bubabar

wtorek, 26 września 2023

Wiosenne Czechy cz.4 (2023) - Provodin, Jestřebí, Špičák

Przejazdem trafiamy do miejscowości Provodin, gdzie namierzamy fajny obiekt, oferujący zarówno noclegi jak i knajpę. Zwą go Drevenka. Klimat miejsca przypomina dawne schroniska PTTK - wystrój, zapach, atmosfera, a przede wszystkim coś nienamacalnego unoszącego się w powietrzu przekonuje nas, aby zostać tu na dłużej. Budynek jest pół murowany, pół drewniany.




Zaraz obok znajduje się konkurencyjna knajpa. Wygląda na całkiem sympatyczną spelunę, ale w kwietniu okazuje się być zamknięta na głucho.



A wracając do Drevenki - tu ogródek piwny też urzeka wystrojem :) Szkoda, że jest tego dnia zbyt zimno, aby tam przesiadywać.


Widać, że gospodarze Drevenki są miłośnikami klimatów motocyklowych i punk-rockowych. Na ścianach wiszą gitary, motory, kapelusze i tysiące innych fajnych rzeczy!



I co bardzo dla nas istotne - nawet trochę mówią po polsku. Gospodarz opowiada, że trochę się poduczył w dawnych czasach, gdy przyjaźnił się z wykonawcami zespołu Dezerter i często spotykali się w Wałbrzychu.

I teraz pytanie - czy to jest Muminek? czy jednak coś innego? ;)


Bo są na stanie też inne odmiany hipopotamów!


Miło chwilę posiedzieć w cieple, gdy nie leje się za kołnierz. Ale zespół niespokojnych nóg wzywa - trzeba gdzieś podreptać. Pada na sąsiednią miejscowość Jestřebí. Mają tam ponoć ruiny zamku. Na skale, a jakże!

Gdzieś po drodze.



Właściwe osoby na właściwym miejscu :P Chociaż myślę, ze do poprawki, bo nie ma kokardki!


Widok z oddali na Provodin. Chyba gdzieś po prawej widać dach Drevenki. Nad miejscowością góruje ogromny gmach. Poszliśmy sprawdzić czy aby nie opuszczony ;) Budynek na oko wyglądał na silos, ale zajmują się tu raczej przeróbką drewna niż ziarnem.


Wspomniane wcześniej ruiny zamku różnią się od poprzednich obecnością poręczy, schodów i barierek, więc nie jest już tutaj aż tak miło. Co jednak cieszy - że brama z kratownicy jest otwarta a wokół żywej duszy. Widoki też nawet całkiem ładne, mimo że pagórek nie jest wysoki.






W sumie najciekawsza jest ta baszta w czapce. Albo jakby ją coś obrosło? Albo chciało zjeść? Różne mamy teorie ;)



W kolejny dzień, również dosyć deszczowy, postanawiamy się wspiąć na niewielką, olesioną górkę zwaną Špičák.

Miejscowość Česká Lípa opuszczamy w takich oto mglistych okolicznościach.


Co nas sprowadza w to miejsce? Ano ponoć na szczyt wchodziło kiedyś dziwne, drewniane torowisko. Była to tzw. kolej linowo - terenowa, która zaopatrywała w potrzebne towary przekaźnik telewizyjny na szczycie owego Szpiczaka. Ciekawostką była właśnie ta jej nietypowa nawierzchnia, ponoć bardzo rzadko spotykana.

Taki opis znalazłam. Informacje ze strony: LINK

"Kolej posiada archaiczną nawierzchnię torową – tor drewniany. W czasach obecnych tego rodzaju nawierzchnia kolejowa jest bardzo rzadko spotykana. Kolej ma około 300 m długości i około 150 m przewyższenia. Służy do transportu elementów, części zamiennych i wyposażenia przekaźnika. Na szczyt góry nie prowadzi bowiem żadna droga kołowa, ani nawet szersza ścieżka. Uniemożliwiało to dostarczanie cięższych przedmiotów z wykorzystaniem transportu samochodowego. Powyższy stan rzeczy zaważył na budowie drewnianego torowiska o rozstawie około 500 mm, łączącego końcówkę drogi u stóp góry z wierzchołkiem. Podstawowymi elementami tej kolei są też (schowane w wieży) wciągarka i wózki. Kolej linowo-terenowa na górze Špičak stanowi prawdopodobnie jedną z ostatnich linii tego typu na świecie. Jeszcze w 2003 była używana, w miarę występujących potrzeb."

Zdjecie pochodzi ze strony


No i myśmy postanowili to torowisko odnaleźć. No i co? No i lipa... Tak... czeska lipa. Już wiem skąd ta nazwa ;)

Nie miałam dokładnych namiarów, gdzie owe drewniane konstrukcje mogłyby się znajdować na zboczach, no ale wymyśliłam, że docierając do przekaźnika na szczycie być może z niego właśnie coś będzie wychodzić - jakaś lina, wygnieciony ślad, cokolwiek...

Przekaźnik był. Mocno zarośnięty zarówno drzewostanem, jak i wysokimi płotami.


Znaleźliśmy też nieco poniżej mały, opuszczony budyneczek, coś jakby piwniczka. Wymalowany wewnątrz na wściekle niebieski kolorek. Nic ciekawego w środku nie było, ale pozwoliło na chwilowe schronienie się od ulewnego deszczu.





I teraz pytanie - torowisko rozpadło się, przeniosło magicznie w inny wymiar czy może to my nie umiemy szukać? Minęło 20 lat od kiedy ponoć kolejka zakończyła swą działalność. Drewno butwieje szybko, no ale coś, wydaje się, że musiało zostać. Chętnie tam wrócimy, gdyby okazało się, że zbocza tej górki kryją jednak jakąś tajemnicę sprzed lat.

Wycieczka, mimo że bez specjalnych sukcesów eksploracyjnych i w zdechłą pogodę, miała jednak pewien urok. Świeża zieloność, nasączone kropelkami kwiaty i ten zapach. Ten odurzający zapach, który potrafi mieć jedynie mokry świat przełomu kwietnia i maja.





cdn

poniedziałek, 25 września 2023

Wiosenne Czechy cz.3 (2023) (Ronov, Hřídelík, Vilhost)

Kolejny dzień jest zdecydowanie zamkowy. Najpierw wycieczka na "ostrzycę" z ruinami na szczycie. Ronov się zwie to miejsce i początkowo nie mieliśmy go w planie, ale wpadł nam w oczy gdzieś na trasie. Szpiczata górka zwieńczona postrzępionym kwadracikiem zawsze jest zapowiedzią ciekawej wycieczki! Zbliżenie na zoomie potwierdza, że zamek wpadnie w nasze klimaty i sprosta wygórowanym wymaganiom :)


Trasa zaczyna się kwitnącym tunelem. Wiosna ma w sobie jakąś taką niewyobrażalną radość! Człowiek może się wybrać na spacer za stodołę i z każdego krzaczka, kwiatka czy pączka spływa na niego szczęście, optymizm i poczucie szerokiej przestrzeni!



Potem jest już tylko lepiej! Zbutwiałe, pokręcone konary, na bazie których budzi się nowe życie - a to kowaliki dokazują, a to mech się zieleni, a to kępka mleczy urosła w dawnej dziupli.






Można też wsadzić nos w trawę :) Pisząc tą relację jesienią, pojawia się taka niesamowita tęsknota za tym cudnym okresem roku. Ech! Znowu trzeba czekać pół roku by paść się na łąkach i w przydrożnych rowach!



Jesteśmy tutaj odrobinę za wcześnie. Jeszcze dzień, jeszcze dwa, jeszcze odrobinę słońca - i te pąki przeistoczą się w kwiaty. W całe ściany kwiatów! Ale to będzie zapach!


Ogólnie widoczność jest dzisiaj marna. Horyzont zdaje się być zamglony i jakiś taki jak "brudny"...




Trza się więc cieszyć tym co blisko, tym co na wyciągnięcie ręki. No a jest czym! Stare mury zawsze mają w sobie urok i moc przyciągania! Zwłaszcza te puste, ciche, zarośnięte... Gdzie oprócz nas nie ma nikogo. W takich warunkach chętniej opowiadają nam legendy sprzed lat.





Tu dodatkowo mamy super zagospodarowanie współczesne - jest wiatka i trzy miejsca ogniskowe. Widać miejscowi postrzegają takie miejsca podobnie do nas! Zaraz się nam przypomina zeszłoroczny wieczór na Ostrym!


Bardzo klimatyczne jest też połączenie zamkowych murów ze słupami wulkanicznych skał!




Siedzimy sobie na górze z pół godziny, oddając się urokowi chwili. Trochę się przejaśnia, wyłaniają się kolejne plany pofalowanych wzgórz i sterczących ostrzyc.


Dalekie plany fajnie pooglądać aparato-lunetą. Przenosi to mnie na odległe piramidy wzgórz, nad rozlewiska czy do rozciągniętych po dolinach wiosek. Jak ja kiedyś żyłam bez zooma??




U podnóża zamkowej góry mamy okazję obserwować stawianie dziwnej plantacji. Wysokie tyczki połączone dachem z drutu, gdzie co chwilę są ogoniaste węzełki. Dziwujemy się nietypowej konstrukcji. Potem gdzieś mnie uświadomili, że tak hoduje się chmiel. Nic dziwnego, że potem takie piwo jest smaczne, które sobie rosło patrząc na zamki, ostrzyce i skałki pełne rozpadlin, grot i innych, dobrze ukrytych niespodzianek!




W wiosce Blizevedly rozbimy zakupy. Bardzo sympatyczny sklepik się trafił!


W ogóle cała ta miejscowość jest bardzo miła dla oka i spacer jej uliczkami powoduje radość na gębie przy wyszukiwaniu co bardziej smakowitych zaułków!




Nie wiem czy to jest nasza nadinterpretacja, ale wydaje się, że ten płot miał coś kiedyś współnego z koleją ;) A może z jakiegoś innego miejsca akurat wtedy owiał nas znany i lubiany aromat?



Na skraju owej miłej wioski przyczaiła się ruina zamku Hřídelík. Niby rzut beretem od zabudowań, a jest tu pusto, odludnie i czuć klimat dzikości. Może po prostu tak jest dziś? Tylko teraz? I szczęśliwie trafiliśmy w to dobre mgnienie czasoprzestrzeni?

Na pierwszy rzut oka nie wygląda toto na zamek ani ruiny takowego. Po prostu skała.


Ciut dokładniejsze oględziny pozwalają jednak zauwazyć fragmnety muru czy innych udogodnień, do których była przyłożona ludzka ręką.






A na murach, cegłach i kamulcach - skalniaczek! Jakby ktoś nasadził i pielęgnował!






Schody znikąd donikąd...


I kilka otworów prowadzi gdzieś do wewnątrz, skąd duje chłodem i wilgocią.


Wnętrza tajemnych przejść utwierdzają w przekonaniu, że to nie naturalna jaskinia i samo to sie nie ukulało w takiej formie.








Skała, w ktorą są wkomponowane resztki zamku, jest dość "dziurawa" - pełna jaskiń, grot, nawisów z filarami.




Ściany mają tu przeciekawą pumeksowatą strukturę, zawierająca setki malutkich otworów, gdzie nawet krasnoludek by nie wlazł - chyba dogodne tylko na gniazda dla os i szerszeni!


Mają tutaj też plac zabaw! I takie huśtawki to ja rozumiem! Stajesz na zboczu pagóra i ziuuuuuuu! szybujesz wysoko wysoko! a wiatr gwiżdże w uszach! To jest zabawa, a nie jakieś to tamto!




Zaglądamy też w okolice wioski Hvezda. Zostawiamy naszego super maskującego się busia na zakręcie, przy skrzyżowaniu z polną drogą. Wokół otaczają nas zieleniejące pola i biel kwitnących drzew. Wszystko pachnie świeżością, ziemią, tajemniczością!


Samotne kapliczki ulubiły sobie rozstaje dróg.



Zbocza pagóra zwanego Vilhost porastają białe skałki. Pełno tu grot, jak w jakiś skalnych miastach. Acz większość z nich raczej zdaje się być niedostępna bez lin czy szczególnych umiejętności wspinaczych.



Na niektóre obłe skałki dajemy radę wyleźć.


I znów Bezděz.


Tego skubańca to zewsząd widać!


Na innym wzgórzu też siedzi jakaś opuszczona baszta! Tu chyba tak jest na każdej górce! (jak ktoś mi podpowie co to za zamek to będę bardzo wdzięczna, dopiszę do relacji i może niebawem się tam wybiorę?)


A ten mocno zamglony szpiczak gdzieś daleko - to chyba Jested?


Rzut oka na Vilhost z okolic Stribrnego Vrchu.


Obłe szczyty skał porastają sosny. Takie pokręcone i powyginane w malownicze kształty. To zupełnie co innego niż ta "sosna przemysłowa" z nizinnych plantacji.





Grzybki skalne całkiem solidnych rozmiarów.


Gdzieś w okolicy. Nawet jakiś szlak tam był, ale już nie pamietam jaki.


Drogi wycięte w skale. Chyba to nie miało szans się tak samo wyerodować?



Drewniane schodki na szlaku. Na takowym etapie zbutwienia zaczynają już dodawać uroku okolicy!


Wiele tutejszych skałek ma (lub miało) jakieś zastosowanie użytkowe. Jedną przerobiono niegdyś na kaplicę. Przynajmniej tak twierdzi mapa. Obecnie niewielka komora jest wewnątrz pusta.


No i są schodki na górę - takie wyżłobione w skale. Nie omieszkamy skorzystać i wspiąć się na "dach"!



Tu czekamy na zachód słońca, ktore zachodzi gdzieś za górką tak że go nie widać ;)


Ale kolorki nieba się zmieniają, no i czuć pizgający oddech kwietniowej nocy ;)


Zostajemy na nocleg na naszym kwiecistym placyku! Wieczorem kabak podnosi lament, że śnieg pada! A to tylko wiatr się zerwał i sypie płatkami! Do rana mamy całą szybę busia w kwieciu! Można by do koszyka zbierać i rozdawać dzieciakom - tym co na procesjach rzucają ;)


cdn