piątek, 11 listopada 2016

Wzdłuż wschodnich granic cz.4 (Hanna- Różanka- Włodawa)

W Hannie zwiedzamy izbe regionalna i minimuzeum polozone w jednej ze starych chat przy rynku.
W izbie małe cerkiewki, wyszywanki, plecionki, pledy, obrazy, wiersze i krotkie, czesto smutne zyciorysy tutejszych artystow. Z biografii tych starszych czesto wieje dojmujacą samotnoscią lub tragicznymi doswiadczeniami z dziecinstwa, jeszcze za czasow wojny. Sa tez prace mlodego chlopaka, o silnych problemach egzystencjalnych, ktory kilka lat temu popelnil samobojstwo.. Zostaly tylko rysunki z jego galerii, ktore dostarczyla tu jego rodzina...
W muzeum upatruje dwa fajne sprzety dla kabaka- wozek i podwieszana kolyska! Ja takie chce!!!
Mozna sie tez zagłębic w lekture starych dokumentow odnalezionych na roznych strychach- swiadectwa szkolne, legitymacje, ubezpieczenia, potwierdzenia.. Wiekszosc z poczatkow XX wieku.
Siedzimy sobie chwile pod wiata a po rynku jezdzi w kolko straz graniczna. Widac, ze sie nam przygladaja. Ale nie podejda, nie zagadaja. Wyglada jakby czekali w ktora strone pojdziemy. A my oczywiscie planujemy isc w strone granicy ;) Wstepujemy tez pod maly sklepik na jedno piwo, a ostatecznie konczy sie chyba na trzech na glowe ;) Zapoznajemy tu kilku miejscowych amatorow trunkow- pana Stanisława, ktory ma 67 lat i obecnie zajmuje sie rolnictwem. Dawniej byl kierowca PKSu. Nie podobaja mu sie dlugie wlosy Pudla. Miedzy chlopakami wywiazuje sie wiec rozmowa pt.”na co lecą kobiety”. Pudel twierdzi, ze dlugie włosy przyciagaja dziewczyny. Nasz podsklepowy znajomy twierdzi, ze za jego czasow i w jego rejonach dziewczyn wogole nie interesowal wyglad zewnetrzny faceta tylko inne bardziej ukryte szczegoly męskiej budowy anatomicznej. Nie kontynuujemy tematu o lokalnych gustach i mesko-damskich odnoszeniach w Hannie w latach 60tych.. Pod sklepem kreci sie drugi gosc, ktory kiedys byl konduktorem, jest dosyc malomowny. Jest tez trzeci, nieduzy i jakis taki krzywy. Mowi, ze nie lubi kobiet i ze trzy juz zamordowal. Nie wiem czy po prostu mial trzy zony, ktore wykorkowały czy historia jest zgoła inna. Tego tematu tez nie ciągniemy ;) Pod sklepem mowimy ze na nocleg idziemy w zupelnie przeciwna strone niz mamy zamiar podążac w rzeczywistosci. Raz ze szlag wie kto tu jest kapusiem, doniesie do straży granicznej i jeszcze mundurowi beda robic jakies klopoty z biwakiem. Poza tym wolimy nie miec nocnych odwiedzin naszych “przyjaciól” spod sklepu.
Odbijamy w boczną droge w strone Osiamczuków. Znaki wskazuja, ze idziemy we własciwa strone.
Niedaleko za wsia zatrzymujemy sie na nocleg w sosnowym lasku. Ognicho palimy w rowie- coby nas nie bylo widac z drogi i z domow.
Udaje sie dzis zrobic klasyczne podlaskie foty- skręciki odpalane zywym ogniem z pachnacego ogniska.
Straz graniczna nas nie znalazla. Moze dalej jezdza w kolko po rynku, zastanawiajac sie gdzie znikneli ci spod wiaty ;) Przy naszych domkach jest dostatek szyszek!
Eco z rana znajduje grzyba a ja kosci. Co ja mam na tym wyjezdzie z tymi szkieletami? Tym razem czachy nie ma wiec nie wiem z jakiego zwirza gnaty pochodzą.
Potem przechodzimy przez Osiamczuki- maly przygraniczny przysiolek z duza krowia ferma w standardach europejskich
Tak wygladaja krowy zaakceptowane przez mędrcow z Brukseli- widac mają wlasciwy rozkład łat i odpowiednia krzywizne ogona podczas wymachu!
W wioseczce jest tez kapliczka gdzie uwzgledniono zarowno sprawy duchowe jak i te bardzie przyziemne. Jest figurka, przed ktora mozna sie pomodlic, ale nie zapomniano rowniez o wymienieniu fundatorow i dzierzawcy gruntu.
A poza tym piach, krzyze przydrozne, bagniste cieki wodne…
Potem wkraczamy do wsi Dołhobrody
i następuje długa nasiadówka pod sklepem gdzie przyrządzamy jajecznice, jak nakazuje coroczna podlaska tradycja. Do potrawy trafiaja rowniez poranne znaleziska - tzn mam na mysli ecowego grzyba a nie moje kosci ;) Miejscowi nam opowiadaja, ze Slawatycze (ktore ominelismy) slyna jako miejscowe zagłebie bimbru, jest tez sporo wspomnien o lokalnych festynach i splywach.
Ktos pod sklep przyjechal na rowerze, w ktorym urzekla mnie prostota kierownicy. W sensie dosłownym i przenosnym! W moim mam juz siodełko na sprężynach o jakim zawsze marzyłam- teraz musze gdzies zapolowac na taka kierownice!
Przy glownej drodze napotykamy fragment nowej sciezki rowerowej o modnej, angielskiej nazwie, ktorą namiętnie od paru lat buduja w calej wschodniej Polsce. Na tym fragmencie nie wystarczyly rowy po obu stronach sciezki, dodatkowo zostala postawiona jeszcze solidna barierka. Przynajmniej turysta moze sie czuc bezpiecznie i miec pewnosc, ze na tym fragmencie trasy sie nie zgubi. Mozna polecic wszystkim rowerzystom ceniacym wolnosc, naturalnosc i kontakt z przyroda.
Kolejna miejscowoscia gdzie zatrzymujemy sie na dluzej jest Różanka i tamtejsza knajpa “Róża”. Piwo podają tu w fajnych grubosciennych kuflach a kawe w szklaneczkach z róża.
Obok jest boisko wiec chlopaki dorywają sie do piłki. Jak jest piwo i piłka to juz wiadomo, ze szybko stad nie wyjdziemy :P
Faktycznie siedzimy tam do zmierzchu, acz nie z racji piwa i piłki ale tematow o duchach i zjawiskach niewyjasnionych, ktory nas jakos bardzo wciagnal. Na nocleg idziemy nad Bug. Poczatkowo znajdujemy wieze widokowa i rozwazamy spanie na jej podestach. Przyplątuje sie jednak mało przyjemna grupka lokalnych nastolatków, ktorzy mam wrazenie sie nudza i robia wszystko aby nas zaczepic czy sprowokowac. To kogos z nas potrąca przechodzac, to rzuca jakis glupi komentarz.. Potem zajezdza tez straz graniczna, ktora na nocleg poleca raczej wiate polozona za wsia, nad sama rzeka. Nie rozkladamy namiotu, spimy na ławkach. O dziwo jest tu malo ptactwa wodnego, a i mgiel porannych brak. Jest za to mały deszczyk, ktory mnie budzi kapiąc na nos przez dziurki w dachu.
Rano ide zobaczyc widoczki z wiezy, ale jak zwykle w wiezach poloznonych na rowninach widok z gory jest podobny do tego z dolu.
Acz jednak sa plusy- bez wiezy by sie nie udalo zajrzec do bocianiego gniazda!
Chlopaki sie jeszcze ogarniaja ze skladaniem biwaku i sniadaniem, gdy ja pomna doswiadczen z bieganiem na autobus, wyruszam w strone PKSu z duzym zapasem czasowym. Po drodze zagladam pod ruiny folwarku. Tutaj to jest zapewne szał, zabytek i atrakcja acz dla zmanierowanego mieszkanca Dolnego Slaska to dzien jak codzien, wies jak kazda. Mozna sie poczuc jak na Pogorzu Kaczawskim albo gdzies pod Legnicą.
Na przystanek przychodze na tyle wczesniej, ze moge sobie posiedziec w sloneczku, wypic kubusia, zagapic sie w dal.. Do wnetrza przystanku nie wchodze, bo jest tam nieco dziwnie. Na srodku lezy jakies siano a spod niego wycieka tajemnicza ciecz. Ciezko powiedziec czy jest tam cos rozbite, ktos zrobil sobie kibel czy historia jest bardziej zawiła. Jedno jest pewne- wole sie od tej nieznanej cieczy trzymac z daleka.
Z Różanki jedziemy PKSem do Wlodawy. Pamietam, ze zawsze bardzo mi sie nie podobaly na Ukrainie marszrutki- oczywiscie z wyłaczeniem milych i przestronnych PAZikow, ale takie zwykle busy to masakra. Ciasne, wąskie korytarzyki, brak bagaznikow czy wogole półek na klamoty wieksze niz czapka czy paczka chusteczek. Kilka osob z duzymi plecakami korkuje taki pojazd totalnie. Plecak w przejsciu uniemozliwia innym wychodzenie, a trudno przeniesc plecak na siedzenie i nie potrącic nim wspolpasazerow. Tak… Teraz te klaustrofobiczne busiki zaczynaja jezdzic tez w Polsce. PKS do Wlodawy wlasnie przyjezdza taki malutki... Jednak moze zamiast narzekac trzeba sie cieszyc, ze wogole cos przyjezdza? Bo wiele miejsc w Polsce jest calkowicie odcietych od jakiegokolwiek transportu publicznego... Ale nostalgia za autosanem zawsze pojawia sie w takich chwilach... We Włodawie siadamy w knajpie kolo dworca autobusowego. Mały blaszany baraczek wklinowany pomiedzy rondo a budowe z wielkimi ramionami dzwigow. Na rondzie ruch, dzwigi machaja łapami na wietrze. Beda tu ponoc bloki z podziemnymi garazami. Knajpka stanowi jakby wycinek innej rzeczywistosci, sielskiego fajnego swiata oderwanego z innej czasoprzestrzeni. Stoliki stoja pod wielkim swierkiem. Babeczki z obslugi maja w zwyczaju siadac miedzy biesiadujacymi i przyłaczac sie do rozmowy. Przewijaja sie tu rowniez stali bywalcy. Tematy wykluwają sie rozne, o policjancie o ksywce Majonez, o zakonnicach, ktore spia w trumnach, o mnichach z Kijowa ktorzy nie rozkladaja sie po smierci. Dowiadujemy sie tez, ze w monastyrze w Jabłecznej mnisi pedza wino. Nie wolno im go sprzedawac ale jak sie zagada to poczestuja. Nie wiem tylko czy podobnie jak przy sprzedazy domu nie pytaja wtedy o wyznanie ;) Choc moze mnie by nie pytali jakby zobaczyli krymski krzyzyk na szyi ;) Wiec byla szansa podpic wina z klasztornych piwnic.. No ale nie wiedzielismy..
Chlopaki zostaja w barze a ja ide połazic po miescie. Maja tu kosciol, cerkiew i synagoge wiec zwą Włodawe “miastem trzech kultur”. Jest to podkreslane na lokalnych muralach, rzezbach i w folderkach.
Kosciol o dziwo jest otwarty,
cerkiew zamknieta,
w synagodze muzeum.
Sporo tu bocznych uliczek, zaułkow, podwórek. Jest troche starych kamieniczek
Gdzieniegdzie widac, ze nie mogli sie cos zdecydowac co do wysokosci dachu, wiec ostatecznie budynek rozebrali.
Podworko wykladane moja ulubiona trylinka
Z murowana zabudowa miejska przeplataja sie tez mniejsze i wieksze domki drewniane. Czesc z nich jest zamieszkane, inne sa siedziba jakis firm wiec oklejone sa szyldami i plakatami, niektore opustoszale chylą sie ku upadkowi.
Na niektorych scianach dały sobie upust lokalne dusze artystyczne.
Wracam do knajpy przez osiedle gdzie bloki sa cale obite szarą blacha falista. Po raz pierwszy widze taki desen na scianach blokowiska..
A tu blaszak wsrod jaśminu!
cdn

2 komentarze:

  1. " Po raz pierwszy widze taki desen na scianach blokowiska.."

    serio? Na lubelszczyźnie często spotyka się taki design:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Serio- zwykly beton, plyty azbestowe, obicie styropianem, cos przypominajace lastriko, takie male kosteczki jakby mozaika, cegielki biale i czerwone, pustaki- tak, ale blache falista pierwszy raz! moze dlatego ze malo bywam na lubelskich blokowiskach! :)

    OdpowiedzUsuń