Na nocleg rozkładamy się nad Łyną, na przystani kajakowej. Jest tu wiata, miejsce ogniskowe i lodowaty wiatr. Co ciekawe - najbardziej duje jak się siedzi w wiacie. Drugi wieczór mamy pod bokiem rzekę - wczorak Sajnę, dziś Łynę, ale znów się nie decyduję na kąpiel. Za zimno.
Na ten biwak dołącza Kaśka. Nie sama - jest z nią również swojski, podlaski bimber! Ekipa więc rośnie i jest coraz weselej! Już nas jest 5 sztuk! :)
Zielone namioty rosną nad Łyną jak grzyby po deszczu.
Rozpalamy solidne ognicho. Szybko zaczynają na nim skwierczeć grzanki, kiełbaski, a w osmolonych menażkach bulgotać woda na herbaty i zupki.
Zachód słońca ma dziś niesamowite kolory!
Mimo wczorajszego niewyspania nie kładę się szybko spać. Jest tyle rzeczy do obgadania - my opowiadamy o wczorajszych przygodach z lokalsem, Kaśka co odwaliła tym razem jeżdżąc stopem, a Iwona o swojej tygodniowej wycieczce rowerowej po Mazurach.
Oczy się kleją ze zmęczenia, ale tak bardzo nie chce się odchodzić od ogniska...
Bo tu ciepło, bo tu wesoło! A tam zimny namiot... Noc o dziwo jest całkiem akceptowalna. Nawet nie muszę się przykrywać folią, a puchową kurtkę wkładam pod głowę jako poduszkę, a nie na siebie. Tak to można żyć :)
Poranek jest pochmurny, więc mokre rzeczy nie schną za dobrze.
Potem przychodzi burza, którą przeczekujemy w wiacie. Sypianie w pobliżu wiat to bardzo dobra taktyka. Jeszcze nieraz przyda nam się to na wyjeździe.
Po śniadaniu plecaki zostawiamy z Szymonem i idziemy na lekko pozwiedzać opuszczoną roszarnię na obrzeżach miasta. Pierwszy raz słyszę taką nazwę. Roszarnia to ponoć "rodzaj zakładu włókienniczego zajmujący się przetwarzaniem słomy lnianej lub konopnej na włókna".
Aby dotrzeć do ruin musimy przeleźć przez dosyć solidne chaszcze. Dopiero co lało, roślinność ocieka, więc przedzierający się człowiek szybko jest cały mokry jakby wskoczył do stawu. No ale co zrobić - instynkt eksploratorski jest nieraz silniejszy niz zdrowy rozsądek! :)
Teren usiany budynkami okazuje się być niemały, a ilość starego betonu do oglądania zapewni nam sporą dawkę atrakcji na jakis czas.
![]() |
![]() |
|---|
Najpierw trafiamy do centrum rekreacyjno - wypoczynkowego :)
Potem z wypoczynkiem przenosimy się na taras. Nie ma się co spieszyć ze zwiedzaniem, bo właśnie zaczęło lać. Musimy przeczekać. Cieszymy się, że mamy dach nad głową i coś dobrego na rozgrzewkę.
Dalej wędrujemy przez hale porosłe mchem, ktore mam wrażenie, że na nocleg też by się całkiem nieźle nadały.
Dachy solidne, czysto, ognisko byłoby gdzie zrobić. No ale nie planujemy zostawać drugi dzień w Sępopolu. Nie tym razem. Chris proponuje, że może kiedyś przyjedziemy tu na impreze na weekend. Chciałabym... ale kurde z Oławy trochę daleko...
Kolejne hale.
W końcu udaje się znaleźć klatkę schodową prowadzącą na "punkt widokowy". Schody wprawdzie są trochę urwane, ale wszystkim udaje się pokonać tą drobną przeszkodę.
![]() |
![]() |
|---|
Widoki z okien są całkiem zadowalające, a malownicze chmurki sugerują, że jeszcze nam dziś doleje.
W którymś z pomieszczeń spotykamy fajny ścienny malunek.
Wąskie przesmyki...
![]() |
![]() |
|---|
Kolejna hala ma dziwną podłogę, składającą się z samych fos, więc przemieszczając się, rozważamy kto się skąpie jako pierwszy ;)
Albo czyj aparat będzie pływał, bo często robimy sobie fotki na samowyzwalaczu.
Miejsce przepełnione jest kapaniem i pluskotem.
A w niektórych miejscach tworzą się nacieki iście jaskiniowe!
To było jedno z przyjemniejszych "przeczekiwań ulew" :) Nawet nie wiemy kiedy zleciały chyba ze dwie godziny! Wracamy na przystań. Pogoda nadal ma w sobie hmmm... dużą dynamikę ;)
Bulwarami nad Łyną zmierzamy do centrum.
Ogromny kościół widać tu praktycznie z każdego zaułka miasteczka.
Zachowały się też fragmenty murów obronnych.
Na murze rzuca się w oczy intrygująca płaskorzeźba.
Okazuje się, że ten dziwny obrazek to herb Sępopola! Baszta, która siedzi sobie w łódce i gdzieś płynie. Spływ Łyną czy Guberem? ;)
Zaglądamy do kościoła, który o dziwo jest otwarty! To w Polsce rzadkość, że można sobie obejrzeć wnętrze światyni, a nie jedynie pocałować klamkę.
Dziś niestety Chris musi już wracać do domu :( Znów więc zostajemy w czwórkę. Jeszcze odwiedzamy sklep i gdy właśnie mamy się rozsiąść na schodkach, aby zjeść co zakupiliśmy - zaczyna lać... Kolejną ulewę przeczekujemy w wiacie na koszyki.
Potem idę jeszcze na poszukiwanie Żabki, w celu nabycia herbaty i kawy. Po drodze mijam fajne zaułki pełne garaży, miauczących sierściuchów i zapasów opału.
Takim oto sposobem kończymy zwiedzanie Sępopola i powoli wybieramy się w kierunku Bartoszyc.
cdn























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz