bubabar

niedziela, 6 września 2026

Zandka - uroki dzielnicy w cieniu platanów (2026)

Osiedle robotnicze Zandka powstało dla pracowników huty Donnersmarcka. Zbudowano je na poczatku XX wieku. Występowały tu głównie dwa typy budynków - ogromne wille dla wyższej kadry urzędniczej i dyrekcji huty oraz prostsze, mniej okazałe budynki dla pracowników fizycznych. Tak dziwnie się składa, że robotnicze kamienice nadal są zamieszkane, a ogromne, pałacopodobne gmachy w większości stoją opuszczone. Tak wychodzi, że właśnie od nich rozpoczynamy zwiedzanie Zandki - na dobry początek! :)

Pierwszy budynek stoi przy ruchliwej szosie. Można by go wręcz przeoczyć, bo dzięki dachom będącym w świetnym stanie - na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie używanego.


Wystarczy jednak podejść bliżej albo obejść go dookoła, aby odczucia uległy zmianie. Tu raczej już nikt nie mieszka i to od jakiegoś czasu. Zwraca uwagę wplatanie w elewację drewna - co nie tak często spotyka się w architekturze górnośląskich kamienic.


Wchodzimy na podwórko zdominowane przez gołębie. Jak widać można im wręcz wdepnąć w ogony, a tylko niewielka część decyduje się odfrunąć. W ogóle się nie boją skubańce!


Oprócz ptactwa widać stąd kolejne gmachy, pozostające w podobnym stanie nie-zagospodarowania.


Co najważniejsze: drzwi postanawiają współpracować - są otwarte! :)

Klatka schodowa wiedzie wewnętrz baszty. Ma więc fajnie półkolisty kształt.


Drewniane schody skrzypią w rytm naszych kroków, a zatkane foliami okna trzepocą na wietrze, jako że już mocno uległy pofragmentowaniu. Z mijanych mieszkań czasem odzywają się jakieś dziwne metaliczne dźwięki nieznanego pochodzenia lub popiskiwanie, za które zapewne są odpowiedzialne jaskółki. Cicho więc nie jest - dom śpiewa nam na różniste melodie. W oddali słychać też szum ulicy, gdzie auta mkną gdzieś ku swemu przeznaczeniu lub burczą silnikami ruszając spod świateł. Ale to głosy jakby z innego świata.

Schodek po schodku jesteśmy coraz wyżej...


Widoki z okien stają się więc coraz lepsze i bardziej rozległe.


Na strychu wyraźnie ktoś próbował utworzyć kącik biesiadny.


Schodząc zaglądamy do poszczególnych mieszkań. Spore metraże tu mieli! I wielkie okna.


Chyba wręcz za duże? Bo niektóre wyglądają na sztucznie zmniejszone.


Mebli i innych przedmiotów po dawnych właścicielach pozostało już raczej niewiele.


Nie ma wątpliwości, że mieszkania ogrzewano tu piecami kaflowymi.


A to chyba była spiżarnia?


Przegląd tapet różnistych i innych ściennych okładzin odłażących warstwowo.


Brzozowy klimat łączony z ciepłymi barwami drewna bardzo mi przypadł do gustu. Chciałabym mieć takie ściany w swoim mieszkaniu! Tak zrobić pstryk! i żeby się pojawiły! (bo na remonty zazwyczaj szkoda nam czasu, siły i pieniędzy - bo wszelakie zasoby jednak lepiej przeznaczyć na wyjazdy :)


Kolejny budynek jest chyba jeszcze ciekawszy. Zielony parawan gałęzi zasłania go od strony ulicy przed oczami przypadkowych przechodniów.


Ci jednak, którzy przybyli tu celowo - bez problemu ominą chaszcze, a podchodząc bliżej zobaczą cudne okiennice, wykusze i balkoniki! Zapach starego, z lekka butwiejącego drewna, roznosi się dokoła.


Wnętrza w jakimś sensie są podobne do tych z domu obok. Też tu mają drewniane, ogromniaste drzwi.


Piece - acz nie tylko kaflowe.


Im wyżej tym mniejsze schodki.


Na strychu możemy odnaleźć stare napisy oraz te całkiem współczesne.


oraz te ponadczasowe! ;)


Boazerie prawdziwe oraz te imitujące.


Tu chyba były kibelki?


Wizytówka na drzwach - znak z innych czasów. Kiedyś każdy taką miał. Teraz same tajniaki. Jak to się pozmieniało... Tu ostała się tylko jedna.


Po drugiej stronie ulicy namierzamy kolejnego opuszczonego giganta. Tu też dałoby rade wejść, ale tylko przez strasznie brudny otwór prowadzący do piwnicy, więc nie chce nam się upaćkać. A poza tym trochę nagli nas czas - jego zawsze i wszędzie jest za mało.


A! I jest jeszcze jeden budynek w podobnym stylu. Rozkminiamy czy jest opuszczony czy nie, czy da radę wbić do środka? Tak jakby nawet odrobinę rokował...


Minusem jest, że stoi w takim ludnym miejscu i nie jest zarośnięty...


Po czym odkrywamy, że mieści się tam straż miejska ;)


Chyba nie byliby zachwyceni jakbysmy im wleźli przez okno ;) Jak to zbytnie pasmo powodzeń człowieka rozzuchwala :D


No to te kolosy mamy obejrzane - trzeba się teraz pokręcić po okolicy domów nieco mniejszych, co nie znaczy, że mniej ciekawych. Pierwsze co rzuca się w oczy - to, że osiedle wygląda jak przecudny park! Żeby to wszędzie mogło być tak pięknie zielono! Żeby wszelakie oszołomy z piłami siadły na rękach i trzymały się z daleka.


Dominują tu platany - drzewa o strukturze kory w barwach moro. I ciekawe bulwy nieraz mają!


Niektóre elewacje wciąż noszą ślady trudnej historii. Fajnie, że ich nie zacementowali.


Okienka tu mają w różnych kształtach.


Baaaaaardzo różnych!


Sporo znaleźliśmy też murali piłkarskich.


Tu też odniesienie do klimatów lokalnych.


Sugestia, że należy spożywać jednynie alkohole wysokoprocentowe :)


Suniemy dalej, mijając kamienice z dwukolorowej cegiełki.


Czasem udaje się napotkać huśtawkę z dawnych lat i użyć jej zgodnie z przeznaczeniem.


Zaglądamy też oczywiście w bramy.


Mają tu domofony, ale takie szczęśliwie niedziałające.


Wspinamy się cichutko na kolejne piętra... Przyćmione światło, z lekka obłażące ściany malowane niegdyś wałkiem - wszystko zgodne z tym, czego buby szukają w takich miejscach.


Lubię też bardzo jak na klatki schodowe wypełza część życia mieszkańców - szafy, hulajnogi, kocie drapaki. Od razu korytarz przestaje być anonimowy i nijaki. Ech... a u nas popier%#@* urzędasów ze spółdzielni i czepiają się nawet o dywanik czy większą wycieraczkę, a panie "porządkowe" mają przykazane kraść i wyrzucać jak ktoś coś zostawi przed drzwiami...


Na półpiętrach - drzwi do dawnych kibli. Zamknięte, często bez klamek. Pytaliśmy mieszkańców - kibelki w większości już nie pełnią swych pierwotnych funcji i służące za składziki - albo w ogóle są zabite dechami i zapomniane przez wszystkich.


A tu okienko dawnej ubikacji - widziane od zewnątrz.


Najbardziej jednak przypadają mi do gustu drzwi przegradzające korytarz na parterze. Połączenie metalu ze zbrojonym szkłem - kojarzące się z dużymi sklepami czy ośrodkami wypoczynkowymi z dawnych lat.


A za nimi przytulny pokoik. Widać sąsiedzi żyją tu zgodnie - a może nawet razem zasiadają tu sobie przy kawce?


Suniemy dalej - przez krainy garaży i kamerlików.


Przy jednym z familoków natrafiamy na stare busy, nieco już zarosłe ziołami. Chyba to Lubliny?


Wychodząc kilka kroków za ten parking ląduje niespodziewanie na pokrytym papą dachu jakiegoś budynku, a w dole powiewa świeżo powieszone pranie :)


Tak tak - dzisiaj upalnie i wszystko pięknie schnie! Aż mnie chęć bierze, aby natychmiast też coś wyprać i rozwiesić! :)


Przez nieco okopconą bramę wychodzimy na ulicy o wdzięcznej nazwie "Na Piaskach".


Piasku wprawdzie nie ma, ale są urocze maleńkie ogródki, wciśnięte między kamienice a chodnik.


Zaglądamy jeszcze do kilku bram, gdzie pękające farby z różnych okresów historycznych utworzyły ciekawą, przecieraną mozaikę.


A na rurach przy liczniku jakaś ptaszyna uwiła gniazdko! :)


W innym zaułku możemy się przyjrzeć jak mieszkańcy udekorowali korytarz. Miło!


Mijamy malutki zakład stolarski.


A! Nie wspominałam jeszcze, że w jednych z mijanych ruin kabak znalazł porzuconą zabawkę - z pozytywką. Początkowo bardzo się cieszy ze znaleziska.


Jednak po pewnym czasie i kilkukrotnym odsłuchaniu melodii - dochodzi do wniosku, że takie pozytywki to występują w horrorach i potem zwykle same się włączają o 3 nad ranem. I że chyba nie chce sprawdzać czy ta też ma taką wkodowaną fukcję ;)


Pozytywka zostaje więc zostawiona na skwerku. Może takie jej przeznaczenie, że ma zostać na Zandce?

A właśnie - bardzo dziwny ten skwerek... Jest to miejsce po zburzonej kamienicy. Są tu ławeczki i konstrukcja z pni oplecionych drutem.


Tabliczka informuje, że zagospodarowanie tego miejsca kosztowało ponad 200 tys zł! Myślę, że nie wymaga to dodatkowego komentarza...



No i chyba tym ciekawym akcentem zakończymy na dziś zwiedzanie tejże sympatycznej dzielnicy.