Busia zostawiamy przed mostkiem, na skraju lasu. Dalej tuptamy pieszo drogą wyścieloną dywanem z szeleszczących liści.
Dobrze, że nie zdecydowaliśmy się przyjechać tu od strony wału, bo byśmy zapewne utonęli.
Mostek ktoś podprawił. Wygląda zdecydowanie solidniej niż podczas naszego poprzedniego pobytu w tych stronach. Teraz powinien busia utrzymać, ba! nawet traktory po nim jeżdżą.
Wąski pas mętnej wody wije się wśród starych drzew. Podążamy jego brzegiem, przedzierając się przez chaszcze kolczastych jeżyn, splątane krzewy i zabagnione fragmenty pełne płowych traw. Co chwile ktoś z ekipy leci na pysk potykając się o dobrze ukryty pieniek albo zostaje złapany za włosy przez gałąź, dziwnie przypominającą zdrewniałą rękę. W wodzie pełno jest konarów schrupanych przez bobry, a powierzchnię pokrywają kożuchy opadłych już liści.
Uwielbiam starorzecza za ich naturalny wygląd. Rzeki - próbują regulować, opowiadając o spławności albo walorach przeciwpowodziowych. Brzegi jezior podlegają masowo wszelakiemu zagospodarowaniu - pod dacze albo na "tereny rekreacyjne". Starorzecza - szczęśliwie w większości są zostawione w spokoju. I często właśnie tu, podobie jak na terenach poprzemysłowych, można znaleźć jeszcze namiastkę dzikości - nawet, gdy są położone blisko ludzkich osad czy głównych dróg.
Czasem chlupoczące bagna zasysają na tyle, że wędrówka w obuwiu zwyczajnym staje się bardzo utrudniona. Schodzimy wtedy na ścieżki lub po prostu walimy przez las, wyszukując jedynie twardego gruntu pod nogami.
I znów docieramy nad spokojne, ciche, gładkie wody.
Najfajniej jak wyjdzie słońce, bo dopiero wtedy zapalają się na dobre wszystkie jesienne kolory.
Mówi się, że niebo może się przeglądać w wodzie np. w kałużach. W błotnej mazi też może. Ta droga jest tego najlepszym przykładem :)
Docieramy w miejsce, gdzie starorzecze się nieco rozszerza i pojawia coraz wiecej śladów bobrzej działalności.
Na jeden powalony pień postanawiamy z kabakiem wyleźć.
Fajne takie "molo" prowadzące wgłąb starorzecza. Do busia nie mamy daleko - jak się skąpiemy to tam mamy ciuchy na przebranie ;)
Drzewo było stare, grube - pień ma więc szeroki. W wodzie leży stabilnie, nie buja się. Ale idzie się dość ciężko po takiej kładce, mimo braku realnych przeszkód. To chyba kwestia psychiczna i ta świadomość narastającego prawdopodobieństwa kąpieli, które się potęguje z każdym kolejnym krokiem naprzód ;)
Nagle na sąsiednie drzewo wbiega zwierzątko. Zwinnie wbiega - nie tak jak my. Coś jakby wydra? A ja durna aparat z zoomem zostawiłam na brzegu... Mam więc tylko takie zdjęcie. Jak się mocno wpatrzeć - można dostrzeć szczupłe, ciemne ciałko sunące po pniu.
Przerwa na pieczone kiełbaski!
Miejsce ogniskowe opuszczamy pod wieczór, gdy kolory stają się ciepłe, cienie długie, a spomiędzy krzewów zaczyna wyłazić kąsające zimno, typowe dla jesiennych wieczorów.
W kategorii "najbardziej błotnista droga" - ta dość wysoko stawia poprzeczkę ;)
Dzielny busio grzecznie na nas czeka w omówionym miejscu.
Powrót do domu. Zakopiemy się? Ostatecznie jednak udało się tego uniknąć ;)








































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz