bubabar

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

O dobrym i złym miejscu - pałacyki koło Góry (2019) cz.2

Pod wieczór zawijamy do miejscowości Kłoda Wielka. Na mapie jest oznaczony pałac, wiec skoro juz przejezdzamy niedaleko to zboczymy sobie ten kilometr czy dwa. Pałac w Kłodzie Małej zwiedzaliśmy juz rok temu.

Juz na bocznej drodze w strone tej wioski zaczyna być jakos nieco dziwnie. Mija nas auto wypełnione ludzmi w róznym wieku. Ktoś sie wychyla z okna i coś nam pokazuje. Pomyśleliśmy, że może nam cieknie ze skodusi albo sie coś urwało? Gdy sie zatrzymujemy, jeden z kolesi zaczyna nam wygrażać, a jego dość agresywny monolog jest pozbawiony jakiejkolwiek myśli przewodniej, wskazuje jedynie na jakąś głęboką wewnętrzną frustracje i nienawiść do otaczającego świata. Nie ma z kim gadac, jedziemy dalej. W tylnym lusterku widzimy, ze koleś wraz z ekipą dają upust swoim emocjom waląc butelkami w przydrożne drzewo. Kawałek dalej jakichś dwóch gości przewala sie na granicy rowu. Początkowo myślałam, ze jeden pomaga drugiemu wstać ale chyba jednak sie bili. Albo jedno i drugie? Albo sami nie wiedzeli? Ech… te sobotnie popołudnia na cichej i spokojnej wsi dolnośląskiej ;)

Poszukiwany pałac okazuje sie być zamieszkany.



Obok kilka stodół w różnym stanie zawalenia.



Toperz stwierdza wiec, że nic ciekawego tu nie ma i oddaje sie wyciagnietej spod fotela lekturze. Ja ide troche sie rozejrzeć i poczuc lokalnego klimatu. A jak sie okazuje - jest on szczególny. Takiego miejsca, tak naładowanego złymi emocjami, jeszcze chyba nie trafiliśmy na naszych pałacykowych trasach. W powietrzu aż coś iskrzy.

Mijam pałac, mijam zabudowania przypałacowe, mijam inne domy. Z jednego z otwartych okien słysze kłótnie. Facet i babka. Młodzi raczej. Chyba para pozostająca (póki co) w związku. Poszło o polityke. Jak widac zdania na temat miłości do wiodących partii są w tej rodzinie podzielone. Latają przedmioty i solidne bluzgi. Ostatecznie dochodzi do rekoczynów, które o dziwo rozpoczyna kobieta. Po chwili sa już tych wrzaski i tumulty. Spadam spod tego okna bo zaraz mi na łeb wyleci jaki telewizor - jako głowny sprawca zamieszania i nasycania przestrzeni propagandą jednej lub drugiej strony…

Nieopodal dwóch kolesi zajmuje sie jakąs maszyną. Wokół kręci sie chłopiec w wieku wczesnoszkolnym. Coś chyba przeszkadza starszym, bo najpierw na niego wrzeszczą a potem młody dostaje przez plecy grubą, metalową rurą. Aż w chłopaku coś jękło w srodku.. Widac metoda skuteczna bo czmychnął w krzaki i panowie mogą dalej szarpać za maszyne w spokoju...

Kawałek dalej na werandzie siedzą dwie starsze panie i takowy tez pan. Na stoliku kawka, ciasteczka, piwko. Ciepłe popołudnie, jedno chyba z pierwszych w tym roku, tchnących prawdziwie wiosną. Słoneczko powoli zachodzi, a ptactwo w zaroślach wydziera dzioby. Sielanka zdawałoby sie… Otóż nie.. Owa trójka nie słucha ptaków, nie chłonie ciepłych promieni słonca, nie cieszy sie złocistym napojem z butelki… Zrzędzą. Klną. Kłócą sie. Jedna babcia zrzuca drugiej ze stolika ciasteczka. Tamta puszcza wiązanke, która była tak dopracowana, ze babcia chyba układała ją przez całe swoje, 80 letnie życie. Taka wiązanka, aby zmieszać kogoś z błotem, a nie uzyć żadnego zbędnego słowa. Aby kazde użyte słowo było obraźliwe. Az żałuje, ze nie zapisałam. Co sie k… tu dzieje w tej wsi? Az sama przestaje potrafić myśleć bez bluzgów.. Do wody tu cos dodali? W powietrze spuścili? Jakis kurde eksperyment?

Wycinana drewniana weranda pałacowa...


Gdzies powiewa pranie. Wydawałoby sie, ze sielsko i spokojnie? Otóż nie... nie tu...


Postanawiam zajrzeć pod pałac z drugiej strony. Ładnie oświetla go słonce, szemrze strumyczek, po starych ścianach pna sie bluszcze. Tu ludzi jakos nie słychać, jakos wsrod przyrody sympatyczniej...






Przez mały ciek wodny przerzucona jest kładka. Na kładce kotek. Robie mu zdjęcie, wołam kici kici. Kot syczy i rzuca sie - próbuje mnie ugryźć w kostke! Na szczescie (moje) trafia na gruby, skórzany but z metalowymi skuwkami. Mam czas podnieść kija, który wzbudza w kocie szacunek. Kurde co to za miejsce? Nigdy w zyciu jeszcze kot sie na mnie nie rzucił! Pies nie raz, ale kot?? I to jeszcze zupelnie nie zaczepiony, bo ani go głaskac nie próbowałam, ani brac na rece, ani przepędzic. Nic z tych rzeczy. On zaatakował. Naprawde cuda jakieś… Taaaaa… a "najlepsze" ma dopiero nadejść… ;)



Ide jeszcze zrobic zdjecie pałacu przez staw. Bedzie chyba najładniejsza fotka dnia. Staje na brzegu drogi, potem na kawałku przydrożnej trawy. Nie właże do cudzego ogródka. Nic z tych rzeczy.




Przed jednym z domów odbywa sie grill. Bardzo hałaśliwy i chyba niezbyt pogodny, jak przystało na tę miejscowość… Jakiejś kobicie nie podoba sie, że robie zdjęcia pałacu i na głos wyraża swoja głeboką dezaprobate do moich poczynań. Nie reaguję. Pstrykam jeszcze pare ujęc, chowam aparat. Kątem oka widze, ze narwana baba wychodzi z ogrodu i zmierza w moją strone bluzgając w sposób przyjety i modny w okolicy. Wsadzam reke do kieszeni, tam gdzie trzymam gaz. Czekam na rozwój wypadków. I postanawiam sie pobawić :) Kobita jest młoda, góra 20 lat. O dziwo nie czuć od niej alkoholu. Jednak cała twarz jest przepełniona złością i nienawiścia, dla zasady i do wszystkiego. Zaczyna klasyczną mowe przestawicieli tego gatunku, która zawiera pytania retoryczne dotyczace tego kim jestem i skad sie tu wzialam, itp. Wyraza rowniez głeboką dezaprobate dotycząca mojej tu obecnosci oraz porady od serca dotyczace tego, ze powinnam sie szybko znalezc gdzie indziej, jak równiez obietnice, zwiazane z tym, co nastapi jak tego nie zrobie. Nie odzywam sie, patrze na nia wzrokiem najbardziej cielęcym jaki potrafie z siebie wygenerowac. Uśmiecham sie uśmiechem debila. Mówie “yyyyyyy” i usmiecham sie dalej. Babe nieco zamurowało. Ciekawe jest obserowac reakcje ludzkie, w momencie gdy rzeczywistosc ich zaskakuje i nie mieści sie w ich przewidywaniach. Baba próbuje krzyczeć jeszcze głosniej i machac rekami, a nawet od czasu do czasu mnie potrącac. Gdy juz zaczyna jej sie nieco łamać głos, pewnie od nadmiaru wrzasku i emocji, zaczyna pochrząkiwać i kaszlec. Ostatecznie cedzi przez zaciśniete usta “Nie rozumiesz k…???” Ja sie uśmiecham, mówie “yyyyy”, zrywam kwiatka i jej daje. Lewą ręką oczywiscie, bo prawą cały czas trzymam w kieszeni na gazie.. Zdziwienie, zaskoczenie na twarzy kobity, zaczyna nieco przechodzic w przerażenie. Tak jak stała metr ode mnie to daje kilka kroków w tył. Dopiero teraz zauważam, ze na pobliskiej bramie wisi widownia, chyba reszta uczestników owego, niezbyt udanego grilla. Koleś z kiełbaską w rece sie śmieje. “Aśka, ty chyba z niemową rozmawiasz. Ta babka jest chyba jakas upośledzona, zresztą zobacz jak ona wygląda! Teraz dużo takich wariatów sie po wsiach i miastach włóczy. Mówili nawet w telewizji o tym. Takie czasy. Lepiej ich zostawic w spokoju, bo szlag wie do czego sa zdolni. Albo kto ich przysłał.. Daj spokój Aśka bo sobie i nam problemów narobisz. Tamta jak przylazła to i pójdzie”.

Drugi koleś, chyba chłopak rzeczonej Aśki nie moze podarowac sobie okazji. “ Ha ha! Produkujesz sie, krzyczysz i wszystko na darmo. Jakbys do drzewa gadała, ha ha ha! Zreszta kto ciebie by chciał słuchac, ha ha ha”. Aśka chyba idzie przypierdzielić chłopakowi. Bo zza pleców znów słysze bluzgi i odgłosy szamotaniny. Nie ide juz dalej zwiedzac tej wsi. Wracam do skodusi. Szybkim krokiem przemierzam brukowaną ulice w ostatnich promieniach zachodzącego słonca. Mijam duzym łukiem wygrzewajace sie przy drodze koty. Nie podnosze wzroku na jakiegos dziadka, który cos do mnie bełkoce zza furtki.

Ręke z gazu spuszczam dopiero jakies 10 km dalej…

Tak jak wszystko na świecie chyba musi mieć jakaś harmonie i przeciwwage, to miejscowość kipiąca od złych uczuć i wściekłości - też. Kolejnego dnia zajeżdzamy do Radoszyc. Tu tez szukamy pałacyku. Na mapie napisali "ruiny pałacu". Tu tez wysiadam ze skodusi sama i zaczynam sie rozglądać i łazić po wsi jak dziecko we mgle. I jakże tu jest inaczej! Zagaduje mnie dziadek: “Czego tu dziewczynko szukasz? A??? Pałac chcesz zwiedzic. Ojej.. To tu u nas chyba nie ma pałaców. Ale wiesz, niedaleko jeden jest. Jak to sie ta wies nazywala? Ajjj, nie pamietam. Czekaj! Zadzwonie do wnuczka!”. Dzwoni. “To Chobienia. Pojedziesz o tam i tam dalej zapytasz. Tam jest duzy pałac. Spodoba ci sie”. Inny chłopak wskazuje ruiny wsrod drzew. "Tam jest nasz pałac. Niedawno tam jeszcze mieszkali ludzie, ale dali im mieszkania zastepcze, moj kolega tam mieszkał, zaraz po niego pójde to moze was oprowadzi”. Rzeczony kolega zjawia sie po 5 minutach. W pałacu spedził dziecinstwo. Ponoc udane. Całymi dniami horda dzieciaków biegała po parku, po piwnicach i strychach. Najwiekszą atrakcja były bunkry za domem. Ponoc dwa. “Nie dosc, ze takie tajemnicze miejsce to jeszcze babcia tam wino trzymała. Ech to były czasy!”. Chłopaczek nie ma czasu nas osobiście oprowadzać, spieszy sie do koscioła. Ale tłumaczy dokladnie połozenie “bunkrów”, zacheca aby wejsc do srodka pałacu i porobic zdjecia pieców. “Jak wpadaliśmy zimą do stawu, bo ślizgalismy sie tam gdzie starsi nie pozwalali, to potem przy tych piecach sie suszylismy!”. Gdy rozmawiamy przychodzi łaciaty kot. Mruczy, ociera sie o nogi. Chłopak daje mu krówke. Kot długo walczy ze sklejonym pyszczkiem, ale chyba duzy z niego łasuch.

Jak potem wyczytałam w necie to ten budynek, ktory zwiedzalismy nie był pałacem a jakims domkiem rządcy albo coś w ten deseń. Ale czy to ma znaczenie? Grunt, że miło spędziliśmy tu czas.

Zabudowania przypałacowe z malowniczą wieżyczką chyba ktos kupił i cos bedzie budował. Leży duzo kostki.



Główny budynek siedzi w zaroślach.





Skrzypiące schody prowadzą na piętro. Tam były mieszkania.



Parter sprawia wrażenie raczej bydlęce.


W wielu opuszczonych wnętrzach panuje jakis smutek. Czasem jest przygnębiająco albo wręcz strasznie. Tu wyjątkowo nie.. Ma się wrażenie, ze mieszkający tu niegdys ludzie byli szczęśliwi. I troche tych dobrych emocji pozostało wśród starych ścian. Jest to miejsce gdzie nie miałabym obaw zostac na noc. Bo nawet jakby jakies duchy przyszły, to chyba tylko po to, aby sie zaprzyjaźnic! :)


Ścienne klimaty...




Akuku!


Chyba ktoś bardzo dbał o zęby! Jaki zapas pasty zrobił!


Piece. Te, do których tuliły sie mokre dzieciaki.




A tu pewnie sie ślizgali i wpadali po uszy.


A tu ów bunkier, lodownia czy piwniczka na wino. Dziwna konstrukcja, taka kopuła z cegieł. Wino juz niestety wypili...








Niektóre przypałacowe zabudowania są wciąż zamieszkane.




2 komentarze: