W dal uchodzi bubowy asfalt. Na drzewie oplecionym przez bluszcze wisi kapliczka.
Drzewo już dawno uschło i się złamało, ale wciąż jest świetnym podstumentem dla pnączy i aniołow.
Do wsi idziemy lasami, nieco naokoło. Grunt, żeby nie leźć szosą. Lemurek myszaty cały czas nam towarzyszy i cieszy się wiosną!
A jest czym! Poszycie lasu całe jest usiane ślicznościami we wszelakich kolorach i kształtach!
Krzyż na rozstajach. I fajny Jezusek - taki płaski, wycięty z metalu, w klimatach sztuki ludowej.
Przez pola ku Jasionom. A nad nami pełno drutów i skowronków. Jedno i drugie wydaje charakterystyczne dźwięki.
I znów kapliczka na rozdrożu. Jacyś pobożni ludzie w tych rejonach mieszkają!
Ubolewam nad tym, że ostatnio coraz mnie Ursusów widzi się w mijanych wioskach. A tu prosze! Jak na życzenie :)
Inne rolnicze klimaty.
Tunel w stronę kościoła. To się nazywa prawdziwie gęsty żywopłot!
Dalej idziemy polami. Jeśli chodzi o pozowanie do zdjęć - to ja się muszę jeszcze sporo nauczyć ;)
Na wlocie do Oleszki stoi jedna z tych ławek gigantów, co to teraz je wszędzie stawiają. Fajny jest stąd widok - płaski, ale bardzo rozległy. A za plecami rżą konie.
Idziemy przez wieś, zaglądając to tu, to tam.
Na kilku domach trafiamy na nietypowe murale - wykonane na podstawie przedwojennych zdjęć lokalnego miłośnika fotografii.
Skądinąd ciekawym zagadnieniem jest "ewolucja uśmiechu w fotografii". Na dawnych zdjęciach ludzie zawsze są poważni, ba! często wręcz jakby smutni, naburmuszeni albo wściekli. Potem był taki czas, że ludzie starali się do zdjęć uśmiechać - nie wiem czy taka moda czy zauważyli, że są wtedy ładniejsi? Obecnie aspekt mimiki jakby przekroczył kolejny próg - sporo osób na zdjęciach wykonuje wyszczerz lub rozwarcie japy jakby przynajmniej siedli gołym zadkiem w jeżowca...
Z Oleszki wychodzimy szosą prowadzącą na północ.
Wyraźnie widać, że wciąż znajdujemy się na sporym wzniesieniu. Traktory wyjechały w pola, a za każdym unosi kurzowy obłok.
Bardzo upiorna pozostałość drzewa.
I znów krzyż na rozstajach.
Mijamy odbicie na przysiółek Skały. Stary folwark wśród pól.
A tak prezentuje się on z drugiej strony, widziany ze wzgórz.
A w dali dymią Zdzieszowice.
Droga się do nas uśmiecha! Miło! :) Mała rzecz a cieszy!
Przełazimy pod autostradą i zaczynamy się wspinać na Kamienną Górę. Są tu wapienne skałki i stepowa roślinność. Ponoć czasami wypasają tu owce, by zapobiec zarastaniu łąk - my niestety nie trafiliśmy na taki widok.
Pamiętam, że w latach 90-tych były spore protesty przeciw budowie autostrady A4 przez rejony Góry Świętej Anny. Że sie przykuwali do drzew i takie tam. Wspinamy się na tą Kamienną Górę, patrzymy wokół i dopiero teraz w pełni zaczynam rozumieć tych ludzi... Ciągły ryk aut, takie "buuuu" wwiercające sie do głowy, pola zasrane reklamami... Jak pięknie można spier***** fajny teren!
Ligocka Górka jest w sporej części wygryziona przez kamieniołom wapieni, który działał do lat 90-tych. Obecnie teren jest mocno zarośnięty, ale kilka miejsc z szerszą przestrzenią można tu wciąż znaleźć.
Widok ze szczytów kamieniołomu w stronę chłodni kominowych elektrowni w Dobrzeniu Wielkim.
Wędrując po okolicy trafiamy też na przyjemną wiatę, powstałą zapewne w inicjatywie oddolnej.
Wnętrza zawierają kącik wypoczynkowo-biesiadny, a ściany ozdobione są zdjęciami z czasu powstawania budowli.
Jest to bardzo dogodne miejsce dla zrobienia grzanek. Aromatyczny dym spowija okolicę. Trójka wygłodniałym wędrowców przełyka ślinkę w oczekiwaniu aż ser się stopi, a powierzchnia bułeczek osiągnie właściwie zarumieniony odcień :)
W końcu wyruszamy w dalszą drogę. Niedaleko stąd mijamy wapiennik. Takowych odwiedziliśmy już całkiem sporo, zwłaszcza w tych rejonach (np. relacje 1, 2 , 3 ) Acz dzisiaj odwiedzony wapiennik jest wyjątkowy! Wyróżnia się tym, że znajduje się na nim płaskorzeźba Ikara.
![]() |
![]() |
|---|
Wypalanie wapna i latanie? Ki diabeł? Co ma piernik do wiatraka? Przyznam, że dopiero po powrocie do domu więcej poczytałam o tym miejscu.
Przed wojną w Ligocie Dolnej znajdowała się szkoła pilotów i lotnisko, głównie szybowcowe. W 1938 roku nieużywany już wtedy wapiennik przebudowano na pomnik organizacji lotniczej NSFK. Umieszczono na przedniej ścianie skrót literowy tej nazwy i rzeźbę Ikara. Pod postacią była również wykuta swastyka, po której zostały już tylko ślady mocowania - kilka otworów w kamieniu. Litery jeszcze odrobinę widać. Ikar prezentuje się świetnie - ciekawe czy był w międzyczasie odnawiany, czy po prostu nikt go aktywnie nie niszczył? Według niektórych opowieści o ścianę tego konkretnego pieca rozbił się jeden z niemieckich lotników - i stąd taka własnie symbolika. Bardzo by pasowało, ale nie do końca wiadomo czy jest to prawda czy tylko malownicze miejscowe legendy z mchu i paproci.
Po wojnie tradycje lotnicze były tu kontynuowane - aż do 1961 roku. Przypomina o tym obecna we wsi pamiątkowa tablica.
Jest tu też coś na kształt małego muzeum - "izba tradycji lotniczej", ale dziś zamknięta na głucho. Pytamy przechodzącego lokalsa o możliwość zwiedzania, a on tylko macha ręką, że "nikt nigdy nie widział, żeby to było otwarte".
W wiosce zachowało się też kilka magazynów czy niewielkich hangarów - używanych teraz do innych celów. Płyta lotniska już nie istnieje - zabrał ją rozwijający się w późniejszych latach kamieniołom.
Wapiennik Ikar widziany z oddali.
Tu by pasował wiejski sklepik, ale niestety go tam nie było...
Na drodze w kierunku Zakrzowa musimy ustąpić pierwszeństwa.
Dom w malowniczym chaszczu.
"Drogą pylistą, drogą polną..."
Zakrzów i akcenty wielkanocne ;)
Tereny pałacowe obserwujemy tylko z daleka. Już tu kiedyś byliśmy, a poza tym godzina robi się późna, ściemna się, do Gogolina jeszcze kawał drogi, a pociąg nie poczeka...
Pałace i garaże.
Zarośnięty domek.
Zarośnięte kamerliki.
Znajdź kota!
Zwraca naszą uwagę szeroka ścieżka uchodząca w las. Co tam może być?
Nurkuję sprawdzić. Pamiątkowa tablica, na której napisano, że to pomnik poświęcony mieszkańcom Gogolina, zamordowanym przez bojówkarzy Sebstschutzu w 1921 roku. Że też ciągle gdzieś ktoś kogoś musiał mordować... Ludzie to jednak strasznie parszywy gatunek...
Jakoś nieprzyjemnie mi się w tym miejscu zrobiło. Sama poszłam sprawdzić dokąd ta droga prowadzi, toperz z kabakiem zostali przy szosie. Ściemna się już, ptaki jakoś tak dziwnie kląskają w lesie, jakby się śmiały. I jeszcze ta tablica... Spierdzielam stamtąd w podskokach...
Wieczorne słupowiska.
Ostatni, krótki popas przy drodze...
... i ciśniemy w stronę Gogolina przez już zupełnie ciemne zarośla.
Zdążyliśmy na pociąg... Z wywieszonymi jęzorami i zapasem chyba 5 minut. Ale nasz pociąg okazał się opóźniony ponad półtorej godziny ;)








































































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz