Przystań nad Łyną to spora wiata o malowniczo omszałym dachu i miejsce na ognisko z ławeczkami.
W wiacie wisi odezwa, dzięki której mamy szansę przeżyć wieczorne przyrządzanie posiłków. Wiedziałam, że garnki są groźne, ale nie przypuszczałam, że aż tak bardzo! ;)
Obok jest też kajakowa kapliczka. Można się przy niej pomodlić o opiekę opatrzności w czasie gotowania. Może siły nadprzyrodzone uchronią nas przez oparzeniami, pokaleczeniem i zatruciem w czasie obcowania z patelnią??
Dziś nasza ekipa powiększa się o kolejne 4 osoby - w końcu dołączyli rowerzyści: Krwawy i Piotrek, a Ziuta z Grzesiem wpadli tylko na dzisiejszy wieczór. Jest więc nas 9 sztuk!
Jedyny problem, że tu dość krucho z miejscami na namioty dla tak dużej ferajny. Jest wprawdzie spora łąka po drugiej stronie rzeki - dla kajakarzy pewnie to nie problem ;)
Ostatecznie jakoś się ogarnęliśmy. Kaśka i Bozia wcisnęły swoje namioty za wiatą.
Ja, Szymon i Iwona wspinamy się na stromą skarpę i rozbijamy majdan w lesie kawałek dalej.
Piotrek wybrał najbardziej widokowe miejsce.
Ziuty jak zawsze biwakują w Miśku.
Misiek jak zwykle przyjechał zaopatrzony po dach w bukłaki domowych nalewek :) I co jedna to lepsza. Mnie najbardziej podeszła "hyćka" - z kwiatów dzikiego bzu. I ona jest najmocniejsza, więc najlepiej rozgrzewa - a wieczory zimne, nie wspominając o nurtach Łyny.
Zaczynamy kolektywne podwędzanie!
Poniżej zgromadzone zdjęcia przyogniskowe robiła głównie Bozia.
Piotrek przywiózł opiekacz do tostów - to jest to coś, co Szymon trzyma za kijki, a tost jest w trakcie wkładania/wyjmowania. Bardzo sprytne i przydatne ustrojstwo, ale masakrycznie ciężkie!
Szymon coś opowiada.
Ziutka coś pokazuje.
Rąbanie drewna łopatą! Ta łopata jest bardziej ostra niż niejedna siekiera!
Wygląda groźnie, ale ostatecznie obyło się bez ofiar ;)
A wokół namacalna wręcz ciemność. I tylko płomień ogniska rozświetla mrok - czerń, która zdaje się być aż gęsta.
Poranny rozgardiasz. Śniadanie, pływanie, pranie, suszenie, pakowanie, sprzątanie, wymienianie podarków, opieka nad zajumanymi kwiatkami - czego tam nie było ;)
Degustujemy wszelakie pamiątki z podróży.
![]() |
![]() |
|---|
Ekipa w składzie dużym, ale nie w pełni kompletnym. Nie mamy w tym roku żadnego zdjęcia w pełnym składzie. Tutaj brakuje Iwony, która dziś wraca do domu i właśnie przed chwilą odjechała. Nie ma też Chrisa, który opuścił nas przedwczoraj i Pudla, z którym spotkamy się dopiero wieczorem.
Tuptamy wzdłuż Łyny, a potem polami zmierzamy w stronę Samolubia.
(2 zdjęcia Bozi)
Mijamy wielkie wysypisko jabłek. Czemu ktoś je wyrzucił? Nadal część z nich jest bardzo dobrych, a zapewne wiele nadgniło dopiero leżąc tutaj. Tak jakoś zawsze mi się robi smutno jak widzę takie marnotrawstwo :(
Przynajmniej kilka jabłuszek zostało uratowanych! :)
Miłe, polne drogi na którymś etapie się kończą. Pociesza fakt, że nie tylko my jak durni deptamy asfaltem ;)
(zdjęcie Bozi)
Szczęśliwie się jednak złożyło, że większą część drogi do Lidzbarka podjeżdżamy stopem. Rzadko tak bywa, żeby ktoś osobówką zabrał naraz 4 osoby z plecakami!
(zdjęcie Bozi)
Lidzbark to ładne miasteczko pełne zabytków. Jest tu zamek:
Pozostałości murów miejskich z bramami.
Nietypowa ogromna świątynia, która z daleka wygląda jakby była murowana, a cała jest zrobiona z drewna. Od 1950 roku pełni funkcje cerkwi prawosławnej - wcześniej była kościołem ewangelickim.
A my tymczasem opuszczamy miasto i kierujemy się w stronę jeziora.
cdn







































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz