bubabar

wtorek, 24 marca 2015

Litwa - Lenin z irokezem czyli gdzies na litewskich bezdrozach (2014)

Plan na majówke od dawna byl jasny- powloczyc sie po ruinach i opuszczonych miejscach gdzies na wschodzie. Ma byc pokruszony beton i wsrod chaszcza mozliwosc odnalezienia sladow przeszlosci. Poczatkowo planowalismy obrac kierunek na srodkowa Ukraine. Niestety ze wzgledu na rozne wczesnowiosenne wydarzenia troche nam sie zbiesila ekipa i ostatecznie odmowila wyjazdu w ta strone.. Acz moze odrobine racji w tym bylo, że ze wzgledu na dosc specyficzny charakter wyjazdu lepiej bedzie z nim troche poczekac? Mielismy w planie tam odwiedzic stare fabryki i opuszczone osiedla, dawne zamkniete "numerowane" miasta, bunkry, lesne bazy i poligony, przypuszczalnie nieuzywane ale nie na 100%. Turysta czesto w takich miejscach nie jest mile widziany przez sluzby mundurowe, a teraz faktycznie moga byc ciut bardziej przewrazliwieni. A skoro ostatnio kilka razy na roznych forach internetowych bylam podejrzewana o bycie ruskim szpiegiem, to tym bardziej moglabym taki bezpodstawny zarzut uslyszec nakryta z aparatem w tajnej bazie ;) Stanelo wiec na powrocie w kraje bałtyckie, gdzie zostalo kupe niezrealizowanych planow z zeszlej majowki. Piatkowym popoludniem ruszamy w kierunku Torunia gdzie dzis spimy u Ziuty. Wieczorem mala imprezka z ziutowymi sasiadami. Od Marioli udaje sie pozyskac cztery butelki przepysznych nalewek, malinowe i aroniowe. Bedzie sie czym rozgrzewac w zimne lotewskie noce. W sobote suniemy do Olsztyna po Grzesia. W Ostródzie odnajdujemy uroczy domek gdzie toperz w dziecinstwie spedzal wakacje u babci.

Kawalek dalej jakis sfrustrowany tirowiec zalewa sie zolcia ze smiemy przez CB wypowiadac inne zdania niz "miski stoja na wylotowce" bo wedlug niego to jedyne dozwolone komunikaty. W Augustowie idziemy na obiad do knajpy "Albatros".

Grzes gdzies o niej czytal ze panuje tam "klimat rodem z PRL". Gdy wchodzimy do knajpy odnosimy wrazenie ze wystroj zdecydowanie juz dawno sie zmienil, ale natychmiast co innego przykuwa nasza uwage. Jedna z grup zajmujacych dlugi stol odmawia na glos modlitwy. Leca po kolei "zdrowaśki" w ilosci kilkanascie, potem "Ojcze nasz", "wieczny odpoczynek". Eeeeeeeeeeeeee..... Grupe tworza osoby w roznym wieku, od nastolatkow po staruszki. Nie jedza , nie pija, nie rozmawiaja, tylko monotonnym glosem powtarzaja te same slowa jakby dawno wpadli w trans. Zaczynami sie czuc troche nierealnie. Nieco zdziwieni niecodziennym klimatem zamawiamy specjalnosc knajpy- zawijaniec po augustowsku (mieso w ciescie, z zoltym serem i grzybami). Hura! jest tez kompot! Czas mija a grupka obok nie przestaje sie modlic. Zastanawiamy sie czy to nie jakas pielgrzymka z racji kanonizacji papieza, ale kelnerka twierdzi ze to stypa. Inni goscie sa nie mniej zdumieni jak my. Weselnicy zamykaja sie w sasiedniej sali i podkreca muzyke. Grupa mlodziezy przy barze zanosi sie od smiechu. Dla mnie to wszytsko trąci profanacja- dziwnie tak przezuwac kiszona kapuste w rytm zdrowasiek.

Grzes opowiada kawal: "Rozmawiaja dwie kolezanki: - A u mnie w domu to sie modlimy przed kazdym posilkiem. - A u nas sie nie modlimy. Mama dobrze gotuje" Gdy po prawie godzinie wychodzimy z knajpy, religijna grupa tez sie zaczyna zbierac. Ubieraja kapoty, zasuwaja krzesla. Moze teraz ida do kosciola cos zjesc. Zmierzamy na jedno z mniejszych przejsc granicznych z Litwa jakie udalo sie wypatrzec na mapie, za wioska Berżniki. Pylista szutrowa droga prowadzi w las. Jedziemy dosc dlugo lesnym tunelem az w koncu ukazuja sie slupki graniczne i podniesiony szlaban.


Przy drodze stoi tez wielka tablica wywalona tu chyba za unijne pieniadze. Jej glownym celem jest wprowadzenie w blad turystow. Kropka "tu jestes" jest zaznaczona nie przy tej drodze co trzeba tylko droge wyzej. "Aby wrog sie zmylil?"

Za granica zaczyna nam sie konczyc dzien wiec szukamy miejsca na biwak. Szukamy po lasach i nad jeziorami. Wioski, ogrodzone pastwiska, podmokłe łęgi i za cholere zadnego dogodnego miejsca zeby postawic namioty i auta. Zaraz bedzie ciemno a my w czarnej dupie. Misiek odbija w boczna droge sie rozejrzec ale trafiaja do czynnej zwirowni. Postanawiamy zawrocic i w ostatniej wiosce zapytac sie o mozliwosc zanocowania nad jeziorem albo u kogos w ogrodzie. Celem zawrocenia toperz wjezdza w boczna drozke i naszym oczom ukazuje sie ogromna wiata, podparta duza iloscia poskrecanych korzeni.


Obok jest znak parkingu i pola namiotowego, kibelek, zejscie do wody, miejsce na ognisko..

I zamknieta chatka- moze w sezonie jest tam bania?

Wszystko pod czujnym okiem Adama i Ewy.

To sie nazywa "miec wiecej szczescia niz rozumu". Gdy skaczemy z radosci jest juz calkiem ciemno. Wieczorem ognicho i jakos wogole nie ma amatorow nocnych kapieli w pobliskiej rzeczce.

Rano troche popaduje, ale spokojnie zjadamy sobie sniadanko we wiacie. Za chatka odkrywam łączke pelna mleczy wiec zaraz mieszam je z przywiezionym jeszcze z Bytomia czosnkiem niedzwiedzim i posypuje kanapki.


Pylistymi drogami suniemy w strone Petroskiai.



Po drodze odpada nam wycieraczka. Proby jej ponownego osadzenia we wlasciwym miejscu spelzaja na niczym. Ostatecznie chlopaki wymyslaja zeby ułamany fragment wziac z tylnej wycieraczki ktora jest zdecydowanie mniej potrzebna.

Dzis planujemy odwiedzic specyficzne muzeum kolo Druskiennik- Park Grutas.

Jest to istniejaca juz kilkanascie lat prywatna kolekcja pomnikow i płaskorzezb, sa tez mozaiki, proporczyki i inne bibeloty zwiazane ze Zwiazkiem Radzieckim i litewska SRR. Wlasciciel w latach 90tych skupowal eksponaty masowo usuwane z miast w calym kraju. Jak dla mnie pomysl i rozwiazanie rewelacyjne. Pomniki nie stoja juz w centrach miast i nie kłuja w oczy wrogow minionego ustroju, a jednoczesnie element historii zostal ocalony przed zniszczeniem. Dzis ponoc miejsce budzi jeszcze sporo kontrowersji ale zapewne czas bedzie dzialal na jego korzysc i za 50 lat zebrane eksponaty nie beda juz budzic tak skrajnych emocji. Tak jak dzis chyba juz nikogo nie bulwersuje przebieraniec w krzyzackim plaszczu oprowadzajacy turystow podziemiami Malborka.. Pałętamy sie wiec podmoklym lasem mijajac znane i nieznane twarze, w rozmaitych pozach i nakryciach glowy.






Jedna rzezba przypada mi wyjatkowo do gustu. Jako jedyna jest drewniana, teraz lekko omszala i jakos lepiej sie komponuje z lasem niz grubo ciosane bryly z betonu.

Jest tez "ogon wieloryba" ktorego zesmy sie tutaj calkiem nie spodziewali ;)

Czescia ekspozycji sa tez wiezyczki straznicze otoczone drutem kolczastym,stylizowane na dawne łagry. Na jednej z nich wisi kamera. Zupelnie jak te wszystkie kamery monitoringow obserwujace nas okiem wielkiego brata we wspolczesnych miastach, wsiach i lasach..Przypadek to czy sprytne celowe polaczenie? A moze tylko moja nadinterpretacja?

Na terenie muzeum jest tez kilka zadaszonych pomieszczen gdzie wyeksponowano obrazy i plakaty pozostajace "w temacie" Jest wiec "elektryfikacja wsi"

"powrot do rodzinnego kołchozu"

"z wizyta u chlewmistrzyni"

Warto zwrocic uwage na rozmiar świn w stosunku do ludzi. Przyrost masy chyba na 300% normy! Takie maciory to chyba tylko w Zwiazku Radzieckim ;) Jest tez jeden dziwny obraz ktory nie wiem jakim cudem sie tu zaplątal. Tytul sie nasuwa sam "Stalin z rodzina, trzeci od prawej".

Skojarzenie jest tak jednoznaczne ze chyba niemozliwe aby "dzielo" powstalo w minionych czasach i nie skonczylo sie na natychmiastowym rozstrzelaniu autora i zniszczeniu obrazu. Zwraca tez uwage plakat przedstawiajacy beztroska zabawe z widmem w tle.. Co chcial tym powiedziec autor moze byc chyba bardzo dwuznaczne i pewnie juz na zawsze pozostanie tajemnica...

Dla mniej zanteresowanych owym okresem historycznym przygotowano tu rowniez mini zoo

czy plac zabaw- rowniez dla doroslych np. wiata biesiadna dzialajaca jak karuzela. Trudno ją rozkrecic a jeszcze trudniej zatrzymac.

W sklepie z pamiatkami wzrok przykuwa obrazek przedstawiajacy Lenina z irokezem. Trzeba przyznac ze wyjatkowo mu do twarzy w tej fryzurze!

(zdjecie znalezione w necie bo moje sie sie rozmazalo ;) ) Na trasie Stakliskes- Nemaitonys- Ziezmariai wjezdzamy w droge ktora w niczym nie przypomina sympatycznych szutrowek zapamietanych z roku ubieglego kiedy przemierzalismy boczne drogi krajow bałtyckich. Ta droga przypomina twarda regularna tarke.


Nie wiem czy utwardzal ją ratrak czy wczoraj przejechaly tedy dziesiatki pojazdow gasienicowych- ale jedzie sie makabrycznie. Wszystko wpada w potworne wibracje, łacznie z zębami i mozgiem. Wyskakuje nam osadka przy stacyjce, wyskakuja wtyczki ladowarek, odkrecaja sie palniki. Misiek dzielnie pogina naprzod i po chwili ginie nam z oczu za zwarta zaslona pyłu. Skodusia nie daje rady jechac powyzej 20 na godzine a i tak mamy wrazenie ze zaraz sie wszystko rozpadnie na czynniki pierwsze. Przed jedna z wsi wjezdzamy na asfalt obficie zroszony jakims płynem.

Kawalek dalej czeka na nas Misiek i Ziutka z Grzesiem z dosyc grobowymi minami "Nie mamy hamulcow". Okazuje sie ze caly plyn uciekl i to wlasnie on przyozdobil asfalt w taki ciekawy desen. Grzes dokonuje jakiejs prowizorycznej naprawy do ktorej zuzywa moja sznurowke.

Co ciekawe - podczas gdy spod Miska wystaja tylko cztery nozki, mija nas sporo miejscowych samochodow. Zaden nawet nie zwalnia, nie wspominajac o checi pomocy czy jakimkolwiek zainteresowaniu.

Dalsze nasze losy tego dnia wyobrazalam sobie jako biwak w najblizszym rowie albo posuwanie sie naprzod na awaryjnych z predkoscia 10km/h w strone najblizszego mechanika. Ziutka jednak stwierdza ze warto pojechac dalej, dzis niedziela wiec nikt Miska nie naprawi, a brak hamulcow mozna sobie kompensowac recznym i hamowaniem biegami. Po czym wskakuje do Miska i dziarsko pogina przed siebie szescdziesiatka. I jakos zatrzymuje sie sprawnie we wszystkich miejscach gdzie jest to konieczne. Magia!! Tym samym moja wizja dzialania samochodu zostala totalnie zburzona! Planujemy szukac poradzieckiego lotniska kolo miejscowosci Rukla. Teren jednak okazuje sie byc czynnym poligonem litewskiego wojska. Znaki zakazu wjazdu w las, odmalowane koszary, ogromne ludne blokowisko. Zjezdzamy w sosnowy las za miejscowoscia, gdzie wsrod szpilkowych drzew, plowych traw i wiosennych kwiatkow wyrastaja tez z ziemi resztki betonowych budowli.



Na skraju poligonu, jeszcze po wlasciwej stronie tabliczek stawiamy namioty.



Na kolacje mamy dzis pyszne miesko z grila a potem siedzimy na cieplej jeszcze masce Miska i raczymy sie naleweczka patrzac w gwiazdy i sluchajac kwikow nocnego ptactwa.


Gdy chłod nas przegania z wyziebionych blach to rozgrzewamy sie przy ognisku, wesolo wyjac do gitary!


Noc minela spokojnie- nie strzelali, granaty nam nad namiotami nie lataly. Rankiem nad poligonem snuja sie mgly.

Dzien zaczynamy od wizyty w pobliskim miasteczku Jonava gdzie bardzo sprawnie udaje sie naprawic Miśka. Wprawdzie owemu zakladowi daleko do klimatu warsztatu Eryka ze Skrundy (a i do bani nas nikt tu nie zaprosil ;) ) ale maja wielkiego plusa za skutecznosc i przystepne ceny.

Biorac pod uwage miasto i dwupasmowa szose to mamy na niej calkiem sympatyczne towarzystwo!

Dzis znów pyliste drogi (ale juz bez tarki ;) ) i wioski o drewnianych domkach z rzezbionymi okiennicami, ganeczkami i cienistymi sadami. Slonce, baranki oblokow na niebie, zolte dywany kwiatow i chrzeszczacy w zębach pył- sezon letni mozna uznac za otwarty!!






Przy drogach czesto mozna spotkac rozne drewniane rzezby


Dzis szukamy dwoch poradzieckich baz ukrytych w lasach pod Ukmerge. W pierwszej napotykamy kilka zachowanych hangarow. Szkoda ze jest wczesna godzina bo swietnie by sie nadaly na nocleg.




Zdjecie nawiazujace do tego sprzed roku- prawie tak samo acz w mocno okrojonym skladzie.

dla przypomnienia- Łotwa -kwiecien 2013

A zakazy sa po to aby je łamac.

W drodze przez malutkie wioski do kolejnej bazy szuter powoli zamienia sie w piach. Mily, wygrzany, pylisty i szczesliwie udaje sie nie zakopac w nim skodusi, choc buty miejscami grzezna po kostki.



Druga baza jest mocno zniszczona, widac aktywnie jest rozbierana i przerabiana na tłuczeń. Zachowalo sie troche hal , z czego najfajniejsze sa resztki dawnych zakladow remontowych, z duza iloscia czytelnych napisow.



A potem dla odmiany autostrada, prawie zupelnie pusta.

A przy niej jakies napisy. Jak to lokalna wersja reklam to nawet mi sie podoba!

Popoludniem odwiedzamy wujka Ziuty ktory mieszka w wiosce pod Poniewieżem i robi pyszne domowe wino. Wujek jest emerytowanym wojskowym, wyluskuje z szafy rozne czesci dawnego munduru i pozwala poprzymierzac. Mnie najbardziej przypada do gustu czapka.

Pokazuje nam rozne stare zdjecia, gdzie Ziutka znajduje swoja babcie, pradziadkow a nawet jakies zablakane zdjecie ze swojego dziecinstwa. Ktos z rodziny musial sie naprawde interesowac fotografia bo jeszcze sie nie spotkalam aby ktos mial z lat 20 tych takie opasle tomiska zdjec! I bardzo ciekawie podswietlone, portrety tak wyrazne ze dzis malo ktory aparat by sobie z tym poradzil. Sa tez albumy z lat pozniejszych - z imprez domowych i plenerowych, polowan i łowisk czy powaznych spojrzen znad wojskowego biurka. Tutaj jakosc zdjec drastycznie spada ale sporo mozna nadrobic klimatem. Sa czapki uszanki, musztardowki pelne napoju, obgryzione ryby na stolach, harmoszki, sniegi po pas i łowienie ryb spod lodu. Jak gdzies z glebi syberyjskiej tajgi a nie pobliskiej Litwy! Nie chcac sie narzucac wujkowi i tworzyc krepujacych sytuacji zegnamy sie wieczorkiem i jedziemy w lasy szukac dogodnego miejsca do spania. Nie pomaga temu bliskosc duzego miasta i upiornej drogi Via Baltica. To jedyna droga w tych krajach na ktorej czuc tłok, pospiech, potworna nerwowosc. Wyprzedzanie na czwartego, piski hamulcow i klaksonow, tiry przyklejone do tylnego zderzaka i samochody "mieszczace" sie na grubosc lakieru. Pozostawiajac za soba ta szara asfaltowa nitke nasycona zlymi emocjami, skrecamy w pyliste boczne trakty, ktorych glownosc niepozwala na zlokalizowanie na mojej malo dokladnej mapie. I znow drogi pelne zapachu igliwia, spiewu ptactwa i odglosow gradu kamyczkow dzwoniacych w karoserie. Znow wszystko pokrywa sie polcentymetrowa wartswa pylu. Znow czuje ze wracam do mojego swiata. Na jakims skrzyzowaniu wsrod niezidentyfikowanych wiosek pytamy miejscowych o sugestie miejsca pod namioty. Nie bardzo kojarza cos takiego, drapia sie w glowy, opowiadaja cos o drodze tysiaca zakretow majacej nas doprowadzic na jakis polmityczny kemping. Na szczescie do rozmowy wtraca sie dziadek: "a w lesie to wy nie chcecie spac?". Jasne ze chcemy, o to wlasnie nam chodzi. "Jezdzie tam w las, tu za 50 m jest taka zatoczka przy drodze- to chyba dobre miejsce". Pytam czy nie bedziemy tam nikomu przeszkadzac, czy nikt nas nie wyrzuci. Miejscowi tocza po nas zdumionym spojrzeniem. Ciezko wyzbyc sie polskiego zwyczaju ciaglego chowania sie po krzakach i wypatrywania z ktorej strony ktos ci wlepi mandat... Noc nastaje pogodna i zimna, zapasy nalewek topnieja w oka mgnieniu.



Do snu ukladamy sie na miekkim igliwiu a gdzies w oddali ujadaja wiejskie psy. Dzis mamy w planach przekroczyc juz (albo dopiero ;) ) granice z Łotwa. Jedziemy wiec na polnoc, w kierunku Vabalninkas, znow mijajac rozsiane po polach wioseczki.



Drogi zazwyczaj sa puste ale nagle pojawia sie na horyzoncie zwarta sciana piachu- to zapychajaca z duza predkoscia ciezarowka. Jak sie potem okazuje nasze reakcje byly zgola odmienne- Ziuta z Grzesiem natychmiast zakrecili okna a ja wyskoczylam ze skodusi aby w pelni poczuc zderzenie z obłokiem pylistosci. Wrazenie rzeczywiscie niezapomniane. Nie wiem czy mozna to uznac za namiastke pustynnej burzy piaskowej ale przez chwile to calkiem swiata nie bylo widac ;)


Gdzies za Satkunai z monotonnej rowniny pokrytej niska zabudowa wyrastaja dwie ogromne baszty. Sa to chyba jakies silosy opuszczonego kołchozu. Tzn nie tak do konca opuszczonego bo zasiedla go rodzinka boćkow.




Chwile lazimy po zapomnianych halach gdzie znajdujemy resztki gruzawika

a nawet udaje sie wlezc do wnetrza silosa gdzie sporo ptactwa zalozylo sobie gniazda. Wszystkie sa zdecydowanie zdumione naglym najsciem nieproszonych gosci i roznorodny swierkot i kląskanie oburzenia odbija sie echem o obłe sciany silosa..

Ostatnia mijana litewska miejscowoscia jest Kvetkai.


Mozna tu spotkac sporo budynkow ze scianami z kolorowych kamieni


Jest tez bardzo mily kosciolek



a na dzwonnicy dzwonek o przedziwnej konstrukcji

Doslownie kilka metrow od mostku na granicznej rzece Nereta stoi domek. Jest otwarty ale chyba nie do konca opuszczony. Widac ze czasem ktos tu pomieszkuje. Ciekawe czy dawniej sluzyl pogranicznikom?




A dalej wkraczamy juz na łotewski szuter...



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza