Na skraju Ścinawy napotykamy pomysłowy kwietnik :)
Mostek na Psarskim Potoku. Bardzo lubimy to miejsce. Zawsze sobie tu siadamy, żeby się napić albo coś przekąsić.
Przystanki są też pod dzikimi jabłoniami :)
W Jankowicach Małych mijamy próg zwalniający... Co jak co, ale w takim miejscu to bym się go nie spodziewała! Ktoś miał mega fantazję - wylać na żwir trochę asfaltu i uformować z niego wałek. I jeszcze pomalować! A co! Nie wolno??? Trzeba mieć rozmach ;)
Przez pola i zagajniki docieramy do Oleśnicy Małej. Byłam tu na wycieczce z rodzicami w roku 2009 i wtedy udało się trochę pozwiedzać pałac również od środka. Cofnijmy się więc o te 16 lat w czasie.... Ów instytut ponoć nadal ma tu swoją siedzibę.
Pałac w różnych rzutach.
Uwielbiam takie betonowe klomby i malowane na biało krawężniki! :)
Stare drzwi i ich zamki.
Herby różniste.
I co najważniejsze - widzimy otwarte drzwi na klatkę schodową. Na tym etapie jeszcze nie wiemy - zamieszkane? opuszczone? kogo mamy szanse tam spotkać? Wbijamy. Kręte schody, dawne kominki, ozdobne sufity. I kwiatki doniczkowe. Żywe, zadbane. Dobitny znak, że miejsce jest używane.
Najciszej jak potrafimy stąpamy po schodach. Zza mijanych drzwi słyszymy dźwięki rozmów, szczekanie psa, trzaskanie garnkami. Idziemy zajrzeć na strychy. Nie ma tam nic szczególnego i porażającego swym pięknem czy tajemniczością. Dużo pajęczyn i zagospodarowanie przestrzenne świadczące o tym, że kapie z dachu.
Widok z okien przydachowych.
Podłogi skrzypią, schody również. No właśnie... Zaczęło być słychać każdy nasz krok, niezależnie jak bardzo staramy się być cicho. Gdy schodzimy słyszymy, że pół piętra nad nami otwierają się drzwi i jakiś koleś zaczyna wrzeszczeć. "Kto tu łazi? ja wam dam! zaraz wzywam policję!" Kit z policją, ale co najgorsze - krzykom kolesia towarzyszy ujadanie przynajmniej dwóch psów! No to żeśmy się ładnie wpakowali! Rodzice mi łeb urwą! Bo to wszystko to był mój pomysł. Żeby tu przyjechać i leźć w ciemno tam gdzie nas nie trzeba. Więcej pewnie nie będą chcieli pojechać ze mną "na pałacyki". Aaaaa!!!! To straszne! Zbiegamy ze schodów - byle bliżej do wyjścia. Ciekawe kto się okaże szybszy - my czy koleś (i jego psy...) Już prawie czuć na plecach ich wściekłe kły i ozory, gdy nagle otwierają się jakieś boczne drzwi i miła babeczka woła: "szybko, tutaj, do środka!" Wbiegamy. Drzwi się zamykają. Zamek przekręca. Jesteśmy uratowani! :) Tak trafiamy do małego pokoiku, gdzie mieszka nasza wybawicielka :) Prywatne mieszkanie, jesteśmy w gościach. Więc tamten koleś może nam teraz skoczyć :) Babeczka częstuje nas kawą i ciasteczkami. Chyba godzinę czy dwie tu siedzimy i snują się opowieści - o pałacu i mieszczącej się tu firmie, o sąsiedzie w góry (którego mieliśmy wątpliwą przyjemność PRAWIE poznać ;)), o okolicznych parkach i lasach. My opowiadamy o innych zwiedzanych, dolnośląskich pałacach. Jak to czasem dziwnie bywa - w totalnie nieoczekiwany sposób trafiasz do mieszkania zupełnie obcej osoby, a odczucie jakby się przyjechało w gościnę do ulubionej cioci.
Świat nie przestaje zaskakiwać. Takie sytuacje i takie spotkania są dla mnie kwintesencją podróży i udanej włóczęgi. Kilka kilometrów od domu może nas spotkać niezapomniana przygoda, która po wielu latach wciąż wywołuje uśmiech na twarzy i poczucie dobrze spędzonych chwil. A można się wybrać gdzieś w cholerę daleko, w miejsce pozornie o niebo atrakcyjniejsze i ... będzie nijako. Co więc decyduje o tym czy ów dzień będzie niezapomniany i wyjątkowy? Czy nasze nastawienie i jakiś rodzaj kreowania rzeczywistosci? Czy po prostu ślepy traf?
Tego dnia odwiedzamy też mauzolem położone w parku nieopodal pałacu - z polecenia naszej gospodyni. Ciekawe miejsce, takie dosyć mroczne... Zwłaszcza, że w międzyczasie zrobił się już wieczór i dziwne pohukiwanie ptaków (?) w parku nie dodaje nam specjalnie animuszu ;)
Takie to nieco przydługie wspomnienie, nierozłącznie związane z tym miejscem.
Wróćmy zatem w czasoprzestrzeń nam właściwą, do roku 2025 i do naszej rowerowej wycieczki na dożynki do Wiązowa. Nie idziemy tym razem do głównego wejścia pałacu. Jak to mówią "nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki", więc tym razem psy by nas już pewnie zeżarły ;) Zwłaszcza, że tamta babeczka mówiła o czekającej ją niedługo przeprowadzce, więc zapewne już od wielu lat tu nie mieszka (więc nie ma komu pośpieszyć na ratunek ;)
Rozsiadamy się na ogromnych schodach z przeciwległej strony pałacu.
![]() |
|---|
Niby to samo miejsce, a takie jakieś krańcowo inne. Staram się jak mogę nie patrzeć na pałac przez pryzmat wspomnień sprzed lat. W końcu dziś pisze się zupełnie nowy rozdział naszej historii, pozwólmy mu więc padać na jak najbardziej czystą kartę. Chmurzy się. Wygrzany słońcem beton schodów miło grzeje w kuper - cały poranek był upalny. Wciągamy bułeczki z serem, popijamy sokiem pomidorowym - fajno, sakwy będą lżejsze. Tu właśnie zaczynam sobie zdawać sprawę, że nieco przeszacowałam z tą trasą. Już mam trochę dość, a tu do Wiązowa jeszcze spory kawał, a potem wrócić też trzeba. No i zaraz jeszcze te chmury gotowe nam prysznic spuścić na łeb. Ale wracać? No nie... Zwłaszcza, że to tylko ja opadłam z sił - kabak i toperz mają się całkiem dobrze i są pełni ochoty do wycieczki.
Idę obejrzeć pałac z tej strony. Nogi odpoczną od pedałowania, a eksploracja ciekawej okolicy zapewne pozwoli zapomnieć o zmęczeniu.
Pałac z zewnątrz (a przynajmniej z innych stron niż główne wejście) wygląda nieco jak opuszczony. Jest jednak pozamykany i nie natrafiam na żadne oczywiste dziur by zajrzeć do środka.
Tak się kończy Oleśnica Mała.
Witowice witają nas brukiem, kablowiskiem i coraz mroczniejszym stanem nieba.
Odbijamy na polne drogi w stronę Wiązowa.
Przyjemny mostek na rzece Oława. Ale jaja - ona tutaj też płynie?? Można by spływ kajakowy z Wiązowa do Oławy zapodać! :P
Klimaty dożynkowe. Acz wczoraj w Świętej Katarzynie było nieporównywalnie ciekawiej. Tu kilka straganów i tyle.
Na powrocie towarzyszą nam kręte polne drogi i widoki na wiatraki zamykające horyzont.
Czasem niestety trzeba wyjechać na asfalt.
Młyn Witowice, który obecnie robi za hotel.
Za Oleśnicą Małą nie omieszkamy wskoczyć do bajorka. Tutejsze oczko wodne jest niewielkie, ale pływa się cudownie. Nie chce się wychodzić! :)
Przemykamy przez ciemniejące Psary.
Zachód słońca łapie nas w polach między Lipkami a Ścinawą. Świetne kolory się trafiły. No i nawet górskie widoki mamy - Ślęża z Radunią prezentują swoje obłe sylwety.
Do Oławy wjeżdżamy już po zmroku.
I jednak nam nie dolało! Były chmury, była chwilowa mżawka, nawet jakiś jeden czy drugi piorun gdzieś grzmotnął po horyzontach. Postraszyło, postraszyło i ostatecznie się gdzieś rozpełzło.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz