bubabar

poniedziałek, 15 stycznia 2024

Czechy we wrzesniu cz.4 (2023) - Psi Kostel

Z miejscowości Provodin tuptamy ku skałom i jaskiniom. Horyzonty mają tu fajnie najeżone.


Z oddali jakby coś nadciągało...


Ptactwo obserwuje nas z zainteresowaniem.


Stare napisy wykute w omszałej przydrożnej skale. Pewnie data budowy drogi.


A w ogóle to fajna ta droga. Niby asfalt, a taki jednak przyjemny!



Skałka w cieniowanych kolorach.


Docieramy do miejsca, gdzie spora część lasu jest ogrodzona płotem. Wiszą na nim tabliczki "obora Velky Dub". Dalsze obserwacje sugerują, że jest to miejsce hodowli rogacizny. Są to chyba daniele. Tu pewnie je rozmnażają, podkarmiają. Czy później je wypuszczają do lasu na wolność czy przeznaczają na szaszłyki? Tego już nie wiemy. Ale różnych sympatycznych jegomości możemy spotkać łażąc wzdłuż ogrodzenia. Takie czeskie safari!! :)







Portrecik


Z daleka myśleliśmy, że to chatka. A to jakiś luksusowy paśnik!


Podchodzimy do skalnej bramy. Tak się ona prezentuje z oddali:


Gładka, pomarańczowa ściana z dziwnymi otworami.


Szczyt porosły korzeniowiskiem.



Skalna brama w pełnej krasie.


Pnie sosen są tutaj jakieś inne niż zwykle. Jak skóra węża!


Zapewne już wspominałam, że bardzo sobie cenię te okolice ze względu na tradycje ogniskowe. Gdzie się nie ruszyć to widać ślady po minionych biwakach. Tu np. w takowej pięknej scenerii. Ale nie zostajemy tu - mamy w planie jeszcze lepszą miejscówkę! :)


Zza drzew przygląda się nam główny cel dzisiejszej wędrówki.


Tak, tak... To nie złudzenie! Miejsce, do którego zmierzamy gapi się nas swoimi czarnymi oczodołami!


W sumie to nie jedyna skała, która dziś na mnie patrzyła ;)


Tak docieramy do jaskini. Mają tu jakieś pradawne malunki naskalne! Słonie, bawoły!



Solidnie okopcone sufity przypominają, że niejedno ognisko tu płonęło, napełniając okolice zapachem wędzonki. Palenisk jest kilka - do wyboru do koloru! Drewno też przygotowane dla kolejnych, coby nie zamokło. Ale póki co zwiedzamy, zaglądamy w różne zaułki grot, pieczar i skalnych nisz.








Czyżby tu żyły niedźwiedzie szablozębne? Ale tabliczka stara i leży gdzieś w kącie - więc może już wymarły i nie są groźne dla turystów? ;)


W końcu i my zasiadamy z kiełbachą na patyku a ciepły blask odbija się w skalnych ścianach, napełniając okolice przyjemnym trzaskiem i aromatem. Miło się siedzi popijając herbatkę z termosa i nalewkę, przegryzając grzankami i chrzęszczącą w zębach kiełbaską, która chwilę wcześniej nurknęła w popiół.





Za "oknami" wiatr huśta rudymi pniami sosen. Są takie chwile, które chciałoby się by trwały jak najdłużej!


Ile tu siedzimy ciężko powiedzieć. Chyba nawet nie wiemy - nie było powodu gapić sie na zegarek. Napewno długo... :)

Tuptamy dalej. Po drodze szybka zmiana szaty roślinnej. Gęsty, młody brzeziniak smaga nas po pyskach.


A chwilę później bujne paprociowisko. Trochę już podeschłe, no jesień w końcu mamy...


Tak w sumie to chyba się całkiem dobrze maskujemy w tutejszych okolicach ;)




Wędrując przez wioski mijamy przydomowe ozdoby. Nie tylko krasnale mogą strzec obejścia ;)


Nieco upiorne aniołki o kolebiących się na wietrze główkach. Jak widać jedna bujała się za bardzo ;)


Skład opału na czarną godzinę.


Architektura drewniana trzymająca się bardziej w kupie.


I takowa w formie naskalnej.


Urokliwa studnia. Prawie jak w Mołdawii!


A ten pomniczek to nie pamiętam gdzie dokładnie był. Gdzieś po drodze jak jechaliśmy busiem. U nas zapewne by się nie ostał...




cdn


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz