bubabar

sobota, 24 października 2026

Gdzieś nad Łyną cz.6 (2026) - Wielochowo, Nerwiki, Pieszkowo

Zmierzamy nad Jezioro Wielochowskie. Trasa przez pełne jezior Mazury skończyła się nam już dwa lata temu. Teraz każdy tego typu zbiornik to rzadkość, więc i wielka radość! Początkowo był plan noclegu na jego północnym krańcu, gdzie znajduje się niewielki rowerowy MOR z wiatą i miejscem ogniskowym. Brzmiało to bardzo dobrze. Z niewiadomych przyczyn poszliśmy jednak obejrzeć główną plażę od strony południowej i o zgrozo wszyscy (oprócz mnie) zgodnie zakrzyknęli, że tu zostajemy. Mnie początkowo miejsce kompletnie nie przypadło do gustu - trochę jakby biwakować w miejskim parku. Nad jeziorem, na pomostach i ławeczkach, roiło się kupę ludzi - młodzieży, emerytów, pieskowców. Maj, środek tygodnia - a takie tłumy? O kąpielach na golasa to można zapomnieć. I jeszcze wszędzie jakieś tabliczki z zakazami. Piotrek został wydelegowany, aby obczaić tamten MOR. Pojechał rowerem na północny kraniec i wrócił twierdząc, że "tam jest do d...", więc już bezapelacyjnie stanęło, że zostajemy tutaj. No trudno. Kolektyw decyduje - głosów 5 kontra 1.

Osiedlamy się koło wiaty, więc można powiedzieć, że nie w parku miejskim a na skraju parku miejskiego, co jest okolicznością w pewnym sensie łagodzącą.


Za wiatą rozciąga się ogromna łąka, na mapach opisywana jako "pole namiotowe". Część osób rozbija się tutaj, inni bliżej wiaty.


Oddalam się nieco od głównej plaży w poszukiwaniu jakiegoś miejsca na kąpiel.


W końcu udało się znaleźć dziką zatoczkę kąpielową przy jakiś starych łódkach. Miejsce ukryte wśród trzcin i trochę zabagnione, ale zaciszne i bez zbędnych gapiów. Od tego momentu humor mi się bardzo poprawił :)

Wraz z obniżającym się słońcem i spadającą temperaturą wieczorni spacerowicze wracali do Lidzbarka. Czas wybitnie działał więc na naszą korzyść. O zachodzie słońca zostaliśmy nad jeziorem już praktycznie sami.


No i jeszcze były chrabąszcze! Cała masa. Człowiek siedzi i co chwile coś go "pac!" w łeb. Albo co gorsza w nos! W nocy też mnie budziły kilka razy zderzając się z namiotem.


Popołudniem do ekipy dołączył Pudel. Jechał 19 godzin, korzystając wyłącznie z pociągów osobowych - przygoda sama w sobie. Raczy nas więc opowieściami z owej ciekawej podróży, np. o nocnym zwiedzaniu poznańskich knajp.

Dzisiejsza ekipa w komplecie. Sztuk 7. (zdjęcie Pudla)


Resztkę Kaśkowego bimbru zagryzamy pysznym sałem :)


Wieczorne ognisko należy do bardzo udanych.


Poranek jest słoneczny i przyjemny. Noc też była ciepła. Pudel nawet nie rozstawiał namiotu tylko rozłożył się w wiacie.


Tafla jeziora jest idealnie gładka, bez jednej falki czy zmarszczki - tak jak uwielbiam najbardziej. Oczywiście idę popływać :)


Mamy okazje poznać grupę pań z lokalnego klubu morsów. W tym roku jeszcze w kwietniu był lód na jeziorze (ach to ocieplenie klimatu!) i można było morsować w przeręblach, co ponoć jest największą atrakcją dla sympatyków tej aktywności.

Potem się okazuje, że poranek był za upalny... Faktycznie było tak miło i ciepły, że aż trochę podejrzane. Stopniowo robi się coraz bardziej lepka duchota, nałażą chmury i przychodzi burza. I nagle robi się lodowato! Długo przeczekujemy w wiacie a już niestety nie ma kasinego bimbru na rozgrzewkę.


Jakaś poważna rozkmina nad mapą - układanie dalszego planu wędrówki. (zdjęcie Bozi)


Nasza trasa wiedzie na północ, mijając to drugie biwakowisko nad jeziorem. Ciężko powiedzieć czy jest tu jest ładniej czy brzydziej, ale napewno bardziej kameralnie. Minusy jednak też były - zdecydowanie mniej dogodnego miejsca na namioty.


Jest tu też tojtoj - z czerwoną srajtaśmą! Takiej jeszcze nie widziałam!


Krótka przerwa i suniemy dalej. Pojawiają się pagórki...


...i szerokie przestrzenie.


Kilka ładnych zdjęć na falistych drogach porobiła nam Bozia.


A potem wkraczamy w lasy.


Między Wielochowem a Nerwikami jest pas bunkrów, które występują głównie na mapie Szymona. W terenie znajdujemy tylko jeden, a raczej jego niewielki fragment.


Na jednym ze skrzyżowań stoi całkiem solidna wiata. Na tej trasie zdecydowanie jest gdzie przeczekiwać ulewy.


Zbliżamy się do Nerwików.


Przez wioskę prowadzi płytowa droga, wykładana w sposób oszczędny.


Miejscowy gospodarz - miłośnik ogrodnictwa pokazuje nam swoje włości. Opowiadał również jak służył w wojsku w Dąbrowie Górniczej, zapraszał na herbatę. Mam wrażenie, że był wybitnie spragniony towarzystwa.


Tu powinien być sklepik. A może nawet kiedyś był?


Główną atrakcją miejscowości jest pałac. Kiedyś, za czasów PGRu, były w nim mieszkania i biura, ale to już melodia dalekiej przeszłości. Od dawna pałac stoi opuszczony i popada w ruinę. Obecnie widać ślady rozpoczętego i przerwanego remontu. Budynek z zewnątrz wydaje się być w całkiem niezłym stanie. Dach jest, okna całe.


Dwa ganeczki - z przodu i z tyłu budynku.


Przez piwnice udaje się dostać do środka. Tu już jednak nie ma wątpliwości, że to ruina zupełna. Dachy są kompletnie nieszczelne - widać niebo. W czasie każdej ulewy zapewne wlewa się tu wodospadem. Roślinom się ten fakt bardzo podoba - wszelaka zieleń mocno porasta ściany i podłogi. I to nie tylko mchy czy pleśnie - również chwasty większe np. pokrzywy.


Strych. Tu dokładnie widać ażurowość dachów.


Tajemnicza sprawa co to za wykopki? Jak nic świeżo rozkopana jama. Co, kto i po co tu zakopywał/szukał?


Faktury ścian.


Klatka schodowa pochodzi chyba z czasów powojennych i jest mocno obsrana przez gołębie.


Sklepu we wsi nie ma, wiaty nie ma, więc na krótki popas rozkładamy się na schodach.


Pyliste lub trylinkowe drogi mijają PGRowska zabudowę.


Szutrowe drogi prowadzą nas dalej, wijąc się polami.


W Pieszkowie oglądamy kościół, o charakterystycznej wąskiej, strzelistej wieży.


Jak tylko go zobaczyłam - to jak żywy stanął mi przed oczami obraz sprzed 9 lat. Obwód Kaliningradzki, wieś Oktiabrskoje i ruina poniemieckiego kościoła przy błotnistej drodze wiodącej przez poligon. Normalnie brat bliźniak!


Tam była ruina, w Pieszkowie jest to działający kościół i dodatkowo fajnie, że otwarty. Jest tu sufit z różnymi scenkami biblijnymi. Co ciekawe - chyba się nie powtarzają.


Można zobaczyć lekko zastawione ławkami epitafia.


Anioł podtrzymujący ambonę ma na głowie poduszkę. Chyba żeby go nie uwierało w łeb?


A święty Andrzej ma różne zachcianki.


Poza tym w Pieszkowie jest też sklep. Pod jego parasolem przeczekujemy kolejną zlewę.


Potem wychodzi słońce, a parująca wilgoć tworzy wszędzie lekką mgiełkę.


Idziemy na przystanek, ale wypisane w rozkładzie autobusy nie przyjeżdżają. Przychodzi więc nam łapać stopa. Szczęśliwie się udaje i suniemy do Górowa Iławeckiego.

cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz