Skręcamy w nieasfaltowe drogi wiodące przez Sajnę Małą i Wielką.
Kapliczka przy ogromniastych tujach.
Po drodze od czasu do czasu zapodajemy piwaki. Sklepów na naszej trasie nie ma, ale chłopaki mają odpowiednio zaopatrzone plecaki. Jak z tego starego napisu w PTSMie: "dobre planowanie podstawą turystyki" :)
Najczęściej zatrzymujemy się pod starymi wierzbami, w których wyraźnie coś żyje. Czasem są to ptaki, czasem mrówki, a niekiedy wygląda jakby tam mieszkało coś nie do końca przyjaznego, co tylko czeka momentu nieuwagi, aby nas wciągnąć i pożreć. Z takimi wierzbami to nigdy nie wiadomo! ;)
Zabudowania wsi Sajna Wielka.
Droga przez pola uprawne wije się w kierunku Sątoczna. Piach, pył i "kwaśne mleko" na niebie.
Koło Sątoczka zaglądamy jeszcze nad niewielki zbiornik wodny. Stawik jest nieco zabagniony. Były kiedyś pomosty, ale zatonęły. Wyraźnie widać ślady działalności bobrów.
Znajdujący się obok zagajnik do suchych również nie należy.
Nad stawem spotykamy też pozostałości osad koczowniczych. Ciężko określić czy są opuszczone czy nadal jakieś dzikie plemiona ich używają.
Zastanawiamy się co to miejsce ma wspólnego z Kamczatką?
Już wiem! Na Kamczatce jest dużo niedźwiedzi! I tu w sumie też! ;)
![]() |
![]() |
|---|
Gdzieś na skrzyżowaniu bocznych dróg. Nie ma wątpliwości, że jakieś trzy wielbłądy sie rozkulbaczyły i udały w nieznanym kierunku.
Hmmmm... Czy to aby nie jest sugestia, że tam jest coś ciekawego?
Kolejna miejscowość przed nami to Sątoczno. Jego zabudowa to przede wszystkim domy ceglane i szachulcowe. A wokół wszystko kwitnie! Bzy, mlecze, drzewka owocowe!
Tu chyba kiedyś był sklep. Szkoda, że go już nie ma...
Po powrocie do domu sprawdziłam. Był. Ponoć jeszcze 6 lat temu działał. (zdjęcie z googlemaps)
Wygląda na to, że chłopaki coś znaleźli!
Ojjjjj! To dzisiaj! W Korszach! Buuu... A nas tam już nie ma...
Acz w sumie to może i dobrze? Jeszcze by się coś fajnego trafiło i co wtedy? Nosić ze sobą? A co jakby to była np. szafa? ;) Wysyłać do domu? Wracać później po to busiem?
Na jednej z ustawionych nieopodal tablic pisało, że jest tu szlak bociani czy coś w tej deseń. Na potwierdzenie tych słów dołączyli zdjęcie.
W wiosce stoi ogromny ceglany kościół, o kształcie typowym dla tych terenów. Wygląda trochę jak zamek krzyżacki (i chyba właśnie z tych czasów pochodzi)
Ciekawą mają tu bramę - taką przesuwną, jeżdżącą po szynie. Widziałam takie w hangarach dla samolotów w poradzieckich bazach, ale żeby w zwykłej, kościelnej furtce?
Jak ktoś lubi stare, przedwojenne napisy wyłażące spod łuszczących się tynków - to obejście kościoła od tyłu nie będzie zbytecznym trudem :)
Na przykościelnym terenie zachowało się też kilka niemieckich nagrobków.
A ten dla odmiany wygląda jakby był całkiem nowy! Mimo że język i daty sugerują co innego.
Zwrócił naszą uwagę też inny nagrobek. Już polski, powojenny... Trzech chłopców zginęło tragicznie tego samego dnia. Pewnie od jakiejś miny albo innego niewybuchu.
Zawsze w takich momentach przypominają mi się upalne opolskie łąki z lodowatym powiewem (RELACJA) albo opowieść, którą nas uraczyli kolesie spotkani na Wale Pomorskim - o 11 dzieciach z Piły rozerwanych przez pocisk, celowo podłożony nad rzeką przez lokalnego psychopatę... Mama jednego z nich tam wtedy była. I przeżyła tyko dlatego, że zachciało jej się siku i poszła w krzaki w dobrym momencie.
Idąc wzdłuż kościelnego muru również można znaleźć ślady dawnych lat.
Zaraz za kościołem jest polanka otoczona tujami, z dużą wiatą i miejscem ogniskowym. Gdyby był wieczór to całkiem niezłe miejsce biwakowe - czy to na ładną czy brzydką pogodę. No ale nie tym razem. Jest jeszcze wcześnie.
A tam, do Stawnicy, już nie idziemy. Kto wie jakie przygody by tam na nas czekały? Nie dowiemy się. Zawsze pozostają te "drogi nie wybrane".
Idziemy tylko kawałek tą drogą - szukać ruin zamku, którego nie ma. Znajdujemy jedynie ruiny czegoś (nie jest to raczej zamek albo okaz nadpodziw nowoczesny) Na chwilę obecną mieszkają tu pszczoły.
Znajdujemy też duży drewniany hangar. Wszystko to razem do kupy wygląda raczej na twierdzę z okresu PGRów.
Pozostałością mogącą pochodzić z okresu nieco wcześniejszego jest konstrukcja nadwodna. Śluza? Tama? Młyn? Acz to raczej też nie zamek - Krzyżaków bym nie podejrzewała o taką ilość betonu ;)
Zamek, nie-zamek, ale piwa można się napić! :) (zdjęcie zrobione przez Chrisa)
Gdzieś tu, łażąc po krzakach szukając niby-zamku, pojawia się sformułowanie, które będzie nawracać i towarzyszyć nam na całym wyjeździe: "o pozostałościach cywilizacji niemieckiej". Już nie pamiętam kto był autorem owej złotej myśli w tym kontekście, ale jakoś się przyczepiło do nas i od teraz każdy kościół czy cmentarz ewangelicki, ruiny pałacu, kamienice czy kupę cegieł w krzakach będziemy kwitować takim stwierdzeniem ;) Każdy wyjazd ma swoje "irysy" czy "urynoterapie" ;)
A wracając do zabytków tejże wioski - ponoć faktycznie był tu kiedyś zamek krzyżacki, ale został zniszczony juz kilkaset lat temu. Przy dużej dozie szczęścia i samozaparcia można znaleźć w chaszczach kawałek piwniczki. Przynajmniej zdjęcia z internetu obrazują, że ktoś je kiedyś znalazł.
W Sątocznie rozchodzą się drogi. Na prawo Skandawa - miejsce pełne cudownych wspomnień sprzed 2 lat! Na lewo Sępopol. Tam dziś zmierzamy. Choć jest taki element zawahania... Ale jak to mówią: "nie da rady wejść dwa razy do tej samej rzeki". No i wzywa nas świat nieznany, pełen niespodzianek. W tym roku to Sępopol chce nam coś opowiedzieć - warto dać mu szansę.
Chodniczek przywodzącymi na myśl kurorty z dawnych lat.
Szkoła. Podobna nieco do tej ze Skandawy czy Korczmina, które wystąpiły w naszych relacjach z poprzednich lat.
Tak sobie gadamy idąc, że z jednej strony żal takich obiektów. Szkoda że jak Polska długa i szeroka zamykają małe, wiejskie szkoły. Ale z drugiej strony patrząc np. na naszą ekipę z tego wyjazdu - kupa luda, a tylko ja mam dzieciaka w wieku szkolnym. I to sztuk jeden. Kto ma korzystać z tych obiektów? Psiecka? Nastawiali tych szkół kiedyś w opór, gdy ludzie na wioskach mieli po ośmioro i wszędzie latały tego tabuny. Zmieniło się, ludzie się nie chcą mnożyć jak króliki - to i tyle szkół nie potrzeba...
Następna wieś na naszej trasie to Prosna. Na pierwszy rzut oka widać, że miejscowość przypadnie do gustu miłośnikom popegieerowskich klimatów.
Na jednej z elewacji miejscowi wypowiedzieli się dosadnie na tematy polityczne - zarówno rodzime jak i zagraniczne.
Sklep jest otwarty częściowo - bo krata otwarta, a drzwi nie. Wygląda jakby sprzedawczyni poszła na obiad. Godzinę później bez zmian. Nie ma żadnej kartki typu "zaraz wracam". Coś dzisiaj nie mamy fazy na sklepy.
Zatem nie pzoostaje nic innego jak zagłębić się w chaszcze w poszukiwaniu naszego głównego celu w tej miejscowości. Po drodze, wśród buszu zieloności, trafiamy na parterową ruinkę.
Dziwnie wyglądają ściany - jakby każdą cegłę z osobna ktoś obtłukiwał.
I tak oto trafiamy na miejscową imprezownię. Śmiejemy się, że to coś jakby "Dom Kultury", tylko urządzony oddolnie ;) Miejsce zadaszone, są fotele, stół a nawet łóżka i kanapy. I o dziwo jest nawet w miarę czysto - co nie jest normą w takich miejscach.
Nie omieszkamy się rozgościć. (zdjęcie Chrisa)
Idziemy w stronę pałacu. Położony jest za stawem, w zakolu rzeki Guber.
Panuje tam całkiem spory ruch - spotykamy parę z Kętrzyna, motocyklistów, rowerzystów. Tu dociera też do nas Iwona, która przez ostatni tydzień zwiedzała Mazury rowerowo. Od tej chwili kontynuujemy wędrówkę w czwórkę.
Budowla jest w daleko posunietej ruinie, ale nadal robi wrażenie swoim ogromem i ciekawą architekturą np. ilością wieżyczek, wykuszy czy podrzeźbień.
Z racji na brak dachów - wieże można oglądać również ze środka.
Pałac za czasów swojej świetności słynął z dużej ilości dzieł sztuki zgromadzonych w jego wnętrzach. Jak to zwykle bywało - większość została rozkradziona, wywieziona lub zniszczona w latach powojennych. Spustoszenia dokonywali najpierw radzieccy żołnierze, a potem i miejscowa ludność dołożyła coś od siebie. W 1947 roku miała miejsce ponoć tajemnicza akcja - przyjechała ciężarowka z uzbrojoną ekipą i coś z pałacu wynosili - jakieś skrzynie. Potem odnaleziono pustą skrytkę - rozkute pomieszczenie w piwnicy, które wcześniej było zamurowane, więc nikt inny tam nie zaglądał. Jak widać było to coś cennego, a przybyła grupa nie była przypadkowymi szabrownikami. Po wojnie budynek służył jako mieszkania, przedszkole czy biura pobliskiego PGRu, który nosił wdzięczną nazwę "Stacja Hodowli Ziemniaka". Zawsze mi żal, że najmniej jest zdjęć z tego okresu. Obecnych zdjęć jest masa, przedwojenne też się zdarzają, a tych, które mnie by najbardziej interesowały - jakoś zawsze brak.
Na podłogach miejscami zachowala się nawet płytka, a gdzie indziej pod nogami mamy dużo... powietrza ;)
![]() |
![]() |
|---|
Drzwi chyba pochodzą z czasów PGRu.
Schodzimy też do piwnic. A nuż jakaś druga tajna skrytka czeka tu akurat na nas? ;)
A potem wędrujemy dalej, w stronę Sępopola. Tu krótki postój, tzw. "piwak" w jakiejś wiacie przystankowej.
cdn


























































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz