Poranek jest piękny - słoneczny i ciepły. W nocy padało, więc wszystko pachnie wiosenną świeżością - tak jak potrafi pachnieć jedynie w maju! Mam przed sobą cały wyjazd - naszą coroczną wędrówkę wokół granic. I udało mi się spakować nieco lżejszy plecak niż zazwyczaj. Nic więc nic dziwnego, że rozpiera mnie wielka radość. Zawsze jednak, gdy jest za dobrze - to człowiek musi dostać w łeb z najmniej oczekiwanej strony... Gdy przychodzę na stację w Oławie - mój pociąg do Olsztyna ma już 3 godziny opóźnienia... Opóźnienie się ciągle zwiększa. Wygląda na to, że stanął gdzieś w polu i stoi. Albo w ogóle zaginął w niebycie i nie wiedzą jak nam to powiedzieć. Czyli co? Mam jechać jutro? Udaje się jednak dowiedzieć, że jest jakiś ekspres z Wrocławia do Poznania i może uda się ogarnąć przesiadki. W kasie we Wrocławiu wymieniam bilet i to nawet bezpłatnie. Z językiem na brodzie lecę na peron. Tak zapchanego pociągu to ja jeszcze nie widziałam! Zazwyczaj i tak pociągi są zatłoczone do granic możliwości, a tu mamy pasażerów z dwóch pociągów w jednym składzie. Najpopularniejszym sportem na dziś okazują się bitwy o miejscówki - ci z opóźnionego pociągu, który zdematerializował się gdzieś pod Krakowem, próbują zajmować miejsca ze swoich biletów. Nie wiem na co liczą? Na miejscówki przychodzą oczywiście właściwi pasażerowie tego pociągu. Wrzasków, przekleństw i szarpanin jest, oględnie mówiąc, trochę za dużo.
Ja szczęśliwie zostałam w przedziale rowerowym. Niestety rowery też przynieśli. Siedzę więc między ścianą a rowerem i napawam się psią kupą przyklejoną do opony, którą mam 10 cm od twarzy. Najgorzej mają ci, co mieli jechać z rowerami tym opóźnionym pociągiem. Ich w ogóle nie wpuścili. 12 osób z rowerami zostało we Wrocławiu na peronie. Byli mocno zdesperowani - prawie pobili konduktora, który sobą zasłaniał drzwi. Przykra sprawa, że posypały im się plany na weekend, acz musieli chyba widzieć, że ich rowery fizycznie nie mają możliwości się zmieścić. Jadą też wory jaskiniowe, których jest pełen kibel. Osoby o ciut większej tuszy nie są więc w stanie z owego kibla skorzystać (ja się mieszczę tak na styk, o ile porządnie wciągnę brzuch). W sąsiednim wagonie jest jeszcze ciekawiej - ukraiński weteran bez nóg nie chce ustąpić miejsca babci, która ma miejscówkę na ten pociąg. Ponoć zwlekli go za fraki i posadzili na podłodze. Koleś drze gębę tak, że słychać w naszym wagonie. W ogólnym zamęcie i kociokwiku weteran komuś obok rozkwasił nos. To ja już wolę moją psią kupę na oponie! Przynajmniej trzyma dystans dziesięciu centymetrów ;) A tak w ogóle to się tylko modlę, żeby nikt tam nie wpadł na pomysł wzywania policji albo czegoś równie czasochłonnego i przeszkadzającego w sprawnym przemieszczaniu pociągu.
Zdążyłam na przesiadkę. Uffff... W Poznaniu wsiada Chris. Nawet nie wie ile atrakcji go ominęło ;) W Olsztynie dołącza Szymon. Przesiadamy się na osobówkę na Korsze. Podstawiają fajny skład! To pewnie PKP chce mi zrekompensować te nerwowe chwile i niedogodności związane z opóźnieniami :)
W Korszach jesteśmy po raz drugi. 2 lata temu w tym miasteczku kończyliśmy naszą wędrówkę wzdłuż granic. Tu relacja KORSZE_2024 Ech... jak ten czas leci...
Ostatnio nie było z nami Chrisa, więc teraz nadrabia zaległości w zwiedzaniu. A w Korszach zwiedza się przede wszystkim wieże ciśnień. Dwie przydworcowe:
Piękna metalowa bania, do której niestety nie da się póki co wejść.
A zaraz obok czai się takie miłe miejsce biesiadne - w cieniu komórek porosłych pnączem.
Idziemy też do trzeciej wieży.
Wnętrza bez zmian - we władaniu setek gołębi!
zdjęcie zrobione przez Chrisa
Dwa lata temu niedaleko stąd nocowaliśmy. Dziś to miejsce wydaje mi się dużo mniej spokojne. Krzaki jakby rzadsze, więcej się kręci ludzi z ujadającymi psami. Muszą się chyba bardzo nudzić, bo ich głównym zajęciem jest gapienie się na nas przez czas dłuższy. Jakby się zawiesili w czasoprzestrzeni. Stoją i się lampią. Rozważaliśmy czy nie powtórzyć noclegu przy torach, ale w takich okolicznościach nie ma to sensu. Zaraz nam kogoś przyniesie... Poza tym jest jeszcze w miarę wcześnie. Majowy dzień jest długi, można jeszcze kawałek świata zobaczyć przez te kilka godzin do zmierzchu. Na ten moment jeszcze nie przypuszczamy, że dzień okaże się znacznie dłuższy niż planowaliśmy...
Przy jednym z domów zauważamy fajne płotki okalające grządki.
Zanim opuścimy miasto - robimy jeszcze zakupy i postanawiamy coś zjeść. Wybór pada na kebaba.
W środku budki jest jednak taka sauna i duchota, że wraz z pozyskanym żarciem przenosimy się na stoiska targowe. Jak widać instynkt poprowadził nas we właściwe miejsce - zaraz obok lokalsi też się rozkładają z jedzeniem i piciem.
Dalej idziemy wzdłuż torow linii kolejowej Korsze - Bartoszyce. Obecnie nie kursują tu pociagi osobowe. Składy towarowe mogą się czasem trafić, acz wygląd torowiska sugeruje, że nie jest to jednak proceder bardzo częsty.
Początkowo suniemy błotnistą drogą naprzeciw zachodzącemu słońcu, które malowniczo wyłazi spod chmur. Leżące pryzmy metalowych konstrukcji przypominają, że zachodzą tu jakieś remonty.
Wyjatkowo wąski dom - jakby wieża?
Miasto zostaje coraz dalej i dalej...
Nurkujemy pod wiadukt. Stąd pójdziemy już torami.
Moje ulubione słupy wciąż się tu zachowały!
A przez wiadukt śmiga chyba ostatni dziś pociąg z Olsztyna.
Stan torów jest dogodny do wędrówki. Nie trzeba sie przedzierać przez krzaki i chaszcze, a żadne pendolino nas tu raczej nie upoluje znienacka.
Wioska Głowbity zostaje po lewej stronie, za obsianym polem.
Na nocleg zatrzymujemy się kawałek dalej, nieopodal opuszczonego budynku kolejowego.
Początkowo przeszło nam przez myśl, żeby spać gdzieś w ruinach.
Taki nocleg jednak wymagałby dość solidnego sprzątania wnętrz (nie wiem czemu ludzie muszą tak zasyfiać opuszczone miejsca) i jednak postanawiamy rozbić namioty na skraju lasu.
Rozpalamy niewielkie ognisko na znalezionej płycie chodnikowej, którą Szymon dzielnie tu przytargał spod ruin.
Wieczorne ptaki dziwnie śpiewają. Próbowałam je nagrać, ale potem filmik mi zniknął :( Sarny szczekają, sowy hukają, ogólnie mówiąc las jest pełen wszelakich dźwięków. Niestety dołącza do tej menażerii jakiś miejscowy dupek. Musiał nas namierzyć, że się tu kręcimy i drze morde z daleka: "wypier*** z lasu". Nie podejdzie się przywitać, pogadać, powiedzieć o co mu chodzi - tylko krąży opłotkami i drze japę. Szymon go chwilę śledził - w miarę młody, wygląda że to jakis ziomuś tu, z Głowbitów (kilkakrotnie w tamtą stronę odchodził i wracał.) Szlag wie czy w nocy nie wróci z kumplami? Albo czy nie nabierze odwagi jak więcej wypije i nie przyjdzie z maczetą? Łyso tu zostać... Nie będziemy dobrze spać, wiedząc, że jakiś oszołom kręci się wokół i wie gdzie jesteśmy.
Klnąc na czym świat stoi zbieramy namioty i idziemy dalej torami. Jest 22:30. Nie planujemy odchodzić daleko. Grunt, żeby być gdzie indziej. Jak typek nas nie znajdzie za ruinami - raczej nie będzie szukał w innym miejscu.
Namioty stawiamy jakiś kilometr dalej, na wysokiej skarpie na skraju pola rzepaku. Idziemy jeszcze posiedzieć sobie na moście i pogapić się w ciemnosć.
Szymon schodzi wykąpać się w rzece. W pewnym sensie to nasze pierwsze spotkanie z Łyną, która będzie nam towarzyszyć cały wyjazd. Tu jest rzeka Sajna, która wpada do Gubera w Sątocznie, a potem Guber do Łyny w Sępopolu. Ja póki co sobie odpuszczam kąpiele. Może rano tu wrócę? Póki co jest za zimno. Próbuję się rozgrzewać Chrisową nalewką, która ponoć jest z sosny, a smakuje jak pigwa ;) Mamy też dziwną Soplicę o smaku kaktusa. Jest tak obrzydliwie chemiczna, że proponuję ją wylać - po co nosić takie paskudztwo, ale chłopaki nie pozwalają. Nie wiem ostatecznie kto ją wypił albo co się z nią innego stało. Po powrocie z kąpieli Szymon odkrywa, że zniknął jego telefon. Szuka go więc nad rzeką, przy torach - bez skutku. Zguba trochę psuje atmosferę wieczoru, bo jak można się domyślać Szymon traci humor. Ostatecznie wszystko dobrze się kończy - telefon się znalazł. Jak dobrze pamiętam leżał chyba gdzieś koło namiotu na górce.
Tej nocy ubieram na siebie wszystko co mam, włażę do śpiwora i zawijam się jeszcze w 2 folie NRC. Mimo to do 4 rano nie mogę zasnąć z zimna. A już koło 5 budzi mnie kukułka. Siadła na najbliższym drzewie i kuku kuku! Chyba muszę do ekwipunku wycieczkowego dołączyć procę ;) Acz tak serio to raczej cieplejszy śpiwór. Szczęśliwie kolejne noce na tym wyjeździe będą miały już akceptowalne temperatury, ale po powrocie jestem w pełni zmotywowana, aby kupić nowy śpiwór. I dzięki tej nieprzespanej nocy na polu rzepaku pod Głowbitami nie zamarzałam później w Karkonoszach, Beskidach i w Bułgarii. Toperzowi i kabakowi zdarzało się zmarznąć - a mnie nie. Więc chyba było warto.
Namioty o poranku.
A w dole wije się torowisko.
Nasza stroma górka - wieczorem, po ciemku, z plecakami nie było łatwo tam wpełznąć. I jeszcze na sam początek rów trzeba pokonać. Rano jakoś zawsze wszystko wydaje się prostsze.
Idę sobie jeszcze na most. Nie mogę się zdecydować czy zapodać kąpiel w rzece czy nie.
Ostatecznie jednak sobie odpuszczam - strome zejście, chaszcze po szyje. I co najgorsze - woda zdaje się nie być zbyt czysta, skubana jakaś taka spieniona. Lenistwo więc wygrywa ;)
A my tymczasem zbieramy graty i wyruszamy w dalszą drogę.
cdn
bubabar
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)








































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz