bubabar

wtorek, 17 marca 2026

Bieszczadzki Gigant Rajd (2006) cz.1 - Smolnik, Połonińskie, Czerenna, Dydiowa

Prawie 20 lat temu...

Zbliża się majówka roku 2006. 9 dni wędrówki przed nami. Wiosna się budzi - pierwszy namiotowy wyjazd w roku. Po zimowej, wymuszonej odsiadce radość więc wylewa się uszami :)

Zazwyczaj w tamte lata dawałam znać o szykującym się wyjeździe wszystkim znajomym. Potem i tak jechała garstka - w porywach 5-6 osób. Zwłaszcza na wyjazdy dłuższe niż weekendowe. Bo temu nie pasowało, ten nie mógł, a ów miał już inne plany. Nieraz i ci co się zdeklarowali - rezygnowali w ostatniej chwili. I kończyło się tak, że mimo szerokiego odzewu, jechaliśmy tylko we dwójkę z toperzem.

Tym razem jednak było inaczej. Prawie wszyscy, którym dałam znać o wycieczce - zakrzyknęli: "Tak jadę". I co więcej - nie tyle, że nie zrezygnowali w ostatniej chwili, ale zabrali jeszcze ze sobą rodzinę i znajomych! O skali problemu przekonujemy się dopiero na dworcu w Sanoku. Ja pierrdziuuuu! Tego jeszcze nie grali - zebrał się naprawdę spory tłumek! Jak to mówią - "klęska urodzaju" albo "przeniosło górą". Sporo osób z ekipy widzę po raz pierwszy. I te nerwowe spojrzenia i pytania znajomych: "buba - a oni wszyscy są z nami????"

Z jednej strony fajnie, wesoło, pozna się nowych, zapewne ciekawych ludzi. Ale jak my taką bandą będziemy wędrować, zwłaszcza w terenach, gdzie w ogóle nas nie powinno być? Jak my się zmieścimy do chatek?? I czy oni w ogóle zdają sobie sprawę na jaki rodzaj wyjazdu pojechali? Różne wątpliwości targają mną na ten moment...

W sumie było nas około 20 osób. Nie mam niestety żadnego zdjęcia, gdzie byłby komplet. Pewnie głównie dlatego, że nie miałam wówczas aparatu z samowyzwalaczem. Poza tym tej wielkości grupa, nie będąca harcerzami w dwuszeregu - ma niesamowitą zdolność do rozpełzania się. To chyba dwa zdjęcia zawierające największą część zgromadzonego pogłowia.


Zdjęcia w relacji pochodzą z aparatów różnych osób i w większości już nie pamiętam, które są czyje, bo potem się wymienialiśmy kliszami. Najłatwiej będzie odróżnić te, które pochodzą z nowiutkiej cyfrówki toperza - ich nie musiałam fotografować w albumie i walczyć z odbijającą się w ich powietrzni szafą czy oknem ;)

Podróż pociągami do Sanoka w okresie okołomajówkowym zazwyczaj wygląda podobnie - w korytarzu jak w puszce ze śledziami!


Akuku!! Długo się jedzie, więc trzeba wyciągnąć karimatki i wygodnie się ułożyć.


Najwygodniej to ma chyba kociołek! A na pewno ma największą przestrzeń!


W którymś z pociągów (było ileś przesiadek) udało się usadowić w przedziale. Koleś w środku (o dziwo! ;) ) nie jest z naszej ekipy - jedzie na wyjazd służbowy. Właśnie się poznaliśmy. Pamiętam, że częstował nas pyszną kiełbasą ze słoika, domowa produkcja jego żony. Na zdjęcie załapał się też mój pierwszy, zielony chlebak. Taki w deszczyk. To był mój ulubiony, ale bardzo szybko się podarł.


Obiad zjadamy gdzieś przy drodze w Sanoku, a wiosna otacza nas wszędzie wokół! :)


Z autobusu wysiadamy w Smolniku i stąd zaczynamy pieszą wycieczkę. Pod cerkwią mamy punkt zborny, gdzie dołącza jeszcze kilka osób (które jechały stopem czy innym PKSem)


Wielka rozkmina nad mapą. Gdzie by tu dziś uderzać na nocleg?? Gdzie będziemy szli jutro? Gdzie jest najbliższy sklep?


Ostatecznie wychodzi na to, że musimy sforsować San, w miejscu gdzie nie ma mostu. W tym momencie chyba co niektórzy z ekipy po raz pierwszy się zorientowali, że wycieczka, na którą się wybrali, niekoniecznie będzie wyglądać tak, jak sobie ją wyobrażali ;) A na odwrót i zmianę decyzji jest już trochę za późno ;)

Kuba przeciera nam drogę, sprawdza brody, gdzie jest najpłycej. Dzielny Kuba!


Rzeka nie jest tu jakoś bardzo głęboka, ale nie jest też bardzo płytka ;) Prąd w większości miejsc nie jest bardzo silny - ale to właśnie jest najgorsze. To usypia czujność. Bo idziesz sobie spokojnie, a tu nagle podcina ci nogi... Nie wiem czy to wiry czy może mocniejszy przepływ jest nieraz przy dnie? W sumie w całej akcji najgorsze jest to, że do tej rzeki w ogóle trzeba wejść. A woda jest upiornie zimna! No nic nie poradzisz - kwiecień dopiero mamy. Ostatecznie chyba nikt się nie skąpał, nie było strat ani w ludziach ani w plecakach. Acz ilość posiadanych zdjęć z rzecznego fragmentu sugeruje, że był to istotny, emocjonujący i pamiętny odcinek naszej wędrówki.


Płytowe drogi prowadzą gdzieś w dal.


Odchodzimy kawałek od Smolnika. Na nocleg rozbijamy się na łące. Początkowo nic nie wróży kłopotów.


Jest dosyć mokro, więc długo rozpalamy ognisko. Więcej daje dymu niż ciepła, a gdy przestajemy dmuchać - natychmiast gaśnie. Tak to bywa z tymi bieszczadzkimi ogniskami, na drewnie liściastym, w wiecznej wilgoci.


Udaje się jednak ugotować ryż czy tam inną kaszę, będącą podkładem dania wieczoru. Bo na kolację oczywiście pulpa :) Wyniknął jednak mały problem - mamy jeden kociołek, niewielkich rozmiarów i 20 gęb do nakarmienia. Wydaje się, że nie ma opcji na powodzenie przedsięwzięcia - nasz kocioł to jest w porywach żarcie dla kilku osób. A co z resztą? Kto będzie jadł? Losować? Czy kto pierwszy ten lepszy? Głupio jakby w pierwszy dzień wyszły jakieś niesnaski pt. "buba, gdzie ty nas zabrałaś! - najpierw kąpiel w lodowatej rzece a potem nie ma nawet żarcia". A tą pulpę to chyba wszystkim reklamowałam, że będzie pierwszego wieczoru - ale podejrzewając, że będzie nas góra 6 osób, jak zwykle ;) Jednak jak to mawiają: "nigdy nie mów nigdy". Maciek, będąc chyba jeszcze większym niż ja miłośnikiem pulp wszelakich, ochoczo uczestniczy w przygotowaniu posiłku. I wsypuje do pulpy dużo ostrej papryki. BARDZO DUŻO O S T R E J PAPRYKI. Pulpa wyszła pyszna, ale pali żywym ogniem. Każdy zjada po kilka łyżek i ma dość. Magia! :) Wszyscy się najedli!


Niektórzy dojadają marchewkami :)


Noc mija spokojnie, choć niektórzy bali się niedźwiedzi bo cały wieczór się nawzajem nimi straszyliśmy. Chłopaki nawet próbowali ryczeć przed namiotami dziewcząt, ale jak jedna z koleżanek podsumowała: "brzmiało to raczej jak wściekłe kojoty" ;)

Rano nie palimy już ogniska. Gotujemy na butlach i nieśpiesznie się zbieramy w sielankowej atmosferze cichej łąki wśród pustych, łagodnie pofalowanych wzgórz. Nagle słyszymy ryk silnika, który szybko się zbliża. Rozpędzona terenówka wpada na łąkę. Wyskakują z niej myśliwi i zaczynają drzeć japę. Że rozbiliśmy się w niedozwolonym miejscu, że popamiętamy. Że to najgorsze miejsce jakie mogliśmy wybrać, bo tu rośnie topinambur i na nim się karmi zwierzyna, a my jesteśmy wandale i niszczyciele przyrody, bo tu żyją endemiczne żuczki. Że złamaliśmy serce niedźwiedziom, które przez nas padną z głodu i w ogóle cała fauna Bieszczadów przestanie istnieć. Ale spotka nas zasłużona i dotkliwa kara, bo już zaraz przyjadą służby - leśne, graniczne, policja, 10 wozów bojowych antyterrorystów i egzorcyści zapewne też. On już wszystkim dał znać i teraz po nich jedzie! I nie mamy co uciekać, bo i tak nas złapią, zwiążą, aresztują, zastrzelą, a nasze truchła pewnie wystawią przy pętli obwodnicy celem postrachu dla innych niepraworządnych turystów. Po czym odjeżdża z piskiem opon i z zasłoną dymno-kurzową, ryjąc kolejny ślad na świętej łące...

Uciekać nie zamierzamy - ekipą tej wielkości nie schowamy się raczej za drzewem, a skoro oni mają auta terenowe, więc nas i tak dogonią gdziekolwiek pójdziemy. Składamy więc dalej nasze obozowisko - tak jak mieliśmy w planie. Może jedynie dokładniej przykładamy się do zamaskowania miejsca po ognisku, którego nasz kochany myśliwy szczęśliwie nie zauważył, choć może szkoda, bo wtedy już na bank by dostał apopleksji i był święty spokój. Chwilę później znów wtacza się na łąkę jego auto (ryjąc kolejny, trzeci już ślad). Z terenówki wysiada leśniczy, który jest w nastroju zdecydowanie mniej bojowym. Mówi, że tak, racja, nie wolno tu biwakować i musi nam wypisać mandat. Pyta kto jest szefem grupy i tu zaczyna toczyć wzrokiem głównie po facetach i to tych solidniejszej budowy ciała. Kuba jakoś stał najbliżej - "pan jest szefem grupy?". I jak to potem Kuba powtarzał: "I tak zostałem szefem grupy przez aklamację" ;) Mandat więc zostaje wypisany na Kubę. Chyba to było 100 zł (czyli do podziału na 20 osób). Już nie pamiętam czy myśliwy przy tym był, czy raczej odjechał z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku (ryjąc czwarty ślad na świętej łące). Chyba jednak odjechał, bo jakby był - to pewnie by jednak owej apopleksji dostał ;)

Co najciekawsze - kilka lat później znajomy mi opowiadał, że tą łąkę ktoś kupił. Wjechały na nią buldożery, zryły teren i powstały domki jednorodzinne, pensjonat czy inna tam zabudowa. I już nie ma topinamburu i endemicznych żuczków. Wszystko w majestacie prawa i pewnie miłośnicy Bieszczadów biją brawo, że region się tak pięknie rozwija. Było takie stare, smutne przysłowie : "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".. Tyle w temacie...

A my tymczasem tuptamy dalej. Pojawiły się raz i drugi w ekipie nieśmiałe pytania w stylu: "kiedy będą góry?" albo "na którą połoninę pierwszą wejdziemy?". Z kilkoma osobami, z którymi znamy się od dawna jak łyse konie i często razem jeździmy, zamieniamy tylko nerwowe spojrzenia ;) Bo trzeba coś odpowiedzieć. Najlepiej prawdę. Tylko trzeba się jakoś wznieść na wyżyny swojej elokwencji, aby frazę: "takich gór o jakich myślicie to raczej nie będzie wcale" - ująć w sposób delikatny i przystępny ;)

Póki co tuptamy stokówkami, wijącymi się przez łąki i zagajniki. Gdzieś tu mijamy tereny dawnych wiosek Połonińskie i Czerenna. Przynajmniej tak mówi moja mapa. Bo jakichkolwiek pozostałości raczej nie napotykamy. Nawet drzewek owocowych za dużo tu nie ma.


Te góry, których temat się przewijał, gdzieś tam są. W jakimś stopniu (dla niektórych zbyt niewielkim) wciąż nam towarzyszą. A to białe, co tam leży na szczytach, jakoś nie wygląda zachęcająco...


Po drodze czają się różne niebezpieczeństwa, np. panowie odziani w zieleń wyłaniający się z krzaków. Nie muszę chyba wspominać ile trwa spisywanie 20 osób? Szczęśliwie przy takiej ilości jest na tyle duży rozgardiasz, że osobę, która zapomniała dokumentów udaje się na czas ulokować w krzakach ;)


Jedno jest pewne - dzika zwierzyna raczej będzie nas omijać z daleka i nie szukać kontaktu. No chyba że lokalne niedźwiedzie cierpią na bulimię? ;)


Ktoś narzekał na stokówki. No to jak na życzenie - skończyły się! Przed nami autentyczne, niepodrabiane bieszczadzkie błoto. Dla prawdziwych koneserów gatunku.


Niespiesznie acz konsekwentnie zbliżamy się do Dydiowej. Moim zdaniem jednej z piękniejszych dolin. Stepowe, płowe łąki, otoczone pętlą Sanu, który stanowi tu granicę. Teren leżący na półwyspie wcinającym się w Ukrainę, co dodaje mu atmosfery dzikości, tajemniczości i poczucia "końca świata".


Ostatni postój na którejś z widokowych łąk. Pamietam, że ktoś z ekipy poruszył temat dzwonu z Dydiowej. Bo przed wysiedleniami miejscowa ludność zdjęła i zakopała cerkiewny dzwon. Gdzie - nie wiadomo. Ponoć nie został już nigdy odnaleziony. No i teraz ktoś zauważył, że w jednym miejscu łąki dudni jakoś inaczej, bardziej głucho. Wszyscy więc kolejno podchodzą i tupią. Faktycznie! Jak nad bunkrem. Siedzimy więc i rozkminiamy czy tam przypadkiem nie ma dzwonu, jak głęboko go zakopali i czy w chatce nie ma przypadkiem łopaty ;)


Naszym głównym celem nie jest sama dolina - a coś co w niej stoi. Chatka!!!! :) Jest to bacówka, pozostałość po prowadzonym tu niegdyś wypasie. Jedno z bardziej urokliwych miejsc w polskich górach, jakie udało mi się napotkać. Jest to już niestety melodia przeszłości - chatka spłonęła w 2018 roku. Różne krążą pogłoski na ten temat - od zaprószenia ognia przez nierozważnych turystów, po celowe podpalenie przez nowego właściciela terenu, który chciał się pozbyć miejsca, gdzie przychodzą wędrowcy. No ale póki co mamy rok 2006 i możemy się tym miejscem cieszyć.


A wokół wybuch wiosny! Wśród płowych, zeszłorocznych traw wiją się wilgotne młaczki pełne kaczeńców i zawilców! Jak to pachnie - ziemią, świeżością i radosną perspektywą! Bo to oznacza, że kolejną parszywą zimę udało się przetrwać! I wszystko przed nami! Pół roku radości! :)


Hitem imprezy okazuje się fajka! Kto ją przywiózł - już nie pamiętam. Fajka chodzi w kółko i jej aromat na zawsze będzie mi się kojarzył z Dydiówką i cudną atmosferą tamtego wiosennego popołudnia.


A wieczór znów mija przy ogniu...



cdn

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz