Stożek Radobyla wznosi się nad Litomierzycami. Część góry jest "wyjedzona" przez działający tu niegdyś kamieniołom bazaltu. Zatrzymujemy się na parkingu u podnóża. Tu bedziemy spać. Już stąd rozpościerają się przyjemne widoki.
Wzgórze położone jest na tyle blisko od miasteczka, że mamy obawy czy nie jest traktowane jako park miejski i główna sralnia dla psów. Nie wiem jak jest tu zazwyczaj, ale dziś nie ma żywego ducha. Pewnie dlatego, że według prognoz jest właśnie ściana deszczu - opad na 100% i o dużej intensywności. Pada od kilku godzin i będzie lać nieprzerwanie aż do pojutra. Widocznie ludzie z Litomierzyc nie patrzą za okno tylko w telefon. Dzisiejsze czasy mają więc swoje plusy - mamy Radobyl wyłącznie dla siebie :)
Rozległymi łąkami zmierzamy w stronę kamieniołomu.
Horyzont najeżony jest miłymi dla oka stożkami wulkanów, a kolory nieba sugerują, że gdzieś tam pod chmurami zachodzi sobie słoneczko.
Na szczyt już dziś nie zdążymy. Zaraz wyłączą światło ;) Idziemy więc szukać kamieniołomu, bo tam zgodnie z naszymi przypuszczeniami będą dogodne miejsca ogniskowe. Jest ich kilka - wybieramy to najbliżej skalnych ścian. Fajnie mieć takie tło, poza tym jest najbardziej ukryte i niewidoczne z miejscowości u podnóża. Być może tu nie ma to znaczenia, ale my jakoś mamy głęboko wpojone, że zawsze najlepiej na partyzanta. I co chyba najważniejsze - tu nie duje. Wieczór jest bardzo wietrzny, a wiatr chłodny.
Tutejsze bazaltowe "organy" naprawdę wyglądają spektakularnie. Pewnie same by tak nie wylazły na światło dzienne - gdyby ich nie odsłonił kamieniołom. A mówią, że przemysł ma na piękno przyrody jedynie zgubny wpływ. Ja się z tym stwierdzeniem nie zgadzam, a Radobyl jest jednym z przykładów na potwierdzenie mych racji :)
Póki jeszcze jest odrobina światła, podziwiamy widoki na miasto. Jeziora z wyspami, ostrzyce, fabryki, urwiska i falujące stepowe trawy! Tak serio ponoć tu rośnie dużo typowo stepowych roślin, więc nasze skojarzenia nie sa całkowiscie wyssane z palca.
Ostatni odblask zachodu.
Muszę się jeszcze dużo nauczyć jeśli chodzi o kwestię pozowania do zdjęć ;)
No dobra... Robi się zimno, robi się głodno - trza ognicho rozpalać. Widać wyraźnie, że jest to popularne miejsce dla biwaków - teren jest tak wyczyszczony z opału, że cholernie ciężko cokolwiek znaleźć. W celu skompletowania odpowiedniej ilości chrustu przychodzi nam łazić naprawde daleko i wtargiwać to potem po dość stromej skarpie. No ale najważniejsze, że w końcu zapłonęło! :)
Mrok szybko utulił kamieniołom. Noc jest ciemna - ni księżyca, ni gwiazd. Niebo zawleka się coraz bardziej, a wiatr z minuty na minutę staje się chłodniejszy i bardziej przenikliwy. Przysuwamy się więc bliżej do pełgającego ognia. Ciepło pali nam pyski i brzuchy, a w plecy zimno. Trzeba by się obracać jak kurczak na rożnie. W dole świeci miasto. Niby tak blisko, ale jednak daleko...
Gdy opuszczamy nasz zaciszny kamieniołom ogrzewany ogniskiem - wpadamy w inny świat. Wiatr urywa łeb! Jak zimno! Upiornie zimno! Do busia docieramy w ostatniej chwili. Ledwo zamykamy drzwi zaczyna padać.
W nocy jak zwykle wstaję do kibelka. Zabieram parasol (bo oczywiście leje) i karimatę (aby zrobić wokół siebie parawan od lodowatego wiatru). Zaspana wysiadam z busia i zagłębiam się nieco w otaczającą ciemność. Szybko uderza mnie dziwny, niespotykany dźwięk. Nie mogę go zidentyfokować, z niczym znanym mi sie nie kojarzy, więc nieco przeraża. Jak jakieś świsty i jęki potępieńcze! Jakby śpiew, rozmowy, chichoty. Co to jest u licha?? Raz cichsze, raz głośniejsze. Jakby się ze mnie śmiało, że sikam na wygwizdowie koło kubła na śmieci. Budzę toperza i mu opowiadam. Toperz, nasz rodzinny głos rozsądku i spokoju, szybko sprowadza mnie na ziemię: "buba śpij i nie wpuszczaj zimna. To maszt. Wieje jak diabli to mu gra w antenach". No tak. Zaraz obok stoi wielki maszt. Zapomniałam o nim. Bardzo nie chciałabym mieć takiego koło domu. Ale może po jednej nocy nas nie pokręci? Moje zmartwienia przybierają więc dużo bardziej prozaiczny charakter ;)
Rano wyraźnie widać, że pogoda się ustabilizowała. Pada, ale nie bardzo intenesywnie. Niebo zaciągnięte, ostrzyce siedzą w mgłach. Zimno jak szlag :(
Ruiny zamku Kamyk widziane z tej perspektywy. Na dużym zbliżeniu oczywiście.
Deszcz nie deszcz, mgła nie mgła, zimno nie zimno - ale szkoda by nie wejść na szczyt Radobyla, który mamy tu rzut beretem. Wczoraj nie zdążyliśmy, bo nas ciemność zastała. Toperz odmawia wyjścia z busia. Idziemy więc we dwie z kabakiem.
Zabieramy parasole, ale wychodząc z lasu na otwarte przestrzenie musimy je złożyć z racji na wiatr.
Na szczycie zdarzają się takie podmuchy, że i peleryny próbuje nam zerwać.
Widoki są lepsze niż przypuszczaliśmy - tzn. myślałam, że w ogóle nic nie będzie widać, a tu proszę jakie piękne przestrzenie! :)
Glina tak się klei do butów, że co parę kroków trzeba je czyścić patykiem. Inaczej każda noga zaczyna ważyć o kilka kilo więcej ;)
Potem zatrzymujemy się jeszcze na chwilę przy willi Pfaffenhof. Niektórzy twierdzą, że budynek jest nawiedzony. W internecie można napotkać różne filmiki poławiaczy zjaw, którzy siedzą nocami w piwnicach tego obiektu z różnistymi piszczącymi sprzętami, i z większymi lub mniejszymi sukcesami próbują się z lokalnie występującym "czymś" skontaktować.
Zapewne na opinię obiektu wpływa jego położenie - stoi samotnie pośród gęstej roślinności na zboczu góry Radobyl. Również jego historia może rozbudzać wyobraźnię - zanim zbudowano willę znajdowała się w tym miejscu stara kaplica. Mroczne czasy II wojny światowej też odcisnęły tu swój ślad. Pobliską kopalnię wapienia przekształcono w podziemną fabrykę zbrojeniową oznaczoną jako B5-Richard, a znajdującą się nieopodal willę zasiedlili członkowie SS, którzy zarządzali przebudową tajnych kompleksów. Budowa podziemnych korytarzy pochłonęła wiele ofiar. Z tamtych właśnie czasów pochodzą różne niesamowite historie, o zamurowanych w piwnicach szkieletach, skarbach czy kontaktach z innymi wymiarami.
Po wojnie willa była zamieszkiwana aż do lat 90-tych (z tymi mieszkańcami to chętnie bym pogadała na temat ewentualnych zjawisk paranormalnych w chałupie) Potem budynek zaczął popadać w ruinę. Obecnie właścicielem jest jakiś Szwajcar, którego ochroniarze ponoć są niemili i czasem przeganiają turystów. Dziś jest taka pogoda, że i ochroniarze, i duchy SS-manów schowały się w mysią dziurę. Tylko buby wylazły ;) (teraz i kabak nie przejawiał chęci wyjścia z busia). Do środka jednak nie weszłam, obeszłam tylko ową willę dookoła. Nie wiem czy nie chciało mi się w błocie czołgać pod ogrodzeniem? Czy może bałam się, że w deszczowy i wietrzny dzień dostanę cegłą w łeb? Czy jednak miejscowe duchy po mistrzowsku spełniły swą rolę odstraszania - bo nawet nie musiały się pojawić, by cel został osiągniety? ;)
Do wspomnianej wcześniej podziemnej fabryki Richard niestety się spóźniliśmy... Z różnych powodów zapewne i tak byśmy się tam głęboko nie zapuszczali, ale fajnie by choć zajrzeć. A tu kilka lat temu zamurowano główne i łatwo dostępne wejścia. Tak przynajmniej mówił mi internet i znajomi. Może gdzieś po okolicznych chaszczach można znaleźć jakieś dziury, lisie jamy i inne tunele rozkute przez żądnych przygód lokalnych eksploratorów? Jednak szukać ich w ciemno, bez jakiegokolwiek punktu zaczepienia i jeszcze w taką pogodę - chyba nam się nie chce... Tak to niestety jest, że nie wszędzie człowiek zdąży. Dobrze przynajmniej, że wiosną udało się zwiedzić w Czechach inną podziemną fabrykę!
Pragnienie mrocznych czeluści musimy więc zrealizować w wersji "super mini" ;) Odwiedzamy jaskinię Hibschovą. To wykuta w piaskowcu sztolnia, z dwoma wejściami, o długości około 50 m.
Ale gęba! Ale ma jęzor! :)
Wnętrza bardzo się nam podobają - głównych powodem jest brak deszczu zalewającego oczy ;)
A potem jedziemy już do domu. Leje całą drogę....
KONIEC
bubabar
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)












































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz