bubabar

czwartek, 1 października 2026

Uwędzeni w dymie cz.1 (2026) - Zourovsky Mlyn

Nadeszła druga połowa kwietnia. Piękny czas :)


To od kilku lat ten moment, gdy wyruszamy busiem w nasze ulubione rejony Czech. Jeszcze za zimno na namiot, a już szkoda spać pod dachem kwater czy schronisk. Początek wyjazdu jest słoneczny i ciepły - choć wyraźnie widać, że zima skończyła się nie tak dawno ;)


Już po czeskiej stronie mijamy przyjemne dla oka stare, brzuchate ciężarówki.


A gdzieś w tle sterczy szpikulec Ještěda.


Tym razem będziemy się kręcić głównie wokół Ralska - po terenach dawnych poligonów. Będą więc tereny nieistniejących wsi, dziesiątki żłobionych skalnych pomieszczeń i przycupnięte na szczytach pagórków ruiny zamków. Po II wojnie światowej mieszkająca tu niemiecka ludność została wysiedlona, a nowi osadnicy nie pojawili się, bo powstały tu ogromne tereny wojskowe przeznaczone do ćwiczeń czechosłowackiej armii. Później poligony pod Ralskiem przejęły wojska radzieckie i mocno rozbudowały tutejsze bazy. Od ponad 30 lat poradzieckie bunkry i betonowe drogi donikąd zarastają podobnie jak pozostałości dawnych niemieckich wsi - co w połączeniu z ukształtowaniem terenu tworzy idealne miejsce dla bytowania bub :)

Opuszczone osiedla i podziemne bunkry odwiedziliśmy juz kilka lat temu. Teraz plan zakłada głębiej się zapuścić w tutejsze lasy.

Na zaplanowane miejsce noclegu docieramy późnym popołudniem - dobrze, że kwietniowe dni są już w miarę długie. Program pierwszej wycieczki nie będzie więc zbyt przeładowany - suniemy wzdłuż rzeczki Zabrdka, aby obczaić miejsce, gdzie niegdyś stał Zourovský mlýn. Obiekt swoimi początkami sięgał XVII i jak można się domyślać - dział prężnie do czasów wojny. Później budynki młyna były wielokrotnie plądrowane, a ostatecznie rozebrano je w latach 80 tych. Dziś możemy odszukać w dolinie pozostałości dawnych dni, ale nie są one zbyt liczne i imponujące.

Nitka powygryzanego asfaltu wije się przez łąki i zagajniki.


Zwraca uwagę spora ilość powykręcanych, omszałych drzew, które jakoś dziwnym trafem zazwyczaj występują na terenach nieistniejących wsi.


Mijamy budynki, które częściowo zdają się być mieszkalne, ale ich fragmenty mają chyba jakiś przemysłowy charakter.


Pogoda zaczyna się z lekka psuć. Kilkukrotnie pojawia się nawet lekki deszczyk. No i co będzie z naszymi planami ogniskowymi?? Sporo wałówy ze sobą targamy właśnie w tym celu! I głodni już jesteśmy jak wilki!


Docieramy na miejsce. Pierwsze co rzuca się tu w oczy to kilka różnej wielkości pomieszczeń wykutych w skałach. Dawniej ponoć służyły one jako stajnie, magazyny i garaże.


W jednym jest studnia, przy której leżą jakieś zwłoki.


Największa z grot wyraźnie jest używana jako miejsce ogniskowe.


Wewnątrz są nawet ławeczki, a w skalnych niszach można znaleźć resztki świec czy np. nieotwarty keczup. Teraz już żaden deszcz nam niestraszny! :)


Zaglądamy nad rzekę, gdzie stoją ruiny betonowego budyneczku, zapewne związane kiedyś z działalnością młyna.


Gdzieniegdzie spomiędzy traw wystaje omszały beton, murek albo kamienna piwniczka.


Udało się też upolować takie dwa dorodne okazy :)


A i to ciekawie wygląda - takie regularne kulki trawy. Zęby smoka tak obrosły czy jak? Próbowałam podejść, ale niestety teren był zbyt grząski na dokładniejsze eksploracje...


Zatem najbliższą okolicę żeśmy pobieżnie obejrzeli, za dużo do zwiedzania tu chyba nie ma, więc przez resztę wieczoru skupiamy się na ognisku :) Biesiady w jaskiniach mają dla mnie szczególną magię. Ten moment, gdy świat powoli szykuje się do snu, okolicę spowija ciemność i wieczorny chłód, a po skalnych ścianach pełgają odblaski ognia, przyjemne, otulające nas ciepło utrzymuje się wewnątrz, a dymy ścielą się w sposób nieprzewidziany i niezaprzeczalnie urokliwy.


Na kolację mamy grzanki, kiełbaski, ogóry w zalewie musztardowej, gruzinskie wino i duuuużo pysznej herbaty!


Są takie momenty w życiu, że (nie wiedzieć czemu) człowiek czuje się obserwowany ;)


Nasz piknik fajnie prezentuje się również z zewnątrz, zwłaszcza w połączeniu z rosochatymi drzewami i omszałymi murkami, skrywającymi w sobie zapewne jakies nieznane nam historie z przeszłości tych terenów.



Zmierzch powoli zapada nad doliną.


Wszystko co dobre kiedyś się kończy...


Z pełnymi brzuszkami i porządnie uwędzeni (na tym wyjeździe po raz pierwszy) - wracamy do busia przez ciemną dolinę. Nocne ptaki kląskają gdzieś w zaroślach, a my sobie opowiadamy historie o duchach i zbiegłych z hodowli pumach ;) Bo czasem odgłos dobiegający z mroku jest jakiś taki zupełnie nie ptasi. A gdzie ma straszyć jak nie w wysiedlonych wsiach??

Idąc tu rozważaliśmy czy mijany budynek nie jest przypadkiem opuszczony. Teraz widać, że nie ;)


Rozpiera nas jakaś wyjątkowa radość. Piekny jest dziś wieczór. W miarę ciepły i przyjemny jak na kwiecień (to niestety niedługo się drastycznie zmieni ;) a my mamy przed sobą cały wyjazd! Ba! Cały sezon! To lepsze pół roku! Po raz kolejny udało się przetrwać zimę i gęba śmieje się do bezmiaru planów, które mamy przygotowane na najbliższe dobre, ciepłe czasy! Nad nami migoczą miliony gwiazd - a jutro kolejna opuszczona wieś!!

cdn