poniedziałek, 20 lipca 2015

Sudety - Kamieniołomy, upał i lodówka (2015)

A my kolejny raz zajezdzamy na nocleg w kraine kamieniolomow. Jakos niewidzialna sila przyciaga nas do miejsca gdzie po knajpie uganiaja kozleta, piwo rozlewa sie w drewnianych baraczkach , siedzac przy stoliku mozna szurac nogami w piachu a suszace sie nad biesiadujacymi gacie ludzi nie dziwia. Gdzie mozna poplywac z czolowka w srodku nocy albo wskoczyc do wody rano, prosto po wyjsciu z namiotu. Gdzie wieczorny klimat przywodzi wspomnienia najlepszych schronisk i chatek studenckich, gdzie nikt nie wpadl na pomysl ograniczac ludzi wymuszona trzezwoscia albo cisza nocna w dziwnych godzinach. Pojawiamy sie tu juz po raz trzeci, tym razem w towarzystwie znajomych archeologow- Łukasza i Mateusza. Namioty stawiamy na brzegu kamieniolomu, obok chlopakow z Otmuchowa ktorzy przyjechali tu na kilka dni. Juz w ciemnosci zbieramy opal na ognisko, co jest rzecza nieprosta- las jest totalnie wysprzatany z czegokolwiek co nadaje sie do palenia. Zamiast chrustu Łukasz znajduje kocyk oraz rozciagniety w lesie tajemniczy kabel. Kocyk przydaje sie przy ognisku do siedzenia a tajemnice kabla postanawiamy rozwiklac rano. Jakos w srodku nocy od strony lasu przypaletuje sie Czech bedacy w stanie totalnej niewazkosci. Rozsiada sie wsrod nas jak gdyby nigdy nic i tylko toczy zdumionym lekko nieobecnym wzrokiem. Nie udaje sie nam odgadnac ani dowiedziec skad sie wzial nagle tak sam jeden, czemu nadszedl z lasu i gdzie spi. Smakuje mu za to bardzo nasza nalewka na kwiatach dzikiego bzu i nie chce uwierzyc ze ma ona 50%. Potem koles znika jak sie pojawil. Ponoc ekipa z Otmuchowa widziala go w nocy zawinietego w jakies przescieradlo- i poczatkowo wziela go za jedna z przykamieniolomowych skał na gorganie. Mateusz przegania w nocy jakiegos wielkiego czarnego psa, ktorego nikt inny nie widzial.



Kilkakrotnie z ogniska probuje nas przegnac deszcz ale sila woli i przenoszeniem lawek pod drzewa udaje nam sie go ostatecznie przechytrzyc. W nocy nie wiemy czy nakladac na namiot tropik czy nie- bez przemokniemy bo co chwile popaduje, a pod tropikiem dusimy sie bo noc jest parna i upalna. Budzimy sie dosc wczesnie bo chlopaki z Otmuchowa plywaja juz pontonem i pokrzykuja cos do siebie oraz do kolegi ktory nie widzi powodu aby wstawac w niedziele bez powodu o 7 rano. Poczatkowo chcemy ich zabic ale ostatecznie odpuszczamy ;) Nie ma nic lepszego niz kapiel w chlodnych nurtach skalnej rozpadliny po wyjsciu z sauny zwanej czasem tez namiotem




Rano udaje sie tez rozszyfrowac historie kabla. Prowadzi on do wiaty ukrytej w lesie. We wiacie na koncu kabla znajduje sie dzialajaca lodowka, w ktorej co sprytniejsi imprezowicze chlodza piwo. Zrodlo pradu sluzy tez jako zasilacz glosnikow jakby ktos pragnal zapodac sobie lesna dyskoteke (co chlopaki z Otmuchowa zaraz probuja czynic, nie wprawiajac nas w dobry nastroj z racji preferencji zupelnie innego typu muzyki). Wiata jest solidna i widac pelni funkcje biesiadne, ktos zadal sobie niemalo trudu aby ją zbudowac. Rozwiewa sie kolejna tajemnica- nasz nocny gosc nadszedl zapewnie nie ze srodka dzikiej puszczy ale wlasnie od tej wiaty, gdzie trwala konkurencyjna impreza.




W ramach zblizania sie godzin w strone poludnia nad kamieniolomem przybywa kolejnych biwakujacych. W koncu ktos naprawia rozciagnieta nad woda tyrolke przeznaczona do skokow.

Najciekawiej wychodza skoki gromadne- na winogrona. Maksymalnie na orczyku jedzie pięc osob!






Ciekawy acz lekko upiorny cien

Swobodna atmosfere troche psuje upierdliwy pies, ktory ma chyba ciezka manie przesladowcza aby "ratowac" kazdego kto wskakuje do wody i odholowywac go do brzegu. Jak ktos temu nie chce ulegac staje sie agresywny. Wkurzajace jest scigac sie z nim w wodzie, dostawac w twarz mokrym ogonem oraz patrzec w wyszczerzona charczaca paszcze bo masz akurat ochote poplywac wbrew kaprysowi bydlaka. Pies wyglada na czyjegos- jest zabany, ma obroze z jakimis numerami. Nikt na brzegu sie do niego nie przyznaje i nie uwaza za wlasciwe go pilnowac, przywiazac albo w inny sposob wplynac na jego zachowanie.

(Mateusz twierdzi ze to nie jest ten pies ktorego widzial w nocy). Jakies to takie dziwne ze prawie za kazdym razem naszego pobytu w Czechach mamy problemy z psami- czy to przy gorskich chatach czy nad kamieniolomami. Tutejsze kundle sa bardziej rozpasane i agresywne niz oslawione kaukaskie psy pasterskie (z ktorymi mimo przestrog i straszenia na szczescie nie mielismy zadnych nieprzyjemnych spotkan podczas prawie trzech miesiecy pobytu w tamtych okolicach) Wracajac mamy troche czasu wiec postanawiamy go spedzic wloczac sie nieco po Vidnavie. Wiele czeskich miasteczek niezbyt mi sie podoba, wole duzo bardziej to co przedstawia soba Dolny Slask po stronie polskiej. Vidnava jednak jest tu wyjatkiem- miasteczko jest po prostu urocze! Bez problemu mozna znalezc zaulki niezniszczone niepotrzebnym remontem, a oczy nacieszyc powiewajacymi na wietrze firanami, plataninami kabli, waskimi podworkami, kostka brukowa i stara plyta chodnikowa po ktorej wiatr przesypuje z szelestem suche liscie i pyl. Tu i owdzie wisza drewniane balkoniki, werandy i przybudowki jakby przeniesione ze starego Tbilisi a obok falujace ze starosci dachy... Czestymn widokiem sa tez przyczepione do slupow i murow domostw wielkie trąby megafonow.











Na obrzezach miasta znajdujemy knajpe dobrze wpasowujaca sie w klimat. Mozna tu zjesc pizze, smazony syr i pare innych rzeczy ktorych nazw poki co nie rozszyfrowalismy czym sa. Siedzi sie tu tez na dworze na podlozu ziemno- trawiastym, acz koz niestety brak. Ciekawostka jest tutejszy stol bilardowy ktory nie ma dziur. Nie mam pojecia wiec jak sie gra w czeski bilard. Przy sasiednim stoliku siedzi jakas rodzinka, ktora nalezy chyba do czestych bywalcow tego obiektu, bo mam wrazenie ze tydzien temu tez ich tu spotkalismy. Charakteryzuja sie dosc ciemna jak na Slowian karnacja i glosnym stylem bycia. Na oko dziesiecioletnia dziewczynka nie widzi nic niewlasciwego w biciu ojca po glowie a on nie pozostaje jej dluzny wykrecajac jej rece. Siostrzyczka lub kuzynka, lat kolo 5 wykloca sie z matka nie przestajac caly czas ssac smoczka dla niemowlat. Calosci knajpy dopelniaja dwa rozesmiane i mocno podchmielone dziadki na wozkach inwalidzkich i od czasu do czasu wpadajacy turysci w dredach i kraciastych spodniach wspinaczkowych, jakich to bezskutecznie szukam od lat (tzn spodni nie turystow ;) )


Tak.. Vidnava to bardzo klimatyczne miasteczko! I zapewne wrocimy tu niejeden raz!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz