Pierwszy godny uwagi obiekt namierzamy już w Łukowicach Brzeskich, gdzie zatrzymujemy się, aby wyskoczyć za krzaczek. Przy okazji oglądamy ruiny wiatraka - setki razy go widziałam przejeżdżając, ale pierwszy raz mam okazję zajrzeć do środka.
![]() |
![]() |
|---|
Droga, którą wybraliśmy (już po czeskiej stronie), oczywiście okazuje się być nieprzejezdna. Jakoś mamy zawsze cholerne szczęście do namierzania zamkniętych dróg. Klucząc jakimś objazdami trafiamy na rozległy, widokowy plac. Mówimy, że fajne miejsce na nocleg by było. Acz dzisiaj mamy inny plan, więc jedziemy dalej.
Miejsce, gdzie parkujemy, niedaleko miejscowości Vidly, dla odmiany nie ma zbyt wielu pozytywnych określeń, jakie można by o nim użyć. No może oprócz tego, że jest dokładnie tam, gdzie sobie zaplanowaliśmy powędrować a potem spać. Udaje się wcisnąć w ostatnie wolne miejsce, ale busio musi mocno wciągać brzuszek. Przynajmniej połowa aut to Polacy. Tak... Za blisko od granicy, więc i tu nas majówka dorwała...
Szybko opuszczamy to siedlisko jazgotu, łupiącej muzyki i ujadania psów. Niezbyt pozytywne myśli wirują nam w głowach - może trzeba stąd natychmiast spierdzielać? Byle dalej? Byle gdzie indziej? Może to był największy, najgorszy błąd, żeby przyjechać akurat tutaj???
W lesie udaje się ochłonąć dosyć szybko. Jest pusto. I tak już pozostaje. Nie wiem gdzie poszedł ten dziki tłum z parkingu - ale nie tutaj. I uprzedzając nieco fakty - szczęśliwie jak wróciliśmy wieczorem to również z parkingu się teleportował. Została jedynie ekipa Czechów paląca w wiacie ognisko i jeden polski kamper, zupełnie bezinwazyjny.
Co pierwsze zwraca uwagę w lesie? SZUM!!! Ten sam szum świerkowego lasu! Identyczny jak w sierpniu. Chyba nigdzie świerki tak cudnie nie szumią jak w Jesenikach! To jest chyba jakiś znak firmowy tych gór! :)
Świerk to chyba moje trzecie ulubione drzewo - zaraz po brzozie i sośnie! :)
I jest z nami Wiewiór. Macha kitą przy każdym kroku i ciągle trzeba mu dawać nowe szyszki, bo ma wilczy apetyt.
A w ogóle to zmierzamy na szczyt zwany Lyra. Już na pierwszym skałkach się rozsiadamy, bo zdecydowanie nadeszła pora obiadowa - trzeba wciągnąć jakąś bułeczkę, by mieć siłę iść dalej.
Był plan zapodać odżywianie już na parkingu, no ale jego stan zapewne wywołał by znaczną niestrawność przy podjęciu takiej próby. A tu jest bardzo przyjemnie, skały mamy dla siebie tzn. musimy je dzielić jedynie z gigantycznymi mrówkami i jedną jaszczurką, która dziwnie wokół nas krąży ;)
Widoki stąd są dość ograniczone, ale coś obłego tam gdzieś przeziera. Zawsze coś dla zawieszenia wzroku podczas wbijania zębów w kanapkę.
Kolejne skałki Lyry okazują się jeszcze ciekawsze.
Przełazimy wąskim korytarzykiem, gdzie pozostały jeszcze jęzory lodu.
![]() |
![]() |
|---|
Przestrzeń, która się otwiera tu przed wędrowcem, prezentuje się całkiem akceptowalnie. Jak okiem sięgnąć ani jednego zabudowania! :)
Schodzimy, przysiadając czasem na zboczach, w co bardziej urokliwych miejscach, gdzie urzekną nas widoki czy korzeniowiska. A dookoła świeżość - aromat potoków i żywicy, ktorą nawiewa wiatr. Jaki miły ciepły wiatr! Jak totalnie inny niż to lodowate coś jeszcze sprzed tygodnia!
Przy skrzyżowaniu stokówek stoi drewniany budynek. Sedlovka - głosi napis.
Pasowałoby tu schronisko albo przynajmniej knajpka. Może kiedyś było?? Bardzo przyjemne to miejsce i przelatuje przez głowę myśl, że bardzo szkoda, że jest zamknięte. Ale czy to nie tak, że jest ono takie miłe właśnie dlatego, że nie jest czynne? Dlatego, że teren wokół wypełnia tylko świergot wiosennego ptactwa i szum otaczającego lasu? Gdyby było otwarte i podawali tu piwo z frytkami - czy atmosfera nie byłaby jak na parkingu, z którego tak szybko uciekaliśmy? Pozytywne doznania gastronomiczne to nie wszystko. A "żarcie" = "tłum".
Wspinamy się na Žárový Vrch. Coby nie było nudno - tu skałka, tam skałka.
Ściana świerków i ściana modrzewi - oddzielone ścieżynką.
I jeszcze jedno co zauważyliśmy w Jesenikach - tu jakoś odległości są krótsze, góry są niższe i mniej strome niż wydawałoby się z mapy. Drugi raz tu jesteśmy w rejonie - i drugi raz to samo. Planuję jakąś trasę i myk, myk już jesteśmy na górze, bez zadyszki, o niebo szybciej niż by się wydawało. A czas jakby się wydłużał i płynął wolniej. Dziwne miejsce...
No więc Žárový szczyt pojawia się iście znienacka ;)
A na Pradziadzie i okolicznych graniach to jeszcze płaty śniegu leżą!
Na bałwana by starczyło ;)
Dobrze, że nas tam nie ma. Tu mamy ciepłe, wygrzane skałki - do wyboru do koloru. Jest gdzie powłazić. Wiewiórowi się chyba bardzo podoba, bo ciągle macha kitą :)
Klucząc po lasach namierzamy też bardzo przyjemne miejsce ogniskowe - pod skalnym okapem, więc i na deszczowy dzionek jak znalazł. Nie wykorzystujemy go niestety zgodnie z przeznaczeniem, bo raz, że już wszystko zjedliśmy i grzankę można by zrobić jedynie z Wiewióra ;) Dwa, że woda też się skończyła i nie byłoby za bardzo czym gasić. No ale miejsc piękne - i kto wie? Może kiedyś?
Powrót przez lasy rozświetlone zachodzącym słońcem.
Tuptamy przez połacie szyszek.
![]() |
![]() |
|---|
Wieczorny cień powoli wpełza na stokówki. A im słońce opada niżej - tym las zaczyna szumieć bardziej solidnie.
Czasem niespodziewanie między drzewami błyśnie widoczek.
Po całkiem ciepłym i przyjemnym dniu noc nastaje tak lodowata, że przez dwie godziny nie mogę się zagrzać, mimo śpiwora i dwóch ciepłych kocy. Pomaga dopiero kurtka puchowa i trzeci koc. Dopiero w takiej gawrze udaje się usnąć. Masakra - jak krótkie są te okresy w roku, gdy człowiek nie marznie i może z siebie ściągnać ten milion szmat!
cdn































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz