bubabar

czwartek, 29 sierpnia 2019

Estonia (2019), Hara czyli burza na morzu ;)








Kolejnym miejscem, jakie odwiedzamy na naszej estońskiej wycieczce, są ruiny na morzu - pozostałości radzieckiej bazy naukowo - badawczej przy wyspie Hara, niedaleko wsi Virve. Baza powstala w latach 50tych. Dla zwiekszenia jej tajności cała obsługa bazy miała swą siedzibe nie gdzieś obok, ale w miejscowości Suurpea, po drugiej stronie zalewu, na sąsiednim półwyspie (tam pojedziemy jutro!)

Baza zajmowała sie “rozmagnesowywaniem łodzi podwodnych, tak aby ich pole magnetyczne było zbliżone do zera i nie reagowało na magnetyczne morskie miny”. Potem procesom tym poddawano tu tez statki. Ponoc kombinacje polegały głownie na tym, ze w szkielet statków wmontowywali metalowe zwoje, po nich puszczali prąd i to wszystko jakoś bylo polączone ze sztucznym generatorem pola magnetycznego, przeciwnego do pola magnetycznego Ziemi. Jak zabawke włączyli to te pola miały sie znosić, a statek stawać “niewidzialny” dla min, torped i innych potworów czających sie na niego w morskich głębinach. Acz ponoć nieraz występowały anomalie i mimo chęci i zapału konstruktorów - nic nie działało i nikt nie wiedział dlaczego. Próbowali tez ponoć obczaić jak zbudować “łódke idealną”, stąd różne współprace z np. “niemagnetycznym” żaglowcem “Zarja” czy kaspijskim ekranoplanem (tym, który sobie teraz rdzewieje w Kaspijsku i buby BARDZO chciałyby go odwiedzić ;) ). Współpraca była jednak tylko teoretyczna bo oba cuda chyba nigdy do Hary nie przypłyneły osobiscie ;)

Po rozpadzie Sajuza baza nie została porzucona - a przeniesiona w rejon miasta Primorska pod Petersburgiem. Betonu przenieść sie nie dało, wiec został. Smagają go morskie fale i po dziś dzień cieszy oczy przygodnych eksploratorów ;)

Jakby ktoś bardziej chciał zgłębić temat tego miejsca i jego historie - to tutaj i tutaj ma dokladniejsze artykuly. Po polsku niestety nic nie znalazłam.

Samo miejsce zachowało swoją opuszczoną malowniczość tzn. jest dobrze jak juz zejdziemy ze stałego lądu. Droga prowadząca do bazy jest już mniej przyjemna - parkingi, budka z cieciem pobierającym opłate za wstęp.. Moze źle trafiliśmy z terminem, że tu taki tłum? Chyba coś w tym jest, bo akurat odbywa sie jakis festyn. A może miały być jakieś koncerty? Stoją porozstawiane ogromne namioty, jakieś sceny, pływają w kółko żaglówki, motorówki. Ogólnie ludzi sie kłębi sporo, acz same morskie ruiny zdają sie ich zupełnie nie interesować. Jedno jest pewne - ich plany na dzisiejszy dzien nieco pokrzyżowała pogoda. Co chwile popaduje, a gdzieś w oddali od rana mruczą burzowe chmury. Tylko uczestnicy mobilnej sauny zdają sie bawić świetnie. Siedzą w balii, a deszcz chłodzi ich też od góry.


Pozostałości bazy to jakby zespół kilku betonowych “molo”, z których tylko jeden jest przymocowany do lądu. Na pozostałe nie da rady wejść suchą stopą bez użycia sprzętu pływającego.




Jest kilka zadaszonych budynków, do których planujemy zajrzeć, ale nie przypuszczamy, że dokonamy tego w tempie aż tak przyspieszonym ;) Jesteśmy gdzieś w połowie molo - kiedy nagle jak nie pierdzielnie w morze.. Nie wiem jak to działa, ale po raz pierwszy w życiu mam wrażenie, że najpierw słyszę grzmot, a dopiero potem widze błysk.. Błysk jakby sekunde… poźniej.. Wiem, że to niemożliwe - ale tak to wygladało! Z piorunów, które walneły koło mnie ten zdecydowanie ma pierwsze miejsce.. A wydawało się, że burza jest daleko.. Akurat nad nami sie przejaśniło.. Patrzy na nas spory fragment błękitu i sie z nas śmieje… Przypomina mi sie powiedzenie: “jak grom z jasnego nieba”.. Nie wiem w jakich okolicznościach ono zostało wymyślone - ale chyba w jakichś takich… Lekko spanikowani chowamy sie w budynku. Cała konstrukcja jest zapewne zbrojona i mocno żelazista ( a może i tajemniczo namagnesowana? :P ) ale z dachem nad głową jakoś tak raźniej.





Pomysł był dobry - bo chwile później przychodzi totalna zlewa - również z chmury dosyć niewielkiej - ale intensywność opadu jakby wleźć pod wodospad! Oprócz nas w ruinach ukryła sie para Holendrów i rodzinka z Petersburga z trojgiem dzieci. Zachowanie Holendrów nie pozostawia złudzeń, że “mają sie ku sobie”. Zapach jaki roztaczają wokół sugeruje również, że nie podróżują w pełni na trzeźwo. Jedno jednak w nich zaskakuje - są jacyś przeraźliwie młodzi! Jakieś 14-15 lat? Różne ich zachowania sugerują niedawne spuszczenie ze smyczy i niezmierną fascynacje światem dookoła. Oni chyba spierdzielili z domu - i z racji braku granic oparli się aż tutaj! Rodzinka zaś ma inne problemy - tatuś zachwycony, dzieci zachwycone - a mamusia wściekła jak osa. Bo nic tu nie ma, bo burza, bo zmokli, bo ona by wolała hotelową plaże w klimatach zdecydowanie cieplejszych. Wylewa wiec mężowi swoje żale potokami obfitymi jak ulewa za oknem. Koleś od czasu do czasu komentuje to krótkim “yyyhmm” albo “eyyy” i oddala sie w kąt, niby siku, ale raczej sięga wyżej niż można by przypuszczać przy tej czynności, wyjmuje coś zza pazuchy i wlewa do ust ;) Wraca po chwili i przystepuje do swych “yyyhm” w sposob coraz bardziej radosny. Dzieciaki skaczą jak nakręcone przez dziury w podłodze, dając zły przykład kabakowi. Holendrzy zaciągają sie aromatem trzymanym w rękawach, wygłaszając chyba jakieś epopeje na temat piękna świata, który ich otacza. Nikt nie chce wspólnego zdjęcia... To jakis znak czasu.. Jeszcze 10 lat temu spotkani turyści, miejscowi, w ogole ludzie, z ktorymi przecieły sie ścieżki - zawsze chcieli sie wspolnie fotografowac. Był to wręcz symbol przyjaźni, zaufania, jakby docenienia. Ludzie radośnie reagowali na pomysł o fotce na pamiątke. Wielu z nich prosiło aby ją im potem przesłac, a niektorzy wręcz domagali sie, aby zdjecie umieścic w internecie. Zmieniło sie. Na widok aparatu ludzie sie jeżą. Jakby sie czegoś bali. I to nie tylko kwestia tej ekipy z morskich ruin. To jakieś uogólnione choróbsko nasilające sie z roku na rok… Foty więc w składzie ograniczonym. Trudno.. Tych 7 ciekawych postaci bedzie musiało pozostac jedynie w mojej pamieci.



Potem sie nieco rozpogadza. Idziemy wiec dalej zwiedzać betonowe wyspy morskie. Tym razem pozostajemy na “molach” juz sami… Możemy kierować swe aparaty gdziekolwiek sie nam podoba!

Tylko różniste malunki przyglądają sie nam ze ścian..







A to budynki, gdzie nie będzie nam dane sie dostać.. Są tak blisko - ale za wodą… :(








Jakaś łódka tam cumuje. Używana? Opuszczona?


Beton zaczyna bujnie porastać roślinność.




Radziecki marynarz wciąż na posterunku.


Kolejny zadaszony budynek.




Gdzieś przy końcu konstrukcji. Tam gdzie fale już mocno nadgryzają żelbetowe molo, a mewy irytują sie najściem nieproszonych gości...





Wracając, podobnie jak wczoraj w Rummu, znów trafiamy pod ściane deszczu. Mimo posiadania na sobie kurtek, peleryn - do suszenia mamy wszystko po gacie. Co oni tu mają za deszcze??? Minuta i jakby cie wrzucił do jeziora!


Na nocleg zawijamy na cypelek. Mają tu kurhan pełen kolorowych kwiatów.




Na brzegu stoi pomnik upamiętniający wszystkich marynarzy poległych w II wojnie światowej.


Są też niemieckie stanowiska rakietowe, opisane w fajny sposób.



A po lesie i łąkach są rozrzucone fragmenty jakiś łusek gigantów.





Jeden pocisk jest wymierzony kierunkowo - w… kibelek!



Jest też morska latarnia.


Cały las w rejonie jest jakis taki posępny i tajemniczy. Może taki się wydaje bo jest strasznie mokry?



Wieczorny widok z morskiego brzegu.


W nocy przychodzi kolejne oberwanie chmury - wręcz sie zastanawiam czy nie skorzystać z kabaczego nocnika - wyjść z busia sie nie da.. Chyba że na golasa!

Ranek na szczęście jest juz pogodny. I taki fajnie świeży - nie taka duchota jak w poprzednie dni. Rozwieszam więc na słoneczku wszystkie zatęchłe łachy z wczoraj i przedwczoraj. Busia coraz bardziej wypełnia woń starej piwnicy - takiej, w której woda stoi nieprzerwanie od lat pięćdziesięciu ;)




cdn



1 komentarz: