Zbieramy się i ruszamy w kierunku Mucznego.
Mijamy wypał. Spójność krajobrazu jest zachowana - gryf gitary sterczy do góry podobnie jak kominy :)
W tamte lata, gdy człowiek nie miał aparatu z dużym zoomem, wydawałoby się, że podglądactwo jest trudniejsze. Ale jednoczesnie ludziska były jakoś mniej płochliwe i okazywali nieporównywalnie mniej agresji dla osób robiących zdjęcia. Jegomoście smolarze mają oględnie mówiąc na wszystko wyrąbane.
![]() |
![]() |
|---|
Czy to nie jest piękne, że człowiek nawet jak zgasi ognisko i od niego odejdzie - wciąż czuje ten wspaniały aromat? :) Retorty smolarzy - to jest dla mnie główny symbol Bieszczadów, a nie jakieś tam połoniny.
Dokładnego przebiegu dalszej trasy nie jestem w stanie odtworzyć. Prowadził nas kolega, Tomek, miejscowy znający te lasy jak własną kieszeń. Wiem tyle, że odbijaliśmy z drogi asfaltowej pomiędzy Mucznym a Tarnawą, gdzieś w zanikające ścieżki. Przechodziliśmy jakoś w rejonie Grandysowej Czuby, ale czy przez szczyt czy tylko zboczami - nie wiem. Zresztą czy ma to jakieś znaczenie? W pamięci zostały głównie mroczne, bukowe lasy, gęsto porastające mijane pagóry.
![]() |
![]() |
|---|
W oddali majaczą połoninne szczyty, pokryte jeszcze licznymi łachami śniegu. Ciągnie stamtąd chłodem. Tak jak na Dydiowej i w innych dolinach było już mocno czuć wiosnę - to tutaj to wrażenie przepada, znika i rozpływa się w mgle. A z owej mgły wieje lodem.
Ale bardzo źle nie jest - oznaki wiosny spotykamy na każdym kroku! :)
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
A tymczasem między drzewami zaczyna coś przezierać :)
Od bardzo dawna się tu wybierałam i dotrzeć nie mogłam, jakoś zawsze coś stanęło na przeszkodzie. Aż dziś nadszedł właściwy dzień! :) Chatka pod Obnogą przed nami! :)
![]() |
![]() |
|---|
Wnętrza jest dość trudno sfotografować, ponieważ wszystko jest przysłonięte ludźmi. Majówka, sam samiuśki środek majówki - noc z 1 na 2 maja. Więc chatynka pusta nie jest - i tu bęc! zwala się nasza banda. Poniżej kilka fotek z sali kominkowej. Śpiewy, degustacje, opowieści - fajnie było! :)
Herbata i żarcia podgrzewają się w kominku :)
Najbardziej utkwiły mi w pamięci 3 opowieści. Jedna o smolarzu z któregoś z bieszczadzkich wypałów, który by wygrać zakład z kumplami dał sobie odciąć ucho, a potem wszystkim opowiadał, że to efekt spotkania z niedźwiedziem.
Drugą opowieść snuł Maciek, z naszej ekipy. O wąskotorówkach z gorgańskich dolin, których sieć była niegdyś ogromna i rozgałęziona. Kolejki woziły głównie drewno, ale również i turystów, którzy wracali z górskich wędrówek albo po prostu chcieli w ten sposób powłóczyć się po dzikich dolinach, gdzie nieraz i dróg nie było. Wąskotorówki zniknęły w roku 1998, zmyte przez wielką powódź, która tamtego roku nawiedziła Karpaty. Na tyle zostały uszkodzone mosty i torowiska, że nie opłacało się już tego naprawiać. Pewien etap karpackich podróży przeszedł bezpowrotnie do historii - bez mojego udziału :( Do teraz pamiętam ten żal w duszy, że nie udało mi się ich zobaczyć i przejechać się, choć raz... A wiedząc jak to klimatycznie jest jechać gruzawikiem przez taką utopioną w błocie i ociekajacą deszczem karpacką dolinę - mogę sobie tylko wyobrazić jak to musiało wyglądać z dodatkiem całej malowniczości atmosfery kolejowej.
Trzecia historia była w pewnym stopniu związana z drugą, bo też w tematyce kolejowo-karpackiej, acz osadzonej w realiach rumuńskich. Opowiadał koleś poznany w chatce:
"Budzę się z twarzą w piasku. Po chwili dochodzę do wniosku, że to nie piasek tylko pył pomiędzy belami podłogi. Jakiś stary, ciemny budynek. Gdzie mój plecak? Gdzie moje rzeczy? Leżą obok, jest prawie wszystko. Tylko kurtka gdzieś przepadła i już nigdy nie została odnaleziona. Zbieram się i wychodzę na zewnątrz, próbując pozbierać myśli. Co widzę? Stacyjka. Torowisko. Wszędzie wokół góry. Nikogusieńko. Okazuje się, że to jedna z bardziej odległych stacji kolejki doliny Wazeru. Długo siedzę sam i próbuję na nowo poskładać rzeczywistość z postrzępionych urywków. Pociąg przyjeżdża dopiero za kilka godzin. Moje ostatnie wspomnienia to jak piłem palinkę z miejscowymi, pod sklepem w miasteczku, prawie 70 kilometrów stąd, 17 godzin temu..."
Opowieść jest z roku 2003. Koleś (którego imienia nie pamiętam) w ogóle pół wieczoru opowiadał o swoich rumuńskich wojażach, ale jakoś ten fragment najbardziej zapadł mi w pamięć ;)
Atmosferę chatki chyba najbardziej można poczuć ze zdjęć, gdzie źródłem światła jest tylko ciepły blask kominka, świec czy lamp naftowych. To chyba pierwsze moje pierwsze spotkanie z aparatem mającym coś takiego jak długi czas naświetlania. Nocne zdjęcie bez lampy? Co za czarodziejski wynalazek!
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
A poniższe zdjęcie początkowo uważałam za zupełnie nieudane - rozmazane, poruszone, no w ogóle do d... Ale w czasie wspólnego oglądania jeden z kolegów stwierdził, że to jest fotka najlepiej oddająca tzw. magię chwili - "Buba! Ja właśnie tak pamiętam tą imprezę, tak to wyglądało po 6 piwach!"
I coś w tym jest - wystarczy spoglądając na to zdjęcie zmrużyc mocno oczy... Od razu słychać chatkowy gwar, brzęk gitary, dudnienie kroków na strychu. Czuć zapach dymu, wędzonki i starego drewna. Czuć radość, że udało się tu dotrzeć i zmęczenie po udanym dniu :)
Noc jest zimna, las wokół wilgotny, korzeniasty i pełen niedźwiedzi, więc raczej nikt nie ma ochoty spać w namiocie. Chatka okazuje się być niesamowicie pojemna! Wszyscy się zmieścili!
Myśmy namierzyli najbardziej komfortową miejscówkę - pod schodami! :)
Tej chatki też już nie ma. Przestała istnieć w listopadzie 2007. Rzekomo "się spaliła", acz stwierdzenie to budzi ogromne kontrowersje, nieporównywalnie większe od pożaru Dydiówki. Jesli kogoś interesuje ten temat - TUTAJ jest dokładnie opisany przez bywalców chatki.
Rano pogoda jest nieszczególna. Jest zimno, mocno wieje i powietrze jest jakieś takie mokre... Niby nie pada, ale wisi lepka, wilgotna mgła, która na wszystkim osiada. Mimo wszystko decydujemy się iść przez Bukowe Berdo. No bo skoro już tu jesteśmy?
Niby wszyscy chcieli połonin, ale jak się na nie wybieramy - to idziemy w cztery sztuki: ja, toperz, Maciek i Julek.
Reszta schodzi w doliny. Szuka sklepu i spotkamy się z nimi w Widełkach albo już na noclegu. A w ogóle 1/3 ekipy wraca już do domu, bo sama majówka właśnie się kończy i nie wszyscy mają możliwość sobie ją jeszcze trochę przedłużyć. Nasza ekipa przestaje już więc być taka gigantyczna. Cóż, smutno trochę... Już się człowiek przyzwyczaił. I w sumie nie było wcale źle wędrować w takim składzie. Niepotrzebnie się martwiłam zawczasu.
Śniegu na szczytach leży jeszcze całkiem sporo, ale szczęśliwie płowych traw i skałek jest więcej i można się skupić na chodzeniu po nich, a białe placki omijać szerokim łukiem. Trawy falują, wiatr duje i co najważniejsze - nie ma nikogo oprócz nas. Totalna pustka! Jak nie w polskich górach. Idziemy, idziemy, siedzimy - i nikogusieńko jak okiem sięgnąć! Śmiejemy się nawet czy myśmy przypadkiem gdzieś granicy we mgle nie przekroczyli i nie dojdziemy na Pikuj jak mocniej będziemy wyciągać nogi ;)
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
cdn




























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz