wtorek, 20 września 2016

Przejazdem przez Beskid Niski

Juz w maju, wracajac z Balkanow, wypatrzylismy pewne miejsce w Beskidzie Niskim ktore niezwykle przypadlo nam do gustu i postanowilismy tam wrocic niezwlocznie. Udaje sie nam to uczynic miesiac pozniej. .Tym miejscem sa Owczary, a dokladniej tamtejszy PTSM. O klucze pytamy w domu przy cerkwi, co okazuje sie strzalem w dziesiatke, bo wlasnie tam mieszkaja ludzie opiekujacy sie schroniskiem. Obiekt wyglada dokladnie tak jak powinny wygladac (i wygladaly) PTSMy klasy III. Drewniany budynek o zapachu starej chaty, woda w strumieniu, wychodek na dworze lub kibelek wewnetrzny do przelewania kubelkiem.
W srodku piece kaflowe, metalowe prycze. Z sufitu zwisaja niegdys bardzo popularne lampy, ktore przystrajaly wiele pomieszczen uzytecznosci publicznej. Zachowala sie nawet stara lawka szkolna.
W kuchni lodowka firmy Pamir.
Na scianach duzo swietych obrazow i dziecinnych rysunkow przedstawiajacych piekno Beskidu Niskiego. Orly na panstwowych godlach maja korony wyciete z bialego papieru. Jedną z nich zdmuchuje przeciag gdy otwieramy drzwi. Buduje wiec spora konstrukcje z krzesel aby odstawic brakujacy element na pierwotne miejsce.
W szafkach sporo kieliszkow rozmiaru wschodniego.
Schronisko dziala sporadycznie tzn jak trafi sie ekipa ktora wezmie klucze. Budynek okala wykoszona, tfu wygryziona łaka gdzie pasaja sie owce. Zza plotu dobiega kwik gesi, gdakanie kur a wieczor to krolestwo swierszczy, swietlikow i sow. Kabaczkowi schronisko przeogromnie sie podoba, doznaje wrecz jakiegos zwarcia, jakiegos opetania. Biega na czworakach po podlodze tam i spowrotem. Tupie nozkami, klapie lapkami o deski podlogowe, ktore odpowiadaja glosnym łup łup łup. Pełza trzy razy szybciej niz zwykle. Dokonuje tez naglych i nieprzewidzianych skretow, raz po raz zmieniajac kierunek dzikiego biegu. Zmiany kierunku zwykle sa wykonywane przez solidny podskok a puste korytarze domku wypelnia kwik niemowlecej radosci.
Oprocz korytarza przypadly jej do gustu tez schody gdzie wykazuje silne przyciaganie do pokrzywy. Odkrywa tez sprochnialy pieniek ktory okazuje sie zabawka na okolo godzine. Potem jest pewien problem z odczyszczeniem stworzonka ale odmaczanie w cieplej wodzie powoduje ze po chwili znow przypomina młode rasy bialej ;) Rano dosc wczesnie budzi nas kogut a gdy on postanawia umilknac zaczynaja swoj koncert gesi. Taaaaaa, na prawdziwej wsi ciezko pozwolic sobie na takie burzujstwo jak spanie dluzej niz do 8… Sniadanie w tym milym miejscu przedluza sie prawie do pory obiadowej a potem zaszczycaja nas swoja obecnoscia owieczki. Chyba niektorym z nich brakuje jakis mineralow bo mimo ogromnych polaci soczystej trawy probuja obgryzac skodusiowe blotniki. Zawsze wiedzialam ze to koza wszystko wciaga , łącznie z miotła i kaloszem- ale ze owca tez? Odkrywamy na tym etapie ze jednego chlapacza skodusia nie ma- i teraz pytanie: owca zjadla czy po prostu gdzies kiedys sie urwal?
W Męcinie ide zwiedac cerkiewke.
Bylam juz tu kiedys ale zawsze byla zamknieta. Teraz trwa sprzatanie, poprane dywany zdobia ogrodzenie.
Dziewczyna myjaca podlogi zakrzykuje ze teraz opowie mi o historii swiatyni a potem wpisze do grubej ksiegi ze tego wysluchalam. Poczatkowo probuje sie wykrecic ale widzac ze sprawilabym jej tym przykrosc zgadzam sie na wszystko. Cerkiew jest obecnie kosciolem, ale nie przeszkadza jej miec ladny ikonostas.
Choc ponoc niektorzy (zwlaszcza czesc turystow) burza sie z tego powodu. Rok temu byla jakas para z Krakowa ktora z tej racji zrobila zadyme na mszy, glosno protestowala na pobyt w takim “skazonym” miejscu i wyszla w czasie nabozenstwa trzaskajac drzwiami. Dodatkowo obiecujac pisac jakies donosy na miejscowa parafie. Dziewczyna podkresla ze w czasie renowacji jakies fragmenty wyposazenia byly natryskiwane prawdziwym zlotem. Potem bierze wielka ksiege i wpisuje dane naszej ekipy- ile sztuk, w jakim wieku, z jakiego wojewodztwa, jakim srodkiem lokomocji przybyli do wsi. Rozmiaru buta nie trzeba :D Potem mijamy Wapienne, z dwoma cerkiewkami i osrodkiem kempingowym gdzie mnie niegdys straszylo cala noc.
Potem zawijamy na Jasliska, jak zwykle cieszac oczy milym ryneczkiem ze starymi domkami i sloneczna pylistoscia.
Jest tez kolejna biala tablica do mojej kolekcji
Potem Lipowiec, duzo bardziej zabudowany i pogrodzony niz niegdys. Na terenach wsi powstala niedawno wiata strazacka, na ktorej pisze ze jest miejscem biwakowym i ogniskowym. Acz pozostale napisy nie sa zachecajace- jest podany numer konta na ktory trzeba przelac pieniazki (niewielkie) aby moc tu spac. Jak ktos nie zaplaci i nie ma przy sobie potwierdzenia to moze zostac wyproszony. Zaplacilabym, czemu nie- ale jak ja niby mam to zrobic teraz?
Pole mimo ze platne nie posiada nawet kosza na smieci i trzeba je zabierac z soba. Chyba wiec zrobili wszystko aby zniechecic potencjalnych chetnych do pozostania tutaj. Aha! Jeszcze na domiar atrakcji trawnik porasta dorodna koniczyna a na niej brzecza tysiace pszczol. W zyciu na raz tyle pszczol nie widzialam na łące. Na bank nas ktoras upali jak tu bedziemy łazic... W rejonie jest strasznie sucho, najnizszy stan wod jaki tu widzialam. Potoczek w Lipowcu prawie wysechl.
Rzeka w drodze do Jaslisk tez wyglada nieco dziwnie
Jedziemy na stare, dobre, sprawdzone i lubiane Stasiane. Z normalna ilosci owadow, koszami na smieci i bez jakis skomplikowanych platnosci. Pluskamy sie w Jasiolce, robimy sobie wyprawe rzeka w poszukiwaniu ladnych korzeni.
Tu tez zbieramy opal na ognisko. Tak dokladnie tak- drzewo najlepiej sie zbiera w rzece. Sa tu cale kupy drzew i galezi, niesione niegdys przez wielka wode. Bo las jest wyczyszczony dokladnie z wszelakiego chrustu. Dzis po raz pierwszy zapodajemy nowy ulepszony sposob kąpania bobasa- polewanie woda z butelki. Idealne na upaly i warunki terenowe, nie trzeba sie pierdzielic z dmuchaniem wanienki. Jedna osoba trzyma pod paszki, druga namydla i polewa. Małe radosnie tupie nozka w mokra trawe. Poltora litra wody i po sprawie :D Oprocz nas na polu nocuje tez Grzes z Krosna ktory zawedrowal tu z plecakiem oraz para Niemcow w srednim wieku ktorzy przyjechali kamperem i od 3 tygodni zwiedzaja Polske. Robimy wspolne ognicho. Niemcy czestuja dobrym austriackim winem z kartonu, Grzes swojskimi kielbaskami, ja robie grzanki z serem.
Namiot o poranku
Rankiem wypuszczamy kabaka na trawe. Z calej slicznej ukwieconej łaki najwiekszym zainteresowaniem cieszy sie kolo skodusi i mozliwosc upaprania łapek smarem. Raz po raz trzeba odławiac i odnosic na przeciwlegly kraniec łąki. Wraca jak bumerang. Rozumiem ze koty lubia siedziec pod autami- ale ze niemowleta tez? ;) Potem kierujemy sie na Barwinek wiec to juz zupelnie inna historia… Wracajac z wakacji na dalekim poludniu, juz poznym latem, gdy kwiaty przekwitly a swietliki przepadly w niebycie, znow trafiamy przejazdem w Beskid Niski. Aby nie powtarzac miejsca noclegu osiedlamy sie na oblym wzgorzu nad Wola Nizna gdzie ogrodzony teren i kilka laweczek tworzy lesny parking.
Popoludniem, wieczorem i rankiem przewija sie tu sporo osob i jakos wszystkie sympatyczne, chetne do pogadania. Jest chlopak wedrujacy z plecakiem przez Beskid Niski, wczoraj spal w Jasielu, dzis kieruje sie na Polany Surowiczne. Tu przysiadl na chwile na kanapke. Ubolewa ze klimaty chatkowo-bazowe w Niskim jakos ostatnio podupadaja. Ponoc chatki i bazy zamykaja sie coraz wczesniej z racji braku chetnych na bazowych. Niedawno byl w Nieznajowej i juz sie zamykala, konczac sezon prawie w polowie sierpnia. Baza namiotowa (juz niepamietam ktora) swiecila pustkami w dlugi weekend sierpniowy. Ledwo pozegnalismy tego wedrowca pojawia sie starszy pan ktory zatrzymal sie tu na papierosa. Opowiada rozne niestworzone historie o regionie, o kartelach narkotykowych, bijatykach i poscigach o swicie, o najlepszych sposobach zastosowania pałki teleskopowej, co zaraz pokazuje na zywo oraz technikach walki wrecz - czego nie demonstruje. Potem pokazuje nam znaczek CBŚ przypiety do kurtki i mowi ze “ciiiiiii” po czym wybucha smiechem. Nie wiem kim byl ow gosc, czy gawedziarzem- mitomanem czy rzeczywiscie zbrojnym ramieniem znanej organizacji? Acz spotkanie napewno nietypowe i zapadajace w pamiec. Ledwo czerwone swiatelka jego maszyny znikaja za zakretem pojawia sie czworka Ślązakow. Jada na impreze w Bieszczady, do daczy znajomych. Przywabil ich blask ogniska i chec oproznienia pecherza. Przysiadaja sie na chwile i wpatrujac w ogien wspominaja terenowe imprezy w latach 80 tych, na nieuzytkach pod dymiacymi kominami. Juz po zmroku pojawia sie dwoch dresow w beemce najezonej glosnikami ktorzy chyba planowali tu wiekszy zlot ekipy i weekendowy melanz. Widzac nas mowia ze nie chca przeszkadzac malenstwu i odjezdzaja “gdzie indziej”. Rano przewija sie kilku grzybiarzy, dumnie prezentujacych zawartosc koszykow czy przechwalajacych sie technikami odnalezienia obfitych w plon miejsc. Noc z godziny na godzine staje sie coraz bardziej mglista i wilgotna, wszedzie osiada gesta rosa, a jednoczesnie jest bardzo cieplo. Poranne wyjscie na kibelek pozwala na obserwacje snujacych sie mgiel na tle różowiejacego nieba zaraz przed wschodem slonca.
Dzien nastaje upalny a my definitywnie konczymy pewny etap tegoletniej wedrowki, ruszajac w Polske, sladem miejsc zamieszkanych przez steskniona po kilku miesiacach i spragniona opowiesci z trasy rodzinke.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz