bubabar

środa, 21 października 2026

Gdzieś nad Łyną cz.4 (2026) - Szylina Wielka, Bartoszyce

Idziemy drogą bardzo wyboistą. Stary asfalt, pomieszany ze żwirem i błotem kałuż, zawsze po deszczu pięknie pachnie. Uwielbiam ten zapach - to aromat wędrówki i nadchodzących przygód!


Mijamy dwór w Rusajnach. Zamieszkany, odnowiony. Kukamy z daleka, coby nas jakiś pies za d... nie złapał.


Na skrzyzowaniu kapliczka. Z ławeczką. Chciałoby się znów trafić w takim miejscu na majówkę - tak jak 5 lat temu! Wsród bzów, z harmoszką, mmmmm... ale to było wtedy piękne! :)


W lewo do miasta, w prawo do miasta - a my gdzie? My prosto!


Szutrowa droga wiedzie nad Łynę. No bo jak tu żyć bez Łyny? Łyna musi być! Zwłaszcza z wieczora i z rana!


Mijamy różne kapliczki - stojące, wiszące...


Rzeźby ogrodowe i bynajmniej nie są to krasnale. Kurde... idąc tu nocą można by się przestraszyć! Jeszcze nie wiem, że bardzo podobne będą mnie straszyć tej nocy ;)


Rodzina zajęcy przycupnęła w rzepaku.


O! Już widać miejsce, ku któremu zmierzamy.


Dziś znów będziemy spać na przystani kajakowej. Jest tu duża wiata, której pilnuje taka oto para. Ilekroć będę obok przechodzić (w zwłaszcza w nocy) - to aż podskoczę, mając wrażenie, że ktoś tu stoi. To nic, że o tym wiem. Ale ta pierwsza reakcja, pierwszy ułamek sekundy, zawsze będzie taki sam ;)


Każdy kto wchodzi do wiaty znajduje się pod bacznym okiem sów.


Opiekunem tutejszego pola namiotowego jest Zbyszek. Miejscowy, ale jako wojskowy objechał kawał świata. 2 lata służył w jakiejś jednostce na Podlasiu, wiec z Kaśką mają sporo wspólnych tematów. Snują się więc opowieści na tematy bardzo zróżnicowane - o psie amstafie, który wszystko zeżerał, o granicy i łażących po lesie nachodźcach, o ukrywaniu zacieru w gnojówce w latach 80 tych ;) Gawędy nie ograniczają się do rodzimych terenów - Zbyszek był też "na delegacji" w Iraku przez kilka miesięcy - a tam się dopiero działo!

Utkwiła mi też opowieść o biwakujących tu kiedyś Niemcach, którym się miejsce ogromnie spodobało, miło spędzili tu czas. Więc postanowili przybyć tu znowu i przywieść w ramach wdzieczności i w podzięce jakiś podarek. Nie, nie była to flaszka ani czekoladki. Niemcy przywieźli... tojtoja! :D Jeden z nich pracował w jakiejś firmie z tym związanej. No więc obok wychodka stoi też tojtoj :)

Mamy okazje przeprowadzenia degustacji różnych produktów regionalnych i oceny - lepsze wytwory podlaskie czy miejscowe? I barwa, i bukiet smaku nieco inny, więc cieżko stwierdzić - zacne jest jedne i drugie! Ma to jedynie jeden minus - potem żadne sklepowe badziewie już nie smakuje!


Zbyszek do Szymona: "Czujcie się tu jak w domu. Ale pamiętaj - ta koza jest moja" :)


Syn Zbyszka kolekcjonuje stare motocykle. Postanawia nam pokazać swoje zbiory (dwie albo trzy sztuki) i to w najlepszy możliwy sposób! Wozi nas na nich po okolicy :) Mam więc okazję jechać przez zasiewy, polną drogą o koleinach po kolano czy lawirować podwórkami między najdziwniejszymi sprzętami. Był też ślizg po błocie - myślę, że kontrolowany, dla podkręcenia klimatu, ale byłam już pewna, że się przewracamy i serce podeszło do gardła ;) Świst wiatru w uszach, aromat niskooktanowego paliwa połączony z wieczornym zapachem rzepaku. Świeżośc znad rzeki i chłód majowego wieczoru. Wyroby regionalne i zacne opowieści. Piękne zakończenie dnia!


Kaśka nakręciła też dwa filmiki.

LINK1 LINK2

Ciepłe kolory zachodzącego słońca podświetlają okolicę, gdy stawiamy namioty. Łyna pluszcze w tle i dzisiaj wydaje się jakaś dużo czystsza i bardziej przyjazna niż w dni poprzednie.


Dziś zatem ma miejsce moja pierwsza w tym roku kąpiel. Iwona też się skusiła!


Drewno na opał było chyba troszkę mokre... Wygląda jakbyśmy papieża wybrali! :P No i nawet o wyborach gadamy, ale nie na papieża, a na prezydenta Krakowa. Szymon nas wtajemnicza w różne zawiłości kampanii i niecne taktyki kandydatów.


Miło upływa wieczór przy ognisku.


A jakby ktoś kiedyś chciał tu zanocować czy zorganizować większą imprezę kajakową - to poniżej są namiary na miejscówkę. Polecamy miejsce, gospodarza - bardzo nam się tu podobało! :)

Ranek wstaje pogodny, słoneczny i ciepły. Nieśpieszne śniadanie, pranie, kąpiele, suszenie, wietrzenie.


A tak się prezentują kibelki - sławojka no i ten podarunkowy tojek!


Tradycja to rzecz święta - Kaśka, kwiatki i moja reklamówka!


Jak się już wczoraj dowiedzieliśnmy, pole namiotowe nad Łyną ma dwóch właścicieli. Dziś poznajemy tego drugiego... Wpada i toczy posępnym wzrokiem... "Co tu robicie? Kto wam pozwolił? Gdzie jest wasz kierownik? Kto tu jest kierownikiem? Wyłącznie z kierownikiem będę rozmawiał! Tylko mówcie prawdę!" Jak to dobrze, że wczoraj spotkaliśmy Zbyszka...

Nasza dalsza trasa wiedzie w stronę Bartoszyc.


Po 4 km łapiemy stopa. Mało co tu jeździ. Podwozi nas miła babka, córka sołtysa z Szyliny. Zabrakło nam 300 metrów, żeby obejrzeć rzeźby z Wirwiłtów. Iwona mijała je na rowerze i porobiła zdjęcia:


Bartoszyce to wyraźnie większe miasto niż Korsze czy Sępopol. Największe na naszej tegorocznej trasie. Ajajaj! Aż trochę odwykłam od takiego ruchu, zgiełku i kłębowisk ludzi. Jak to jest, że do dobrego człowiek przywyka tak szybko? ;)


W rynku znajdujemy restaurację "Bartis". Wygląda jak bardzo elegancka knajpa z dawnych lat.


Już myśleliśmy, że nic tu po nas, bo ceny będą z kosmosu - a tu porządny, dwudaniowy obiad dają za 33 zł. Zwłaszcza zupa była wspaniała - kapuśniak z żeberkami! Mniam!

Ktoś je, ktoś idzie po zakupy spożywcze na wieczór, ktoś zwiedza miasteczko. Baterie się ładują, w kiblu można zrobić drobne przepierki. W knajpie zawsze ktoś zostaje z plecakami, więc miejsce to służy jako punkt zborny.


Wysyłamy pocztówki do znajomych, skoro jesteśmy w miasteczku.


Jak widać po powyższych zdjęciach - ekipa się rozrosła. W Bartoszycach dołączyła do nas Bozia.

Po knajpie przechadza się kocina o bardzo ładnym umaszczeniu.


Z atrakcji Bartoszyc rzuciła mi się w oczy mina morska, którą fale wyrzuciły na brzeg na Mierzei Wiślanej w Piaskach. Potem (nie wiedzieć czemu) przywieziono ją akurat tutaj. Solidny kawał żelastwa!

/

Z artefaktów dużo starszych mają tu dwie kamienne pruskie baby i jedną misę.


Zmierzamy powoli w stronę miejsca noclegu. A gdzie chcemy spać? No oczywiście na Łyną! :D

Mijamy jeszcze budynek opuszczonego szpitala. Początkowo rozważaliśmy zwiedzanie, ale jest ogrodzony, mocno zarośnięty i ostatecznie nie chce się nam obchodzić go dookoła i w chaszczu szukać ewentualnych wejść. A zależy nam, żeby dotrzeć na miejsce noclegowe przed zmrokiem i sie tam na spokojnie urządzić. Jak potem się okazało - Krwawy i Piotrek ów obiekt zwiedzali i ponoć d... nie urywał, bo dachy zawalone, część spalona itp. Z daleka wyglądał lepiej niż z bliska.



cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz