Pozarastane chaszczem betonowe podpory - może do jakiegoś rurociągu widmo?
Wąski, obetonowany kanał niknie za zakrętem.
Krajobraz staje się coraz bardziej górski. A ślisko jest upiornie!
Szczyt hałdy jest płaski i wypełniony wizgiem samochodzików. Oprócz nas jest tu rodzina z dwojgiem dzieci i właśnie wypróbowują możliwości jezdne zdalnie sterowanych, zabawkowych terenówek. Autka się więc zakopują, przewracają, zderzają i ich silniczki wyją przepotwornie.
Widoki są jeszcze bardziej zamazane niż w południe - no cóż... wieczór się robi, powietrze gęstnieje. Ale wszystkie dobrze już nam znane, okoliczne miejsca bez problemu możemy wypatrzeć. Jest więc wielka hałda, jest kopalnia i jej wieże szybowe, elektrociepłownia czy kościół z dziwnym okienkiem.
Na zbliżeniu - niknące we mgle giganty.
Wracamy do miasta. Widok hałdy Skalny jednak nas nie opuszcza ;)
Wręcz mogę powiedzieć, że ów temat nas prześladuje! ;) Pojawiając się nawet w miejscach zupełnie niespodziewanych!
Suniemy w stronę linii kolejowej.
Opuszczony budynek stacji PKP Łaziska Średnie.
Sama linia działa - przy nas 3 pociągi przejechały.
Ściemnia się już, więc obieramy kierunek powrotny. No bo przecież po zmroku to już nic nie zdziałamy - ani nie pozwiedzamy, ani zdjęć nie porobimy. Na tym etapie jeszcze nie wiem jak bardzo się mylę w tych osądach :)
Początkowo przemierzamy tereny wiejskie - z aleją zabytkowych dębów.
Obrosłe bluszczami domostwa.
Przydrożne kapliczki, przywodzące na myśl jakieś sielankowe, podlaskie rozstaje.
Droga doprowadza nas do zabudowań elektrociepłowni. Bliżej już się chyba nie da. W zapadającym zmroku po szarym dniu ta fabryka chmur ma wygląd nierealny i przytłaczający swoim ogromem. Światło latarni rozszczepia się na gęstniejącej mgle i odbija w mokrej nawierzchni drogi. Nad nami wisi niebo pocięte dziesiątkami skwierczących przewodów. I wszędzie pełno odcieni szarości - na szarym niebie wirujące w różnistych deseniach wyziewy chłodni kominowych.
I pustka, rzecz tak rzadko spotykana w obecnym, wszędzie i zawsze zatłoczonym świecie. Jesteśmy tylko my i ta wąska nitka asfaltu mijająca gigantyczny zakład. Czasem tylko przemknie pociąg. Zaraz obok. Ale pociąg też zazwyczaj jest pusty.
Mijamy chatki z ciemnej cegły, o niesamowicie maleńkich okienkach.
Nasza droga się kończy. Jej dalsza część zdaje się wchodzić na zamknięty teren przemysłowy i gdzieś tam zanikać, rozłazić się czy prowadzić prosto do kotłów czy gardzieli taśmociągów. Początkowo próbujemy obejść skwerami, ale widok matki z czworgiem dzieci walących tą drogą, jakby prosto przez zakład, zachęca nas by również tej trasy spróbować. Może jednak jest to ogólnodostępna droga? Zabudowania elektrociepłowni już minęliśmy - tu mamy hutę.
Od czasu przejazdu tramwajem przez środek chorzowskiej huty (lat temu prawie 40) nie byłam nigdy tak blisko działającego zakładu tego typu. Nad głowami krzyżują się ogromne taśmociągi, a wydawane przez nie dźwięki sugerują, że coś tam się przesypuje, bo hurgocze potężnie.
Jest już zupełnie ciemno, ale dzięki stojącym gdzieniegdzie latarniom i lampom oświetlającym teren działającego kombinatu - jest szansa porobienia zdjęć. Za parkanami z pogiętej, falistej blachy widać odblaski żywego ognia - chyba z wielkich, hutniczych pieców. Momentami mamy wrażenie, że cały obiekt zaraz nam runie na głowę, bo kilkanaście metrów od nas następuje jakiś rozładunek i echo tych dźwięków dzwoni w uszach jeszcze sporo czasu później. Strzypy, wizgi i chrzęszczenia jakiś pracujących zaraz obok gigantycznych maszyn. Do tego zapach - tak zupełnie nowy, nieznany, acz kojarzący mi się z czymś niezmiernie pozytywnym. Jeżeli na mnie, na starej babie, która już niejedno widziała, ten spacer obrzeżem huty robi duże wrażenie - jakie emocje wywołuje to u kabaczka! :) Kabak nigdy nie jechał tramwajem, w którego oknach odbijał się żar martenowskich pieców. Ba! ona nigdy nie widziała starego, dobrego, prężnie działającego Śląska, na którego kawałek ja czy toperz mieliśmy jeszcze okazję się załapać. Kabak ma więc oczy jak spodki, zapomina o bolących nóżkach i zdecydowanie stwierdza, że jest to najfajniejsza i najciekawsza część naszej dzisiejszej wycieczki. No bo jest. Niezaplanowana, a niepomiernie udana. A tam, na dworcu PKP Łaziska Średnie, oficjalnie obwołaliśmy koniec wycieczki - bo nam się skończył dzień. Miał być tylko powrót, przez nudną i nijaką ciemność obrzeży miasta. A los jak widać postanowił nam podrzucić podarek na ten wieczór! :)
Rejony najbardziej spektakularnego buchania wyziewów.
![]() |
![]() |
|---|
A w oddali błyska elektrociepłownia.
Pełni wrażeń z udanego, dobrze spędzonego dnia, wracamy na nasz nocleg. Zostawiamy plecaki i ruszamy na poszukiwanie knajpy. Namierzyłam nieopodal taką jedną, która i wyglądała sensownie, i można tam zjeść, i opinie miała takie jak trzeba. Acz gdy wkraczamy na osiedle domków jednorodzinnych zaczynam mieć obawy. Knajpa? W takim miejscu? Chyba jednak pomyliłam adres...
Okazuje się jednak, że dobrze dotarliśmy. Obiekt zwany "Zośka" jest właśnie tu i co najważniejsze - jest otwarty.
Miło spędzamy tu trochę czasu, wsród stałych bywalców, głównie starszych panów popijających wódeczkę i grających w karty. Jak to ktoś z miejscowych powiedział: "tu bywają same dinozaury" - co nasze zdjęcie zdaje się potwierdzać ;)
Tak się kończy nasza łaziska przygoda. Na powrocie, w innych miasteczkach, mijamy jakieś kolejne kopalnie. Może kiedyś i tu zawędrujemy? Póki co musimy się zadowolić fotografowaniem przez brudne szyby pociagu.
I znów przesiadka w Nędzy, ale tym razem na spokojnie, z zapasem czasowym. Mamy więc możliwość by przyjrzeć się sporemu budynkowi stacyjnemu, który obecnie jest opuszczony i szczelnie pozamykany.
Ile tam w środku jest pomieszczeń! i każde kiedyś spełniało jakąś fukcje. A teraz to wszystko stało się niepotrzebne, mimo wciąż działającej linii? No w sumie poczekalnia niepotrzebna - niech pasażerowie sobie mokna i marzną na peronie. Kible niepotrzebne - niech oczekujący trzymają albo idą w krzaki. Kasy niepotrzebne - niech konduktor ma dodatkową robotę ze sprzedażą biletów. I tak dalej... Z takim podejściem to faktycznie większość rzeczy można wyeliminować...
Krótki spacer po najbliżej okolicy.
Już mamy nadzieję, że znaleźliśmy jakiś schron, ale to tylko niewielka, zaśmiecona piwniczka. A z zewnątrz wyglądał całkiem rokująco!
![]() |
![]() |
|---|
Więcej nie połaziliśmy bo już wjeżdża nasz pociąg.
















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz