bubabar

poniedziałek, 6 lipca 2026

Biwak nieopodal PKP Nowa Ruda Zdrojowisko (2026)

W piątkowy wieczór zatrzymujemy się na nocleg przy linii kolejowej, gdzieś pomiędzy Nową Rudą a Jugowem. Blisko stąd do zamieszkałych zabudowań, ale miejsce jednocześnie sprawia wrażenie takiego na uboczu - zatoczka przydrożna wykładana trylinką, po obu stronach drogi opuszczone budynki sporych rozmiarów, a wszystko gęsto otulone zielenią.


Od XIX wieku działało tu uzdrowisko - sanatorium z wodami mineralnymi. Po wojnie początkowo budynki też były wykorzystywane jako Dom Zdrojowy, gdzie przyjeżdżano na wczasy i kolonie. Potem mieściła się tu szkoła. Od kilkunastu lat teren jest opuszczony i na chwilę obecną już totalnie wypatroszony. No ale nie wypada nie zajrzeć - skoro już tu jesteśmy :)

Lekko uchylona brama zdecydowanie zachęca i przywołuje wędrowca w swoje progi.


Cały gmach pożera roślinność. Aż cieżko uwierzyć jak przyroda szybko się rozrasta, gdy tylko przestać jej przeszkadzać. Oglądałam zdjęcia tego miejsca sprzed 10 lat i tam było totalnie goło!!!


Przedzieramy się przez wysokie trawy - i nagle wszyscy w trójkę podskakujemy do góry jak ukłuci szpilką! Bo cisza, spokój, teren spowity jedynie przez przyrodę - a tu nagle głośny, mechaniczny dźwięk! Jakby alarm?? Syrena??? Co to u licha?? Donośne "pi pi pi". A to przejazd kolejowy się odzywa, gdy zbliża się jakiś skład. Nie wiem czy szlaban tak śpiewa czy inny semafor, ale żaden pociąg, niezależnie jakby się starał, nie ma szans pojawić się niezauważony. Wyprzedzając nieco fakty - szczęśliwie w nocy tu nie śmigają i nie mieliśmy co chwilę pobudki.

Wejście do budynków nie nastręcza trudności. Drzwi szeroko otwarte zapraszają wszelakich gości. Najciekawsza wydaje się tu ogromna sala, z otaczającymi ją balkonami. Wiszący kosz i podwyższenie typu scena sugerują, że za szkolnych czasów pewnie była tu sala gimnastyczna i może coś na kształt auli?


Chodząc balkonikiem zaczynam się czuć jakby to jednak był kościół ewangelicki? Półkoliste okna i ten krużganek wokół kojarzy się z miejscami o zgoła innym przeznaczeniu.


Niektóre schody są kręcone i sprawiają wrażenie nieco wiszących w niebycie, ale szczęśliwie nie ulegają zawaleniu pod naszymi ciężkimi kuprami. Na wszelki jednak wypadek wchodzimy pojedynczo na newralgiczne kawałki konstrukcji.


Te ciut solidniej się prezentują.


A te skrzypią na różniste melodie (w zależności od wędrującego po nich obciążenia), no i mają ładne barierki, które jakimś cudem ostały się z dawnych lat.


Widoki z okien niższych pięter to bezmiar zieleni.


A z wyższych to nawet jakieś pagóry widać!


Słomopodobna okładzina ścian wylazła na powierzchnię i wygląda jak ciekawa stylówa ;)


W większości pomieszczeń znajdziemy już tylko szeroko zakrojoną rozpierduszkę...


Czasem pod nogi wpadnie jakiś formularz z czasów szkolnych.


Pozostałości ściennej mapy.


Jest jeszcze drugi opuszczony budynek, acz on wyraźnie służy lokalsom za miejsce zwożenia śmieci, więc jakoś nie mamy wielkiego parcia na jego dokładniejsze zwiedzanie...


Dość wcześnie kładziemy się spać. W nocy wstaję do kibelka i szok - jest jasno! Przy drodze stoją 3 całkiem nowe latarnie! Nie zauważyliśmy ich wcześniej. Ja pierdziuu! Tego to się nie spodziewałam! Myślałam, że jakaś boczna droga, maleńka stacyjka na końcu świata, zarastające zielskiem, zapomniane ruiny, a tu dup! oświetlone jak w centrum miasta! Szczęśliwie gęste drzewa nas nieco osłaniają, więc nie wali reflektorem do busia i prosto w oczy. Ale mam wrażenie, że paniczny lęk ludzi przed ciemnością i zaśmiecenie światłem każdego terenu - mocno się nasila ostatnimi czasy. Coraz trudniej znaleźć ciemność. No więc my, na tym wyjeździe, będziemy jej szukać pod ziemią ;) Ale o tym w kolejnych relacjach....