bubabar

środa, 14 stycznia 2026

"Ostrzyce" czyli Czeskie Średniogórze cz.3 (2025) - Kalich, Trojhora, Panna

Ruszamy z miejscowości Třebušín. Stroma ścieżka wiedzie przez las, ale czasem błyśnie między drzewami jakiś widoczek.


Naszym celem jest wzgórze z ruinami zamku Kalich - reklamują go jako twierdzę, która nigdy nie została zdobyta. Zarówno ono, jak i pobliskie wzniesienie zwane Panna (również w XV wieku z zamkiem na szczycie), to miejsca związane z wojnami husyckimi. Zamki zamieszkiwali wrogowie - Kalich był husycki, a Panna katolicka. Jak można się domyślać - wzajemnie się najeżdżali, oblegali i ostatecznie zamek Panna został zniszczony. Tam również się dziś wybierzemy, ale później.

Ruiny na Kalichu wciąż są. Ba! Sprawiają wrażenie jakby je zbudowali wczoraj na potrzeby zwabienia tu masowej turystyki. Goło, równo - jak ktoś lubi klimaty parkowe to pewnie będzie zachwycony. My nie lubimy.


W najwyższym punkcie powiewa flaga z jakims homarem.


Jak widać to homar mocno zakorzeniony w lokalnej historii tego miejsca.


Wspinamy się na szczyt murów. Fajne są tu te skałki - musiało to być piękne miejsce jeszcze 15 lat temu zanim zaczęli je budować na nowo.


Jeśli chodzi o widoki - to jest całkiem nieźle.


Przycupnięte pod sąsiednimi ostrzycami wioski.


Całkiem solidne beczące stada rozłażą się po łąkach.


Zabudowania Třebušína widziane prawie jak z lotu ptaka.


Mała, niepozorna górka z prawej strony zdjęcia to Trojhora. To będzie kolejny punkt naszej dzisiejszej wycieczki.


A wracając do samego Kalicha... Być może owe ruiny zamku nie zrobiły na nas pozytywnego wrażenia - z powodu zaistniałych okoliczności dodatkowych. Wprawdzie turystów żadnych nie ma, ale jest dwóch debili z kosiarkami - ścinają trawę, która za bardzo od ziemi nigdzie nie odrosła. Cały nasz pobyt "na zamku" wypełniony jest więc upiornymi wizgiem i tumanami kurzu ze skoszonej ziemi, piachu i kamieni. Toperz i kabak od razu zaczynają kichać od tego stężonego roztworu trawy i kurzu w powietrzu. Nie wiem czy oni pole golfowe planują tu zrobić, czy co innego ich opętało, że tak zawzięcie walczą z każdym ździebełkiem???


W sezonie (albo w weekendy?) wstęp na zamek jest płatny. Tu siedzi cieć i skubie kasę. Pewnie wtedy też jest bardziej tłumnie. Ale może przynajmniej nie wyją kosiarki?


Z plusów Kalicha - jest tu miejsce ogniskowe i wpisownik (z którego kabak ochoczo korzysta). Aromatu ogniskowego dymu i kiełbasek póki co nie powąchamy - musimy się zadowolić oparami benzyny i pierdami, prosto z miejsca ich produkcji ;)


Ostatni rzut oka na miejscowość u podnóża.


A czy nam dzisiaj doleje - to jeszcze nie ma pewności ;)



Kolejny punkt wycieczki to Trojhora - jedna z piękniejszych gór w tym rejonie. Najpierw mijamy jesienny las. Tu dzwoni w uszach tylko cisza, przerywana czasem szelestem opadających liści.


Najfajniej zaczyna się jednak tam, gdzie spomiędzy poszycia wyłazi coraz więcej piargów i skał.


Najpierw dęby i sosny stają się powykręcane, potem dziwnie karłowate i płożące się, acz w końcu zanikają praktycznie w ogóle, ustępując miejsca tylko jakimś niewielkim krzaczynom.


Ścieżka robi się coraz bardziej stroma i ostatecznie całkiem zanika. Miejscami próby podejścia kończą się zjazdem na brzuchu - chyba coś nie całkiem zgodnie ze sztuką poszliśmy ;) Ale cóż - widoki rekompensują obdrachane brzuchy, nie wspominając o kolanach.


Moje ulubione bazaltowe słupy! Tutaj to ich nie brakuje! :)


Szczyt jest mocno rosochaty! :)


Jak na taką niewysoką górkę - Trojhora oferuje całkiem przyzwoite widoczki!


Zwłaszcza wzgórze zamkowe Kalich rewelacyjnie prezentuje się z tejże perspektywy!


Co ma wspólnego Kalich z przedwczorajszą Milesovką? Oba najlepiej oglądać z daleka! Wtedy oszałamiają swoim pięknem, a z bliska... hmmm... trochę mniej ;)

Jak znudzi nas gapienie się na okoliczne panoramy - można się pogapić we wpisownik :)


Sporo czasu nam tu zeszło! Pogrzaliśmy się w słoneczku, poskakaliśmy po skalnych grzebieniach. Fajnie, że ostatecznie dzień okazał się być przepiękny, zupełnie niezgodny ze wszystkimi prognozami).


W końcu złazimy...


... albo zjeżdżamy na kuprach w dół ;)



Czas szukać miejsca na biwak! Godzina robi się ku temu odpowiednia. Podjeżdżamy kawałek. Busia zostawiamy na rozległych łąkach z całkiem przyjemnym widokiem :)


Skalne wzgórze Kalich w jeszcze innej perspektywie.


I znów suniemy w górę. Jesienny wieczór. Cudnie jest. Ciepłe (w barwie, nie w temperaturze) promienie słońca oświetlają wysokie, płowe trawy. Żółte liście na łące wyglądają jakby je ktoś powiązał w bukieciki. I cisza. Niesamowita cisza.


Wyżej zaczynają się usypiska kamieni. Całe pryzmy omszałych kamulców. Nie wyglądają na naturalne gołoborza - raczej jakby je ułożono specjalnie w ten sposób. Może tylko tyle zostało z dawnego zamku Panna? ;) No bo na szczycie to już ponoć żadnych pozostałości murów czy baszt raczej nie znajdziemy.


Są za to sympatyczne, poszarpane skałki - jak przystało na lokalny wulkan! :)


A tak się ze szczytu prezentuje Kalich.


Uschłe drzewo z jakimiś tajemniczymi nacięciami. Czyżby ktoś sobie oznaczał ile razy tu był? ;)


Chwila z przeglądaniem wpisownika. Bardzo cenimy sobie wpisy z rysunkami :)


Wieczór za pasem. Z lasu i zza skał wypełza zimno. Okropne zimno! Czuć jak gaśnie słońce i mamy wrażenie, że jak tylko schowa się na dobre - to wszędzie pojawi się szron. To już nie lato... Lato skończyło się przedwczoraj. A może mamy takie odczucia bo jesteśmy głodni? Jedno jest pewne - wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią: trzeba rozpalić ognisko! :) Tak też czynimy. Wjeżdżają pieczone kiełbaski, grzanki z serem, ogóry i oczywiście ogromny czajnik bulgoczący kilkoma litrami zielonej herbaty! :)


O zachodzie słońca.


Fajnie popodświetłało zakłady przemysłowe gdzieś tam w oddali. Spore muszą być te kominy - biorąc pod uwagę wielkość bloków w lewym dolnym rogu!


Gdy wracamy do busia jest już ciemna noc.


cdn


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz