wtorek, 1 sierpnia 2017

Kurska Kosa - Obwód Kaliningradzki cz.11

Następnym miejscem, ktore odwiedzamy w obwodzie jest Kurska Kosa. Kolejna mierzeja, podobna do Wiślanej/Bałtijskiej tylko połozona bardziej na pólnoc. Rowniez przecięta granicą panstwową, tym razem z Litwą. W odroznieniu od Wiślanej nie jest terenem wojskowym wiec jest otwarta dla turystow. Nie jest jednak otwarta tak zupelnie- dla odmiany mają tu park narodowy wiec mundurowi rowniez mogą łapac po krzakach. Na kosie sa trzy wioski Morskoje, Rybaczie i Lesnoj, ktore w dawnych latach wielokrotnie zmienialy miejsce polozenia bo byly zasypywane przez wydmy, na ktore jest tutaj duzy urodzaj.

Wjezdzamy niedzielnym popołudniem wiec pod względem tłumu jest za dobrze.. Kolejka do szlabanu zdaje sie nie miec konca - tu trzeba kupic bilety do parku narodowego. Ruch chyba zaskoczyl panie biletowe tak samo jak sniegi zaskakują co roku w styczniu naszych drogowcow. Kłębiący sie tłum jest mniejszy wprawdzie niz w Swietłogorsku ale tez nie bardzo do zaakceptowania. Juz, juz prawie mamy zamiar zarządzic odwrot, wbijać gdzies wgłąb obwodu gdzie nic nie ma i nigdy przenigdy wiecej nawet nie pomyslec o morzu... Ale weekendu zostalo jeszcze tylko kilka godzin. Jestesmy prawie 100% pewni, ze wieczorem te dzikie tłumy wymalowanych panienek na szpilkach z telefonami na kijach i panów bez szyi w mercedesach z przyciemnianą przednia szybą- wrócą do miast. Będa wrzucac na odnoklasniki i vkontakte setki fotek swojej gęby na tle tysiaca innych gęb przysłaniających piasek a my zostaniemy sam na sam z morzem.

Jako ze nie bardzo mamy ochote oglądac kolonie fok na wybrzezu zostawiamy sobie plazowe klimaty na jutro. A teraz jedziemy zobaczyc fragment tutejszego lasu, o ktorym gdzies tam kiedys czytalam, ze rozni sie od pozostalego. "Tańczacy las" to glownie sosny i to dosc mlode, posadzone okolo 50 lat temu na wydmie Krugłaja. Pnie sa w dziwny sposob powyginane, niektore spiralnie skrecone.


Dwa najladniejsze okazy sa tak obudowane barierkami, ze prawie nic nie widac.


Tu rowniez tłum i atmosfera jest taka jakbysmy zmierzali do jakiegos cudu swiata. Są barierki, podesty spacerowe, na ktore chyba poszlo wiecej drewna niz to co "tańczy" nieopodal.


Mozna tez wypozyczyc głosno gadajacy magnetofon albo pozyskac aplikacje na smartfon, ktora opowiada o tym dziwie przyrody. Oczywiscie nie mozna o tym przeczytac w domu, tylko trzeba chodzic pomiedzy drzewami z gadajacym pudełkiem. Co trzecia osoba chce miec ze sobą pudełko. Kazde z nich gada w innej fazie, co tworzy tak potworny jazgot, ze dosc szybko zaczyna boleć głowa. Wysadzany diamencikami smartfon dziuni defilującej przede mną opowiada, ze powody tanczenia lasu mogą byc rózne od prozaicznych do mrożących krew w żyłach. Mogą to byc silne wiatry typowe dla terenow nadmorskich, skoki temperatury i wilgotnosci gleby. Podejrzewana jest tez działalnosc wirusow czy pasozytow albo uszkodzone nasiona. Kolejna wersja traktuje o energii z wnetrza ziemi czy sekretnym poligonie z czasow ZSRR gdzie drzewa padły ofiara jakis tajemniczych badan. Brane sa rowniez pod uwage wpływy istot pozaziemskich ;) Niestety na tym etapie przestaje rozumiec naukowe wywody egzaltowanej, wirtualnej przewodniczki a chwile pozniej panience siada bateria... A szkoda bo zaczynało własnie byc ciekawie! ;)

W internetach i przewodnikach wszedzie pisali, ze na kosie nie ma opcji dzikich, darmowych (legalnych) biwakow bo to park narodowy i ble ble ble. Poczatkowo zagadujemy w turbazach i faktycznie twierdzą, ze mozna tylko w domkach lub pokojach za 50 zl osoba a jakikolwiek namiot czy spanie w aucie nie wchodzi w gre. Gdy wychodzimy z jednego z takich obiektów dogania nas zziajany ochroniarz i mowi, ze biwakowisko jest, a jakze. Acz z wiadomych przyczyn wlasciciele obiektow noclegowych go nie lubia reklamowac. I mamy zapytac w muzeum w Djunach. Babka z budki przymuzealnej potwierdza- tu za naszym płotem, na brzegu zalewu sa wiatki, ławeczki, nawet tojtoj i tam róbta co chceta. "Tylko drzew na opał nie wycinajcie piłą spalinową bo kłopoty będa duze". Juz na koncu języka mam pytanie czy siekierą mozna - ale moze byłoby to niegrzeczne :) Z radosci, ze jednak mamy fajne spanie kupuje magnesik i koszulkę "Zdobywca wydm Kurskiej Kosy" (choc wydme zdobedziemy dopiero pojutrze ;) ). Wstyd przyznac ale nie dowiedziałam sie co to było za muzeum i co w nim trzymają...

Na biwakowisko prowadzi klimatyczna płytowa droga. Cos jest w tym, ze jadąc za betonowymi płytami nigdy nie wyjdzie sie na tym zle. Na koncu zawsze beda jakies ruiny, dawny zakład przemysłowy, albo ciekawe miejsce na nocleg. Dobra- sporadycznie mozna trafic nieszczegolnie np. na poligon.


Smieszna jest jedna z zatoczek zalewu- ta ktorej nie widac. Cała woda jest pokryta leżącą trzciną. Nie wiem czy to ktos ściął czy to tak samo sie połozyło? Mozna sobie pospacerowac po powierzchni. Dziwne wrazenie isc po takim dywanie a pod spodem sprężynuje i chlupoce woda. Jest cos w tym przerażajacego wiec nie odchodze daleko i z radoscia wracam jednak na twardy, pewny grunt.


Z tym pewnym gruntem to tez tak nie do konca, dojazd do wielu miłych wiatek jest na tyle piaszczysty, ze juz przed pierwsza udaje nam sie nieco zagrzebac busia. Na szczescie na tyle słabo, ze nie trzeba ściągac na pomoc traktorow i czołgow.. Musimy mu kupic jakies inne opony bo te są na tyle cienkie i chyba juz wytarte, ze tendencje do zakopywania sie ma wieksze chyba nawet od skodusi.


Początkowo to miejsce tez jest tłoczne. Wszędzie dymią szaszłyki, gorzała sie leje, dudni lokalne radio spod podniesionych klap, powtarzając po raz n-ty, ze jakies Amerykańce nakreciły film o Putinie i powoduje to duze emocje w całym kraju. Wbrew pozorom z calosci przekazu wynika jednak, ze ten film jest chyba pozytywny i lokalsi bardzo sie nim cieszą. Aż bym sobie go obejrzała, co to za cudo. Zawsze myslalam, ze Ameryka z Rosją to sie raczej nie lubi ale pewnie ja sie nie znam.

Z czasem, jak podejrzewalismy, kolejne wiaty pustoszeją, dym zgasłych ognisk rozwiewa wiatr o zapachu wodorostu, ryk silnikow z wylewająca sie z okien dudniącą muzyką oddala sie zwartą kolumną w strone Zielenogradska... Będa dzis niezłe korki na wjezdzie do Kaliningradu.. Az mi zal tych wszystkich opitych piwem piknikowiczów, ktorzy stoją gdzies na zabetonowanym wygwizdowie a tam nawet nie ma krzaka zeby zań sie udac...

Zostajemy prawie sami- z rybakiem, ktory spi w namiocie z rowerem i trzema wędkami oraz z dziwnym kamperem ukrytym w krzakach pod samym murem muzeum... Jak sie potem okazuje ow kamper jest taki na pół stacjonarny i chyba siedzi w nim ekipa mająca cichą pieczę nad "dzikim" biwakowiskiem, w sensie czy ktos jednak z tą piła spalinową tu nie biega ;) Co jakis czas ktos stamtad przechodzi koło busia niby-po-drewno, rzucając taksujące spojrzenia głownie w stronę rejestracji. Pada tez kilka niby przypadkowych, niby przyjacielskich pytań czy zaoferowan pomocy. Poza białą klapą wystającą z zarosli i wędek sterczacych z namiotu sa jeszcze żaby, czaple i łabędzie. Tutejsze ptactwo jest chyba mięsożerne, bo ledwo znikają za węgłem zderzaki ostatnich sympatyków "oddycha na przyrodzie" to ptactwo porzuca wodne pielesze i uderza poszukiwac resztek nadgryzionych lub wyplutych karczków i kaszanek. Moze z butelek z wódy tez cos wydziobują? Szlag je wie! Nie śledzimy juz tego- ich problem. My mamy swoje własne. Zmrok za pasem a las wysprzątany z drewna na opał totalnie... Muszę wbic w jakies dosc odległe bagno i wyrwac dwa uschłe drzewa z korzeniami... Ufff- obyło sie bez piły spalinowej (ktorej zresztą przeciez nie mamy). I teraz pytanie do znawców tematu- jak przekonać i nauczyc 20 miesieczne dziecko, ze zgromadzony chrust nie sluzy do tego, zeby go od razu cały wpierdzielic w ogień, tylko dokłada sie stopniowo. Kabak widząc jakąkolwiek gałązke od razu rzuca sie na nia jak tygrys na zdobycz i buch! do ogniska! W ferworze walki i wypełniona po uszy zapałem prawie tez wrzuciła toperzowego buta, ktory przypadkiem wypadł z busia! But zostal uratowany dosłownie w ostatniej chwili!


Towarzyszy nam tez piwo regionalne. Smak przeciętny ale etykieta nas skusila ;)


Rano pogoda nieco gorsza, nawet troche popaduje. Przerwe w opadach wykorzystujemy na wycieczke plażą acz horyzont nie rokuje zbyt ciekawie.


No i cieplo to nie jest, ładna mi polowa czerwca!


Zbiory drewna na ognicho, jako ze na biwaku z tym kiepsko...


Na sporej czesci wydm leżą pozostalosci jakis drewnianych konstrukcji o nieznanym nam przeznaczeniu.


I na owej plazy dolewa nam dokumentnie. My to sie jeszcze oblekamy w kurtki ale kabaczek zbyt sie cieszy deszczem by siedziec w jakims głupim kapturze, ktory zasłania swiat! Kaptur jest wiec sciagany co chwile a mały gugajacy pyszczek wystawia sie z wystawionym jęzorem w strone padających kropel. Ten proces połączony z silnym wiatrem powoduje, ze juz za chwile mamy totalnie zamokniete i zmarzniete zawiniątko. Ociekające wodą i na tym etapie juz nieco rozżalone musimy obłuskac łącznie z pieluszką, wytrzec i przebrac od stóp do głow. Okazuje sie tez, ze nasze dziecko, ktore nigdy nie chciało i nie umiało pić z kubeczka - gorącą herbate z cytryną wciąga jak stary!

Kupujemy tu tez płaską wędzoną rybę zwana kambała (chyba jest to flądra, o ile pamietam jeszcze długą liste ryb, ktorych sie uczyłam w naddunajskim Wiłkowie). Rybka w srodku jest pełna pysznego rozowego kawioru. Dawno nie jadłam czegos tak dobrego!


Nie wiem czemu jakos w Polsce nie ma zwyczaju i mody na spozywanie ryb. Jak sie pojedzie na wschod- gdziekolwiek, to od razu wszedzie jest pełno ryb- wędzonych, suszonych, surowych, marynowanych. Tłuste, apetyczne, różnorodne. Wiszą masowo w miejscach turystycznych, w sklepach z alkoholem, na bazarach, przy drogach, suszą sie na balkonach blokiwsk a żule zagryzają nimi nawet płyn do kąpieli czy klej do tapet ;) A mórz, rzek i jezior niekoniecznie mają wszedzie tak duzo wiecej. W czym wiec leży problem, ze u nas ciezko dostac co innego jak rozdeptaną makrele czy śledzia w puszce, ktory składa sie głównie z marchewki i groszku?

Po zeżarciu ryby i pogoda sie poprawia wiec mozemy podjąc drugą próbe wytarzania sie w nadmorskim piasku. Niebo wybłękitniało ale wiatr sie utrzymał. Fale sa wiec fajne i od razu tak pachnie w powietrzu swiezoscia!


Idziemy tez na wycieczkę na wydmę Efa. Ma ona ponoc 55 metrow jest najwyzszą wydmą w Europie. Czy to prawda to nie wiem, bo wiadomo, ze Rosjanie lubia podkreslac, ze wszystko u nich jest najwieksze wiec jakby moglo byc inaczej z wydmą ;) Z jej szczytu faktycznie sa fajne widoki na okolice, na morze i zalew rownoczesnie, a glownie na ogromne wydmy tworzace klimat wręcz pustynny. Opadaja one glownie w stronę zalewu. Zawsze mi sie marzyło sturlac sie z takowej prosto na plaże! :)


Struktury piasku targanego wiatrem...


Kolejny dzien znow nas wita na dzikim biwakowisku. Dzis jest jeszcze zimniej a wiatr jest wrecz huraganowy. Wywiewa nam rzeczy z busia, wyrywa kanapki z rąk a kabaczek nie potrafi isc pod wiatr co ją bardzo irytuje. Obrażona więc siada na piachu a wiatr porywa jej czapkę i unosi gdzies nad zalew.

Gdy jemy sniadanie na biwakowisko zajezdzaja Niemcy w kamperze gigancie. Mają tam chyba wiekszy metraz niz my w mieszkaniu w bloku! Ten ich pojazd jest jakis dziwny- totalnie niewyważony, niestabilny, stanowczo za duzy i za ciezki w stosunku do malutkich i cienkich kółek. Niemcy kluczą po całym biwakowisku, zatrzymują sie pod kazdą z wiat i ognisk, wyłażą i cos deliberują przyglądajac sie dokladnie okolicy. Ostatecznie zajmują miejsce nad samym brzegiem wpadając w piach juz dosc konkretnie. Nie mogąc wyjechac idą do ekipy spod bramy. Gosc z kitką cos im długo tłumaczy, pokazując na wszystkie strony i solidnie machając rekami. Rozmowa konczy sie na tym, ze pomagają wykopac zarytego giganta a Niemcy z obrazonymi minami odjezdzaja w sina dal zamiast stanąc w 10 dogodnych miejscach na betonowych płytach, ktorych na całym placu nie brakuje.

Ogolnie mówiac to fajny tu mają ten park narodowy! Podoba mi sie wolnosc jaką on oferuje! Mozna biwakowac- wprawdzie w jednym wyznaczonym miejscu ale zawsze, mozna palic ogniska, mozna sie kapac w morzu, mozna zbierac runo lesne- biwakujacy nieopodal opowiadaja nam o niesamowitych ilosciach grzybow wystepujacych w tutejszych lasach, ktore oni zbieraja i potem sprzedaja turystom na lokalnych parkingach.

A my żegnamy sie dzis z morzem na dobre. Kolejny raz zobaczymy je moze za rok w Estonii. Kierujemy sie na poludniowy wschod, wgłab obwodu, w strone miasteczek i wiosek juz totalnie nieturystycznych...

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz