerkwie i jak widac panuje tu w okolicy moda aby remontowac swiatynie z zastosowaniem duzych ilosci bialej farby.


Dzielny kolektyw zdobywa kolejne podsklepie. Spotykamy tu trzech miejscowych, ktorych bierze na wspomnienia, glownie te z czasow wojska, do ktorego byli zsylani na rozne krance dawnego imperium. Jeden sluzyl w Murmansku. Jechali tam kilka dni. Bylo ciemno, zimno i podle zarcie. Przydzielili go na jakis statek, gdzie codziennie bylo rozplatywanie lin, mokre buty i smrod starej ryby. Nie jechal do domu na przepustke bo nie mial za co. Drugi sluzyl na jakiejs wyspie kolo Czukotki. Jechali tam dwa tygodnie. Na wyspie byly ich koszary i tundra. Mieli tam jakies radary ale twierdzi ze nie wie do czego sluzyly. Przez dwa lata nie widzial zadnej kobiety a i slonce rzadko tam zagladalo. Trzeci sluzyl gdzies troche blizej. Jechali tam cala dobe. Klimat na miejscu byl przyjazny i cieply. Karmili swietnie. Biegali po poligonach i spali na piachach w pachnacych sosnowych lasach. Czasem potajemnie wymykali sie z koszar i szli na miasto. Zapoznawali tam ladne dziewczyny, kupowali wodke. Wogole bardzo duzo handlowali z miejscowymi, ktorzy charakteryzowali sie duza nieufnoscia, zamilowaniem do ciemnych interesow i dziwnym akcentem. “Jak to miasto sie nazywalo? Aha! przypomnialem sobie- Legnica!”


Gdy juz mamy sie zbierac przyplatuje sie dziadek. Widac ze juz sporo wypil ale ma ochote na wiecej a nie lubi tego robic w samotnosci. Babka sklepowa go przepedzila “Tobie Jura juz wystarczy”, opowiadajacy o wojsku kolesie tez rozeszli sie do domow. Na placu boju zostalismy my.. Wiekszosc ekipy jakos nie ma ochoty reszty wieczoru spedzic z tym dziadkiem. Jedynie Grzes decyduje sie wpasc do jego chalupy “na minutoczku, na jednego kielicha”. Reszta rozsiada sie na poboczu, wyciagajac ryjki do ostatnich promieni popoludniowego slonca. Po godzinie postanawiamy isc na odsiec Grzesiowi. Nie jestesmy pewni ktora chalupa go zassala, ale w koncu udaje sie odnalezc wlasciwa.

Wnetrze jest chlodne, ciemne i wilgotne. Na stole stoi juz prawie pusta butelka a dziadek za nic w swiecie nie chce wypuscic kompana. Po izbie krzata sie tez mila acz smutna babuszka z warkoczami. Opowiada rozne niewesole historie o domu gdzie nie zawsze jest chleb ale zawsze jest wodka, o klopotach z posprzataniem po libacjach od kiedy choruje na nogi i o dzieciach ktore wyjechaly do miast i nie widziala ich od wielu lat. Nawet nie wie czy jeszcze zyja. Obiecujemy sobie z babcia ze bedziemy pisac do siebie listy. (Poslalam dwa, jeden ze wspolnymi zdjeciami. Niestety zadna odpowiedz nie nadeszla. Nie wiem wiec czy listy dotarly do bialej chalupki w Butelce…)



Z odzyskanym Grzesiem suniemy przez wioske. Kilometr dalej zatrzymujemy sie pod kolenym sklepem. W ustach zaschlo od wszechogarniajacego pylu ;) A i w sklepie panuje jakies poruszenie, zebrala sie grupka miejscowych babuszek, slychac jakies pobozne spiewy i zawodzenia- jak tu nie wejsc, nie przywitac sie, nie wtopic sie w atmosfere lokalnego wieczoru?

Mam wrazenie ze juz na tym etapie Tomek z Iza maja ochote nas zabic. Twierdzili ze z Sianek na Pikuj idzie sie niespieszac dwa dni. Mowilam- ze nam zajmie to okolo tygodnia. Nie uwierzyli. Przed sklepem dwoch chlopaczkow zagaduje do Grzesia. Rozmawiaja chwile o sporcie, o pilkarzach i nagle pada pytanie: “A ile wam placa za wniesienie tych placakow na Pikuj? Bo co jakis czas widzimy tu takich jak wy co nosza te ciezary w strone gor. My z kumplem tez bysmy sobie chetnie dorobili…”

Kolejna wies to Butla, do ktorej docieramy juz o zmierzchu. Wies jest duza,rozciagnieta po wzgorzach, zanim z niej wyjdziemy to bedzie pozna noc. Nie wiemy za bardzo gdzie postawic namioty. Z pomoca przychodzi nam Wania. Spotykamy go na drodze. Ma 20 lat, jest miejscowy i z jego opowiesci wynika ze jest najwiekszym gierojem we wsi. Wszyscy sie go boja, szanuja i sluchaja. Wszystkich zna i wszystko zalatwi. Obiecuje ze bedzie sie nami opiekowal i nas bronil. Nocleg nam organizuje na polance za domem kultury- tu mamy rozbic namioty i czuc sie jak u siebie w domu. Jakby ktos nas zaczepial mamy powiedziec ze jestesmy tu za zgoda Wani. Przynosi ze soba troche wodki, ale glownie skupia sie na tym aby wypijac nasza. Nie za bardzo nam sie podoba nasz nowy kompan ale troche nie mamy wyjscia jak spac tutaj. Zrobila sie juz noc, wies wyglada jakby wpadla w czarna dziure, jest tylko jedna wielka namacalna ciemnosc. Jedynie dalekie wycia psow sugeruja ze wokol istnieje jakies zycie. Jest tylko skrawek trawy, nasze namioty ,sciana domu kultury do ktorej ledwo co siega swiatlo naszych latarek, my i Wania. Ekipa ma do mnie pretensje ze zbyt duzo rozmawiam z naszym nowym znajomym, ze czestuje go wodka, ze niby zbytnio sie z nim spoufalam, tym samym narazajac na niebezpieczenstwo nie tylko siebie ale i cala grupe. Moim wlasnym prywatnym zdaniem troche przesadzaja , koles jest faktycznie upiedliwy ale nie odnioslam ani przez chwile wrazenia aby mial nam w jakis sposob zagrazac. Wania opowiada glownie o sobie i mam wrazenie ze upaja sie swoim glosem. Mowi ze chcialby sie juz ozenic, ale nie wie z kim. Ma kilka kandydatek ale nie wie ktora wybrac. Jest Halina spod lasu, jest Marina znad rzeki i Wala zza debu. Wszystkie sa mlode i ladne. Wszystkie umieja gotowac, prac i opiekowac chudoba a i zabawic sie lubia. Hala ma krowe i Wala ma krowe. Kazda bedzie dobra zona i urodzi dzieci. I wymysl ktora tu wybrac? Losowac? Moneta rzucac? Pyta mnie o porade… Mowi tez ze wszystkie chlopaki z wioski schodza mu z drogi bo jest najsilniejszy i nie raz juz na festynach pokazal kto tu rzadzi. Ogolnie wiecej do powiedzenia nie ma i ciagle powtarza to samo. Ostatecznie udaje sie nam pozegnac i szykujemy sie do snu. Po jakiejs polgodzinie Wania wraca. Z placzem. Mowi ze oberwal od mamy, ze dostal scierka przez łeb ze pije i wloczy sie po nocy. Twierdzi ze teraz honor mu nie pozwala juz nigdy wrocic do domu i musi opuscic rodzinna wioske. Jutro wyjezdza do Wloch (tam mieszka jego siostra), wykradl z domu duzo pieniedzy a teraz idzie spac na przystanek aby nie przegapic pierwszego autobusu w strone swojego nowego przeznaczenia. Przyszedl sie z nami pozegnac, tym razem juz na zawsze. Odbębniajac kolejne łzawe pozegnanie mamy nadzieje, ze teraz juz wyspimy sie w spokoju. Niestety jednak nie jest nam to dane. Jakis czas pozniej budza nas podniesione glosy. Przyszly dwie babki twierdzac ze nie mozemy tu spac, mamy zbierac namioty i sie stad wynosic. Tlumaczymy ze jest srodek nocy, nie mamy dokad teraz pojsc, a tak wogole to Wania nam powiedzial ze mozemy tu spac. To ostatnie rozsierdza kobity chyba najbardziej. Krzycza ze Wania tu nie gospodarz i maja juz dosyc tego gowniarza. Kolejne pol godziny albo dluzej mija na powtarzaniu jak mantra ze pojdziemy stad rano, nie teraz, ze nie ma opcji zebysmy sie teraz wyniesli i w kolo Macieju to samo. Babki ostatecznie odpuszczaja ale na odchodnym strasza nas ze wybralismy najgorsze, najbardziej niebezpieczne miejsce, ze tu nas napewno napadna zboje albo agresywna mlodziez wracajaca z dyskoteki, a jak ktos w nocy wybije okno w domu kultury to automatycznie bedzie na nas i one zaraz wzywaja policje, ktora nas zamknie w najciemniejszych kazamatach jakie wogole jestesmy sobie w stanie wyobrazic… Noc minela spokojnie, nie bylo ani zbojow ani policji, okna sa cale a Wani na przystanku nie ma. Ciekawe czy siedzi juz w samolocie do Wloch czy raczej grzecznie, ze spuszczona glowa, pomaga mamusi pielic grzadki ;) Wioska w swietle dnia wyglada od razu duzo przyjazniej.


Po drodze turkocza wozy


a idace na pastwisko krowy mucza donosnie. Jedne chodza samodzielnie

inne sa wozone.

Dzieki Kubie mamy dzis ciekawe lekcje ukrainskiego. Najpierw w sklepie Kuba dowiaduje sie ze w centrum wsi znajduje sie pomnik “niewidomych bohaterow”. Ki diabel? o roznych slyszalam ale czemu akurat tacy co nie widza zostali tu upamietnieni? (potem okazuje sie ze chodzilo o bohaterow “niewiadomych” czyli jakis pomnik nieznanego zolnierza ;) )

Druga lekcja zwiazana jest z kompotem. Babka zza plotu chce nam dac kompot. Kuba biegnie go odebrac, pyta z jakich owocow. Kobita podaje przez plot sloik mowiac “Hariaczij”. Pierwsza mysl ze to pewnie jakas lokalna nazwa owoca. Kuba dziekuje i bierze w łapy sloik. Rozlega sie wrzask ale dzielny Kuba jakims cudem nie upuszcza sloja wypelnionego wrzacym plynem. Z Butli planujemy przez gorke przejsc do Libuchory. Poczatkowo wiedzie dosyc szeroka droga ale konczy sie za ostatnimi zabudowaniami. Daleko za koncem drogi mijamy utopiony w lesie i trawach samotny dom. Tzn zapewne bylo to kiedys domem acz w tej chwili nie rokuje aby przetrwac kolejna zime. Pogiety i polamany we wszystkich plaszczyznach, podparty belami, z oknami zatkanymi kocami i szmatami. Dach chyba nie ma szczelnego kawalka. Nie ma rowniez komina. Jednak krecaca sie w obejsciu babuszka, rozwloczone garnki i powiewajace pranie sugeruje ze miejsce jest zamieszkane.. Babcia nie szuka kontaktu z ludzmi,chowa sie na nasz widok…. Czemu ta kobiecinka mieszka tak sama, daleko za wsia? czy rowniez zima tu zostaje? pytania zostaja bez odpowiedzi. Szkoda ze nie idziemy w przeciwna strone, pewnie wszechwiedzacy Wania by nam cos opowiedzial..

Jakos jeszcze dlugo mam ten domek przed oczami… Dalej wkraczamy na rozlegle pastwiska gdzie mali kowboje przeganiaja swoje stada. Dzwiek dzwoneczkow miesza sie z muczeniem, pokrzykiwaniem i spiewami (tzn jak nas zobaczyli to przestali spiewac ;) )



Stad, jak z wielu innych okolicznych gorek widac Pikuj, jego szpiczaty stozek trudno pomylic z czyms innym. Wlasnie tam idziemy! Grzes z mina znawcy ocenia- “no jeszcze okolo trzy dni”

Zdecydowanie przypomina mi sie pewna turystyczna piosenka: “Szliśmy tak już chyba szósty dzień Przed nami stoi szczyt - cel naszej drogi Szliśmy tak już chyba szósty dzień Po bokach wysychały siana stogi. (...) Szliśmy tak już chyba szósty dzień A w każdej knajpie tak co najmniej cztery piwa Za oknami ciągle sterczy szczyt A drogi jakoś wcale nie ubywa” Zapewne piosenka powstala na jednej z wlasnie takich wypraw :) Wkraczamy do Libuchory- jednej z karpackich wsi charakteryzujacej sie chyba najwieksza iloscia dachow krytych strzecha. I w wiekszosci sa to domy zywe, zamieszkane, zadbane.









Mozna spotkac tu jeszcze auta na starych blachach

W jednym ze sklepiko-knajpek zatrzymujemy sie na dluzszy popas. Pani sklepowa oferuje sie nam zrobic jajecznice, biorac pod uwage jej ilosc to chyba z piecdziesieciu jaj!


Przed sklepem jest oczywiscie kibelek!

Wioska jest bardzo dluga, mijamy przynajmniej dwie cerkiewki.


Spotykamy tu tez dziwna swinie. Jest jakas taka inna- laciata, puszysta, ze skosnymi oczami i jakby rozdetym ryjkiem. Nie wiem czy to taka rasa, cechy osobnicze czy moze byla jakas chora?

Wogole w calej Libuchorze panuje dzis duze poruszenie- przyjechal cukier! Jak tlumaczy nam miejscowy- ludzie oddaja buraki do skupu a potem odwrotna poczta przyjezdzaja do wsi wory cukru po symbolicznej cenie. A cukier jest bardzo potrzebny do przetworow np. konfitur sie tu duzo robi! - mowi nam facet i dziwnie mruga okiem ;) Ze wszystkich stron zjezdzaja sie wozy drabiniaste, na bialych workach podskakuja dzieciaki a kierowcy kamazow targuja sie z miejscowymi czy nalezy sie czwarty worek czy nie.



Mija nas tez babcia z dziadkiem i wnuczkiem na wozie. Zalamuja nad nami rece ze musimy niesc takie ciezkie plecaki i chca nam koniecznie jakos pomoc. Mowia ze na sam Pikuj to ich konik nie wciagnie ale zebysmy ladowali plecaki to nam chociaz je zawioza na koniec wsi.

Kawalek idziemy przy wozie milo sobie gawedzac.

Starsi wysiadaja przed swoja chalupa, przynosza nam jeszcze cala reklamowke jablek. Przepraszaja ze nie dotrzymaja nam towarzystwa ale maja kupe roboty w domu, a do odwiezienia plecakow na umowione miejsce zobowiazali wnuczka. Ten łypie nie do konca przyjaznie, cos odpyskowuje niegrzecznie babci, mruczy, w koncu pogania konia i co chwile niknie nam za zakretem. Mam nadzieje ze nie zgubi ktoregos plecaka na kretej i wyboistej drodze. Z jezykami na brodzie gonimy woz. Dzieciak czeka na nas tam gdzie konczy sie droga.

Sugeruje ze za przysluge powinien cos dostac. Kuba daje mu batona, Tomek 10 hrywien. Prycha ze tak malo. Ja mialabym ochote dac mu w ryj ale nie wypada. Zapewne od babci by dostal gdyby zobaczyla jego zachowanie. Jakie to dziwne i czesto powtarzalne na tych terenach, ze starsi wyznaja zasade “gosc w dom, Bog w dom”, a mlodzi raczej wylacznie jej modyfikacje “gosc w dom, kasa w kieszen”. Biwak stawiamy na jednej z nadwioskowych polan. Za towarzysza mamy konska rodzinke ze slicznym zrebaczkiem z czerwona kokardka na szyi.

Rano nie bardzo wiemy jak isc dalej zeby dotrzec na Starostyne ale wychodzimy z zalozenia ze jak bedziemy isc w gore to napewo zle nie bedzie. I faktycznie po kawalku mokrego bukowego lasu wylazimy na poloniny.



Grzes z Kuba obwoluja popas na pieczone grzybki!

Reszta dnia mija na cieszeniu sie poloninami, wspinaniu na skalki, tarzaniu w trawie, szukaniu dogodnego miejsca na namioty.










Wieczorem postanawiamy zrobic ognisko. Chodzimy wiec dosyc daleko w dol i wyrabujemy kilka nadpalonych krzewow. Znosimy je w okolice namiotow. Jestesmy cali umazani weglem i sadza.


Ogniska w koncu nie robimy. Zrywa sie strasznie silny wiatr i boimy sie ze jak dmuchnie to zapali sie cala polonina i bedzie niewesolo, bo wody tu nie ma zeby probowac to gasic Pozostaje wiec obserwacja zapadajacej nad gorami nocy



i wieczorna impreza w namiocie. Jedno z naszych win ma aromat starego trampka. Da sie go pic tylko po zatkaniu nosa. Smak ma znosny. Zapach nie do przyjecia.

Po wyczerpaniu zasobu piosenek turystycznych i biesiadnych dostajemy jakiejs totalnej glupawki i zmieniamy repertuar. Wyjemy posepnie do ksiezyca, juz bez gitary, jakies piesni pobozne, komunistyczne,wojenne, dziecinne, ludowe, disco-polo. Ogolnie mieszanka dosyc wybuchowa i pewnie jak ktos wedrowal tej nocy poloninami to na wszelki wypadek postanowil nasz oboz ominac szerokim łukiem :) Poranek to wstajace slonce i lekka mgielka. Czasem warto wstajac switem do kibelka zabrac ze soba aparat!



Pozniej pogoda jest zmienna, albo slonce przypieka, albo leje. Ciagle to ubieramy kurtki, to je sciagamy. Mgly tez czuja sie zagubione i wiruja to w dolinach, to nad horyzontem. Tak to sobie wedrujemy poloninami w strone Pikuja.












Dluzsza chwila odpoczynku na szczycie i zlazimy w strone Szerbowca.


Spora czesc ekipy ma w planach na dzis zejsc jeszcze do wsi na jakiegos browarka. Mi sie juz nie chce, jestem padnieta totalnie. Zostajemy wiec z toperzem na polance, a reszta odciazona z plecakow i namiotow dziarsko pomyka w dol.

Wracaja dosyc pozno, gdy jest juz calkiem ciemno. Nie moga odnalezc miejsca biwaku. Na szczescie Kuba ma bardzo donosny glos i slyszymy jego pokrzykiwania z jakiegos calkiem przeciwleglego zbocza. Wspomagajac sie troche swiatlem latarek, troche krzykiem, troche telefonem udaje sie w koncu pozbierac do kupy. Robimy male ognisko.

We wsi zabawili dluzej niz planowali jako ze nawiazali kontakty ze spora iloscia miejscowych. Grzes, Tomek i Iza, ktorzy jutro wracaja, zaklepali sobie juz fajny nocleg na najblizsza noc- na poddaszu sklepu (autobus odjezdza tylko jeden o 5 rano). Wspominali tez ze degustowali wino o wdziecznej nazwie “Specnaz” Rankiem cala ekipa schodzimy do Szerbowca.





Tutaj sie rozdzielamy- z toperzem i Kuba probujemy lapac stopa w strone Roztoki, co nie wychodzi nam najlepiej. Przewaznie nic nie jedzie, a samochody pojawia sie tylko wtedy jak ktos z nas jest akurat w kibelku ;) Ostatecznie udaje nam sie doczekac autobusu.

Z Roztoki chcemy isc dalej do Tichego. Tutaj jednak nasze mapy pokazuja rozne dziwne rzeczy- radziecka sztabowka oraz “Bieszczady Wschodnie” Krukara twierdza, ze w Roztoce droga sie konczy a dalej mozna liczyc jedynie na jakies zanikajace sciezki. Kartka wyrwana z ukrainskiego atlasu samochodowego mowi ze w Roztoce jest skrzyzowanie- w prawo idzie glowniejsza droga w strone Uzoka a w lewo boczniejsza, ale takze przejezdna, do wioski Tichyj. Na miejscu jednak jakos nic sie nie zgadza. Miejscowi twierdza, ze tedy do Tichego nie dotrzemy i polecaja nam jechac dookola przez miasto.. Wysiadamy na pylistym przystanku. Slonce dogrzewa jak to zwykle robi przed burza, wiatr oblepia nas klebami piachu unoszonego z drogi. Odnajdujemy jedno skrzyzowanie - powiedzmy ze glowna (asfaltowa) droga idzie w prawo. Tylko czemu ona wali prosto w strone polonin? I chyba zaraz sie tam konczy.

Droga lekko w lewo powinna byc nasza. Ale nie ma drogi w lewo- jest jakas szutrowka prosto i nia postanawiamy isc… Docieramy nia na jakas przelecz. Tu ostatecznie i dobitnie widzimy ze idziemy zle. Od Roztoki nie minelo nas zadne auto...




Tichyj od polonin oddziela przynajmniej jedno pasmo wzgorz. Tu go nie ma. Jestesmy zdecydowanie gdzie indziej. W dole widzimy mala wioseczke, idziemy wiec do niej aby nabrac wody i poszukac sklepu.

Im blizej zabudowan tym one jakos bardziej podejrzanie wygladaja. Nie widac przydomowej chudoby, rolnicze maszyny sa mocno wrosniete w ziemie. Siedzimy chwile na moscie. Cisze przerywa tylko wiatr i szum rzeki. Jestesmy tutaj chyba sami. Jest straszna duchota, nie ma czym oddychac, niebo zaciaga sie chmurami. Kuba dostrzega jakies dziecko wygladajace zza plota. Patrzy wiec w jego strone i podnosi sie z ziemi. Dzieciak w panice ucieka, gubi czapke i znika w kepie krzakow. Kuba bierze butelki i mowi ze idzie pukac po domach celem pozyskania wody. Czekamy z pol godziny. Nie wraca. Chce juz isc go szukac ale toperz mnie zatrzymuje. Twierdzi ze zaczyna sie jak w dobrym horrorze, gdzie idzie jeden, znika, idzie nastepny.. Postanawiamy wiec ze Kuby trzeba isc szukac razem. Juz prawie wyruszamy na poszukiwania gdy Kuba sie odnajduje. Obszedl pol wsi, pukal, zagladal do okien, ale domy to “wydmuszki”. Z zewnatrz wygladaja normalnie ale w srodku sa puste, zdemolowane, zawalone.


Myslal zeby nabrac sobie samemu wody ze studni- ale czy nie jest zatruta? Zaczynamy sobie wkrecac rozne rzeczy. Znalezlismy sie w miejscu ktorego nie ma, droga do niczego nie pasowala. Domy sa puste, ludzie wyparowali. Po drodze widzielismy pordzewiala tablice ostrzegajaca przed jakims niebezpieczenstwem- pewnie tym czyms co pozarlo mieszkancow albo ich wyploszylo a teraz czai sie na nas!

Idziemy sobie dalej przez opustoszala wioske, opowiadajac sobie rozne historie zaslyszane albo obejrzane w filmach. O rownoleglych rzeczywistosciach, terenach opanowanych przez obcych, nieznanym promieniowaniu itp W koncu widzimy czlowieka- droga idzie facet zataczajac sie i co chwile przewracajac. Kuba tylko kiwa glowa: “To obcy wcielil sie w ludzkie cialo i jeszcze calkiem nie opanowal jego obslugi. Rece i nogi sie go nie sluchaja!”. Podejrzany nas zagaduje a zapytany o wode prowadzi do chalupy. Mowi ze nas ugosci, nakarmi, napoi, przenocuje. W domu dostaje szmata w łeb od zony ze znowu sie schlal. My dostajemy wode i wylatujemy prawie na bucie. Udalo mi sie dopytac- wies nazywa sie Husnyj. Czyli zeby dotrzec do naszego Tichego musimy sie wspiac na strome olesione wzgorze po lewej stronie. Sciezek zadnych tam nie ma ale nie jest daleko. Nie tracac czasu zaczynamy na nie wylazic. Dzien sie ma ku koncowi a spedzenie nocy w tej wsi jest jakos ostatnia rzecza na jaka mamy dzis ochote. Na wyplaszczeniu znajdujemy trawiaste zaglebienie w ktorym stawiamy namioty.

Tam w dole nasza “wioska wampirow”

Nad nami pojawiaja sie jakies czarne wielkie ptaki. Zaczynaja krazyc i dziwnie skrzeczec. No tak.. Duchy z wioski wydelegowaly swoich wyslannikow zeby nas wytropili. A jak juz wiedza gdzie spimy to w nocy przyjda do nas osobiscie! Kladac sie spac mowie, ze chyba zdechne ze strachu jak sie obudze w nocy i odkryje ze jestem sama, ze nie ma toperza w namiocie. Kuba twierdzi ze to zaden powod do niepokoju- toperz przeciez moze wyjsc do kibla. Gorzej jak Kuba obudzi sie w namiocie i stwierdzi ze ktos obok niego lezy.. ;) W nocy w Husnym nie widac ani jednego swiatelka… Ranek wita nas sloneczny. Ostatecznie nic nas nie zjadlo. Wesole obloki, bzyk owadow i pachnaca łąka przycmiewa wczorajsze strachy. Dzis sie z tego wszystkiego smiejemy. Wzgorze prowadzace do Tichego porasta bukowy las o poszyciu pelnym lapiacych za nogi krzakow jezyn. Co chwile wpadamy tez w wawozy albo wiatrolomy


Potem pojawiaja sie widokowe polany



a przed sama wioska ploty ogradzajace liczne pastwiska

W Tichym polecaja nam isc do Ljuty “za stołbami”. Sciezek jest duzo, rozlaza sie na wszystkie strony a slupy elektryczne ida prosto przez gore. Pod jednym ze slupow stawiamy namioty (a potem sie zastanawiamy czy w nocy nie bedzie burzy).





Wieczorem chwile gadamy z miejscowymi przejezdzajacymi obok wozem. Rano widac ze pogoda wziela zdecydowanie w łeb.

Na okolicznych szczytach siadly geste brzuchate chmury. Na tym etapie zaczynamy rozwazac czy chce sie nam wogole isc z tej Ljuty na Polonine Rowna. Czasu mamy malo, trzeba by sie spieszyc, widokow nie bedzie itp. Przychodzi do nas miejscowy, jeden z poznanych wczoraj wieczorem. Mowi, ze sie o nas niepokoil ze tu spimy i kilka razy przychodzil w nocy sprawdzic czy wszystko w porzadku z nami. Powodem jego obaw byl jeden z mieszkancow Ljuty, ktory sluzyl w Afganistanie. Ponoc po powrocie z wojny calkiem mu sie w glowie pomieszalo i ludzie sie go boja. Czasem wloczy sie nocami po lasach, wyje jak dziki zwierz i ogolnie nie wiadomo co mu do łba strzeli. Nasz nowy znajomy ma na imie Wania ale twierdzi ze jest brzydkie i oklepane i prosi aby mowic na niego Jaszczik. Tak mowia mu od dziecka wszyscy znajomi i rodzina. W Ljucie spotykamy Jaszczika ponownie. Zaprasza nas do domu, ale prosi zeby przyjsc popoludniu jak wroci z pracy. Zostawiamy wiec plecaki i idziemy powloczyc sie po wsi. Jejku! jak dziwnie sie idzie bez plecaka! jakby czlowieka unosily jakies nieznane sily! jakby frunal! wszedzie nagle sie robi tak blisko, prosto. Tak latwo przejsc przez sliska kladke i nie wykocic sie do potoku! mozna skakac i biegac! Ljuta jest bardzo dluga wsia. Idziemy i idziemy. Mijaja nas gruzawiki, stare motocykle, w ogrodach pachna stogi siana a kolorowe kaczki zawsze maja pierwszenstwo na drodze.





Zapoznaje tez slicznego malutkiego kotka z ktorym sie bawie - co nie bylo najlepszym pomyslem bo potem za nami idzie i nie mozemy sie go pozbyc. Na szczescie odnajduje sie gospodyni i oddajemy jej kociaka prosto do rąk.

Docieramy na koniec wsi i rozsiadamy sie w malutkim sklepo-barze. Tu zapada ostateczna decyzja- Polonina Rowna za rok! I wlasnie w tej knajpie rozpoczniemy wyjazd!


Powoli wracamy do Jaszczika. Poznajemy jego rodzine - zone Marije i corke ktora wlasnie szykuje sie na dyskoteke. Dziewczyna bardzo sie peszy gdy toperz z Kuba nakrywaja ją w czasie przymierzania korali, kolorowych opasek i z pedzlem do tuszowa rzes w rece. Jaszczik rozdziela zadania- ja z Marija mamy przygotowac obiad a on zabiera chlopakow zeby im pokazac gospodarstwo. Kuba i toperz maja straszny ubaw- zupelnie nie wiem dlaczego! ;) Zatem ide z Marija i dostaje tarke i miednice ziemniakow- dzis beda placki.

Ledwo sie zamykaja drzwi za chlopakami, Marija biegnie do spizarni i wyciaga dymion wisniowej nalewki. Nalewa po szklaneczce. To bedzie nasza tajemnica. Oprocz plackow ze smietana bedzie dzis zupa. Z radoscia wciagam zapachy swojskiej kartoflanki na polowie kury ktora dymi na piecu a gospodyni dorzuca tam koperek i pietruszke. Wreszcie bedzie jakies dobre zarcie a nie zupa w proszku. Nagle ku mej rozpaczy Marija wyciaga z szafki trzy zaspawane torebki z napisem Vifon i wizerunkiem wesolego kurczaka. Takie jak zremy od tygodnia. Mowi ze dostala je od kogos pare lat temu i trzyma na specjalne okazje, np. dla dawno niewidzianych przyjaciol aby ich szczegolnie ugoscic i o nich zadbac. Probuje tlumaczyc, ze moze szkoda otwierac jak tyle pysznej zupy w garnku, ze tak ladnie pachnie, ze ta zupa z pieca to moja ulubiona. Jednak nie ma ratunku. Juz postanowione. Najwiekszy rarytas z zoltej torebki bedzie dzis dla nas. Chlopaki ogladali konie, krowy, woz, psa,zapasy drewna i minitartak ktory Jaszczik ma przy domu.





Zasiadamy do obiadu. Kuba twierdzi ze ostatnio chyba zbyt dlugo jadl zupki chinskie bo teraz nawet domowa zupa mu trąci aromatem znanego chiniola w proszku ;)

Po obiedzie ognisko na ktore przychodzi rowniez kilku sasiadow. Sa szaszlyki ze swojskim sałem i cebula oraz pieczone ziemniaki.


Wszyscy w trojke po upieczeniu nad ogniem szaszlyka natychmiast go zjadamy, tak prosto z patyka, zagryzajac chlebem. Normalnie- tak jak kielbache na kazdym normalnym ognisku. Wszyscy patrza na nas ze zdumieniem na twarzach. Miejscowi gotowy szaszlyk klada na talerzu ,zabieraja do domu i zjadaja przy stole. To samo z ziemniakami- na sciereczke i do domu. Przez chwile czujemy sie jak dzicy ludzie ktorzy przypadkiem trafili na salony!

Do snu ukladamy sie w pokoju- pod czujnym okiem swietych obrazow, dziadkow i kuzynow z czarnobialych zdjec oraz dziesiatek puszystych maskotek.


Autobus do Kostriny mamy o 7. Gospodarze budza nas kolo piatej. Oni juz ubrani, pojedzeni, krowy dawno na pastwisku. Mowia, ze pozwolili nam dluzej pospac jako gosciom- zebysmy wypoczeli ;) W Kostrinie niestety sie okazuje ze nie ma w najblizszym czasie elektriczki do Sianek. Lapiemy wiec stopa do Uzoka.


Takim niestety nie bylo dane sie przejechac

Za Uzokiem siedzimy przy drodze chyba trzy godziny. Nic nie jedzie. Kompletnie nic. Droge zamkneli? jakies swieto dzis jest?

W koncu trafia sie autobus i z kolejnymi przesiadkami, zwiedzajac kilka dworcow, docieramy do domu.



4 komentarze:

  1. Och, jeju... Czytam Twój tekst z rozrzewnieniem. Z ciepłem rozlewającym się po sercu... ;)

    Na jakimś forum górskim (?), gdzie umówiłam się na swój pierwszy wyjazd na Gorcstock z pięć lat temu, czytałam Twoje opisy górskich wędrówek i łażenia po ruinach i opuszczonych miejscach. Z podziwem i tęsknotą te Twoje teksty czytałam i oglądałam zdjęcia. Pamiętam, że starałam się przekonać Bartka, żeby zamiast do Rygi, to jechać tak jak Wy, w te zupełnie nieodwiedzane rejony Łotwy... Ale stanęło wtedy na Rydze. ;)

    Byłaś moją inspiracją w tamtym czasie do wędrówek po ukraińskich połoninach... :) Ruszyliśmy - w podróż dla nas zupełnie wtedy odjechaną! Choć już z namalowanymi szlakami ;) Tak u nas było: http://fotografia-prania.blogspot.com/2013/09/na-tej-rudej-ukrainie-swidowiec-9-13.html

    A teraz, po kilku latach, nie wiem nawet jak... znajduję Twojego bloga!
    Dodałam go na swojej fotografii prania do linków ;) i zaglądam tu do Ciebie czasem...

    Popłynęłam dziś w Twoje opowieści z ukraińskich gór. Chociaż, kurcze, miałam robić przecież coś innego.. ;) Do pozostawionych obowiązków zaraz wracam, a Tobie dziękuję za cudowną podróż... Takie otwarcie na ludzi, takie cieszenie się prostym życiem. Jasne spojrzenie i prawdziwa radość z tego, jak jest. Bardzo te Twoje opowieści pozytywne i dające takiego.. dobrego "kopa" do życia. Dzięki! Tęskno mi za taką podróżą... Może, może, w tym roku, jakaś namiastka znów ukraińskich gór nam się uda?..

    Pamiętam z forum, że bywałaś u rodziny w Krakowie i odwiedzałaś krakowskie forty. ;) Przy kolejnych odwiedzinach w Krakowie zapraszam do nas! Urosłaś w mojej głowie do miana legendy dobrej włóczęgi ;). Byłoby super poznać się kiedyś na żywo... :)
    karolina.oltarzewska@gmail.com

    Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki za mile slowa! Co do rodziny w Krakowie- to wlasnie wczoraj wrocilismy bo spedzalismy tam Wielkanoc. Bede pamietac nastepnym razem, ze trzeba wpasc do was! Wogole nosze sie z zamiarem napisania relacji o Krakowie. O takim innym Krakowie, pelnym miejsc opuszczonych, ruin, zarosli i przestrzeni. Troche sie uzbieralo takich miejsc z paru ostatnich lat (oprocz fortow)

      Usuń
    2. Z przyjemnoscia poczytalam o waszym Swidowcu i zaraz pozagladam do innych wpisow. Bardzo fajny pomysl z tymi zdjeciami prania z kazdego wyjazdu! ja to tez uwielbiam! i widok prania na tle krajobrazu- i zapach takich ubranek ktore wyschly na sloncu i wietrze! Wogole w tym roku spelnilam swoje marzenie w tej kwestii- wysuszenia swojego prania na takim sznurze obrotowym, gdzie pranie powiewa na wysokosci wyzszych pieter! Opisalam to m.in. tutaj: http://jabolowaballada.blogspot.com/2016/11/czas-nie-goni-nas-cz32-gruzja-khoni.html

      Usuń
    3. A jeszcze odnosnie prania- polecam Gruzje- tam tego jest wszechobecne zatrzesienie! :D np. http://jabolowaballada.blogspot.com/2017/01/czas-nie-goni-nas-cz51-gruzja-batumi.html

      Usuń