bubabar

piątek, 3 kwietnia 2026

Śladami wapienników koło Gogolina (2026), Zakrzowska Szpica

To już nasz trzeci wyjazd w rejony Gogolina w poszukiwaniu wapienników. Byliśmy tu już wiosną i jesienią 2024.

Suniemy przez miasteczko, zaglądając w różne miejsca.


Zapuszczamy czasem żurawia w jakieś kamienne podwórka czy zaułki ogrodzone starymi murami.


Fajny znak! Bardzo przypadł nam do gustu! :)


Jak zwykle zagłębiamy się w pola na wschód od miasta.


Po co znów tu? Po raz trzeci w to samo miejsce? No bo znów podejmujemy próbę przedostania się do ruin wapiennika. W czasie pierwszej wycieczki okazało się, że już tak wybujało wszelakie zielsko, że nie ma szans się przedrzeć przez zagajnik pełen splątanej, kolczastej roślinności. Był kwiecień, ale stan wiosny, której by się nie powstydził koniec maja. No taki był rok. Przyjechaliśmy więc ponownie w październiku, gdy część liści juz opadło, a chaszcze zwiędły. Taaaaaa.... Zwiędły może w Oławie, ale nie tu! Zwarta ściana zieloności śmiała się z nas, wołając, że nie mamy tak ostrej maczety, aby jej zagrozić. Odpuściliśmy więc temat na prawie 2 lata, planując gdzieś w duchu wrócić tu, gdy roślin nie będzie już wcale - i co więcej spróbować obejść największy chaszcz i do wapiennika dostać się od strony przeciwnej. Mamy więc 8 marca i trójkę wędrowców znów na obrzeżach Gogolina, wierzących, że do trzech razy sztuka. Zieloności już wprawdzie zaczynają wypuszczać pierwsze pędy, ale do liści i łanów pokrzyw - jeszcze daleka droga. Mamy więc chyba szansę??


Od tej strony udaje się dotrzeć. Tylko że... wydaje się, że nie ma po co. Tu nic nie ma! Wiedziałam, że to ruina wapiennika a nie cały wapiennik, no ale bez jaj! Tu praktycznie nic nie zostało! Zarośnięta górka i wystaje trochę kamieni, informując, że jednak dobrze trafiliśmy i to jednak jest właśnie TO poszukiwane miejsce.


Ktoś mi kiedyś polecił to miejsce. I to ktoś komu można zaufać. Ponoć ruina miała być super, inna od wszystkich poprzednich wapienników i naprawdę robić wrażenie. Zaczynam więc się zastanawiać czy to np. nie był Prima Aprilis? No bo nie widzę innego rozwiązania...

Nieco zniechęceni obchodzimy pagórek dookoła. No bo skoro już tu jesteśmy. Postanawiam zajrzeć w otwór, acz wiem, że wnętrza wapienników zwykle nie są jakieś bardzo spektakularne.


Otwór jest wąski i trzeba przepełzać. W sumie włazimy tu bez wielkich nadziei...


Komora przed nami rozszerza się na kilka metrów. I na tyle samo wzwyż! Otwieramy gęby coraz szerzej!!!! Wnętrze tego nijakiego pagórka wypełniają kamienne pomieszczenia o półkolistych sklepieniach! Jak podziemia jakiegoś zamczyska, a nie byle wapiennik! Ja pierdziuuuuu!! A tak mało brakowało, że byśmy odeszli z tego miejsca z poczuciem niesmaku i niespełnienia...


Wyjście z drugiej strony jest większe i bardziej spektakularne. A myśmy jak durne pełzały po mokrej ziemi i czochrały się w liściach... Ech, na głupotę nie ma rady! ;)


Pagórek okazuje się być takim jakby "wulkanem" i te większe wejścia wgłąb znajdują się w jego wnętrzu. Wygląda to zupełnie jak jakiś stary fort? Albo sztolnie? Z wapiennikiem nie kojarzy mi się w ogóle!


Karolina - dzięki ci wielkie za polecenie tego magicznego miejsca! Jak ja mogłam w ciebie zwątpić??? I to drugi raz (pierwszy jak mnie zabrałaś do galerii sztuki a ja pomyślałam: "że co???" Tak... Są osoby, które jak cię gdzieś wysyłają - to warto iść bez szemrania z zamkniętymi oczami, nie bacząc na żadne przeciwności losu ani chwilowe wątpliwości :)

Na szczycie pagórka robimy sobie krótki popas. Na herbatkę i jeden batonik dzielony na 3. Miejsce, gdzie się coś wypiło i zjadło, choćby symbolicznie, jest takie bardzej "nasze". Jeszcze bardziej zapada w pamięć i serce :)


Obok nas leży butelka - pełna żywego mchu. Bardzo się zastanawiamy, czy ktoś go tam napchał? Czy jakieś ziarenko samo tam wpadło i potem się tak rozrosło?


Wracać postanawiamy nie tak jak przyszliśmy, robiąc wielki łuk przez pola, ale tą zarosłą drogą, która nas już dwa razy zatrzymała. "Od tyłu" okazuje się nieco bardziej znośna. No ale nic dziwnego, że jest nie do pokonania, gdy roślinność na dobre opanuje świat. Nawet dziś jak szalona targa za włosy, zrywa czapki i drapie jak stado wściekłych kotów.


Po takowej przeprawie zwykła łąka zdaje się być wielką przestrzenią.


Mijamy tereny jakiegoś dawnego wyrobiska - pewnie pozyskiwano tu wapień dla okolicznych pieców.


Ściany krzaków o trzykolorowych gałązkach.


Dziwnie połamany fragment lasu. Kilkanaście sosen o pniach ukręconych na różnych wysokościach, zwalonych koronami dokładnie w jedno miejsce, tworząc jakby szałas. Jakaś lokalna mini trąba powietrzna? Albo ufo lądowało? ;)


Docieramy na wzgórze zwane Zakrzowska Szpica, jedno z wyższych w tej okolicy. Stoi tu kamienny obelisk, o pochodzeniu którego można znaleźć różne historie i legendy - od zwyczajnych, że to pomnik upamiętniający włączenie Śląska do Prus, po bardziej niesamowite: że to ruiny średniowiecznego zamku, który zapadł się pod ziemię w wyniku klątwy i od tego czasu po okolicznym lesie włóczy się duch kobiety z upiornym psem. Według różnych opowieści można tu też znaleźć tajemnicze tunele prowadzące do okolicznych wsi lub pozostałości zamkowych lochów. Myśmy znaleźli tylko ten kamienny pomnik - może dlatego, że byliśmy za dnia, przy słońcu?


Stemple jak w sztolniowych korytarzach!


Nieopodal można zobaczyć niewielkie pozostałości wieży obserwacyjnej - trójkątny, betonowy murek, latem pewnie w ogóle niewidoczny.


Jest tu też miejsce ogniskowe, fajnie omurowane kamieniami, no ale dziś niestety już zajęte. Musimy więc obejść się smakiem i poszukać innego, bardziej ustronnego miejsca.

Trochę węszymy między skałkami, pokrywającymi część zboczy, ale nic specjalnie ciekawego dla naszych celów nie wpada nam w oczy.


Wracamy więc pod wapiennik z huśtawką. Miejsce znane i lubiane, sprawdzone na poprzednich wypadach w te rejony.


Podwędzanie w dymie musi być! Dla właściwego zakończenia miłego dnia :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz