Szukamy jakiegoś miejsca na nocleg, żeby było przy samym morzu. Z dzikimi miejscami dość tu krucho, ale trafia się całkiem w porządku wyglądający kemping. Na wjeździe wita nas fajny traktor :)
Osiedlamy się w miłym, sosnowym lasku.
Fajnie się rano budzić i mieć taki widok nad głową. Nie są to wprawdzie kwiaty z Valdanos, ale sosna też dobra rzecz i też ładnie pachnie! :)
Najważniejsze, że miejsce nie jest niezatłoczone, a żółwie zaglądają nam do namiotu.
Pranie musi być! :)
A tam już widać morze! (i kibelki ;)
Tak prezentuje się nasz lasek od strony morza.
Ślimaczki, które wyruszą dziś w podróż :)
Jedyną wadę tego kempingu odkrywamy wieczorem. Cały teren jest tu obstawiony latarniami, które nocą tak napier*#@*, że jest jasno jak w dzień. I nie da się ich wyłączyć. Przenosimy kilkakrotnie namiot, aby to g... zasłaniały drzewa albo wiszące pranie, ale wychodząc z zasięgu jednej - automatycznie wpadamy w zakres rażenia drugiej. Próbujemy ubierać latarniom koc na głowę - szczęśliwie są niewysokich rozmiarów. Co ludzie mają za pierdolca z tą fobią przed ciemnością???
Kolejnego dnia idziemy przejść się plażą w stronę albańskiej granicy. Nie jest to najciekawszy z nadmorskich spacerów - parasole, tłumy, widoki bardzo monotonne...
W tych rejonach Czarnogóry plażuje dużo rodzin muzułmańskich, głównie są to przyjezdni z Kosowa - a przynajmniej wysiadają z aut na takich blachach. Na plaży kobiety kąpią w swoich strojach regionalnych - ponoć owo wdzianko nazywa się "burkini". Na miejscowych bazarach też masowo toto reklamują/sprzedają we wszelakich wzorach i kolorach tęczy, pomiędzy kapeluszami, magnesikami, labubu i muszlami z napisem "Ulcinj".
Tak sobie wędrujemy plażą podziwiając lokalne klimaty. Toperz z kabakiem co chwilę wskakują do morza, więc idą w strojach kąpielowych. Ja póki co się już nakąpałam (tu i tak popływać się nie da), więc się przebieram, żeby nie łazić w mokrym kostiumie, nie pomoczyć plecaka, itp. Poza tym, może to dziwnie zabrzmi, ale gdy mam na sobie mokre szmaty a wieje - to mi zimno. Nawet przy +32. I jeszcze mi plecy przypiecze... Mój nietypowy strój (luźna koszulka, spodenki przed kolano i buty za kostkę) wywołuje więc śmieszną sytuację. Do toperza podchodzi jeden z Albańczyków (albo innych czcicieli Allaha) i zwraca mu uwagę, że jego żona jest nieodpowiednio ubrana - że nogawki spodni i rękawy powinny być dłuższe. Toperz najpierw wybałusza na niego oczy, potem patrzy na mnie i zaczyna się śmiać, mówiąc, że "my nie jesteśmy muzułmanami". Koleś przeprasza za pomyłkę i twierdzi, że w takim razie "ona jest świetnie ubrana, ech... żeby te wszystkie (tu użył jakiegoś obelżywego słowa) tak się nosiły na plaży." No cóż... Kobieca moda na plaży w Ulcinj to albo prześcieradło do kostek albo bikini, które więcej pokazuje niż zasłania. Ja rzeczywiście tu wyglądam jakbym właśnie spadła z księżyca ;)
Idę też połazić wydmami. Tu od razu robi się puściej i chyba o 10 stopni cieplej. Tu już bym mogła łazić w mokrych ciuchach ;) Wokół walają się minisklepiki, słomiane daszki parasoli itp. Nie wiem czy to jest porzucone czy obserwuję właśnie przygotowania do sezonu.
Ale że podkłady kolejowe?? Skąd one tutaj?
Tu już myślałam, że udało się namierzyć ośrodek z domkami. Ale to chyba tylko baraczek robotników.
Ławeczka pośrodku niczego. A może to przystanek autobusowy?
Gdzieniegdzie mijam parking, gdzie zatrzymują się plażowicze. Z obcokrajowców dominują rejestracje RKS. Też sporo AL i SRB, ale wyraźnie mniej. Tak jakoś mi przechodzi przez głowę, że ciekawe, że Serbowie i Kosowiacy mogą tak zgodnie koło siebie parkować i plażować. Nie pogryzą się?
Gdy wracam tą samą drogą za 15 minut, słyszę jakieś wrzaski, brzęki, tumulty. W jednym aucie jest rozbita boczna szyba, w drugim urwane lusterko. Nie wiem kto zaczął, ale drugi dłużny nie pozostał. Kilka osób się szamocze i skacze sobie do gardeł. Hmmmm... znaczy jednak widać nie mogą... ;)
Wracam na plażę. Może parasole też już zaczęli "ogławiać" - tak jak drzewa w miastach?
Szczęśliwie nie wszędzie jest tłum i leżaki. Są też całkiem przyjemne kawałki plaży, gdzie czuć trochę przestrzeni.
Na takim piasku to aż się chce człowiekowi wyłożyć :) Tu chyba mało kto łazi, skoro wiatr nadąża malować swoje wywijasy.
Nie, czekaj! Ktoś jednak chodzi i nawet zostawia ślady!
W morzu można znaleźć ciekawe rzeczy, np maskę do nurkowania. Musiały komuś porwać fale albo po prostu zgubił.
W pewnym momencie nad wydmą pojawia się czarny dym. I przybiera na sile.
Ile odeszliśmy? 2 km, może trzy? W tym rzucie wygląda zupełnie jakby się jarało na wysokości naszego kempingu! Zawracamy więc, obczaić czy nie trzeba w panice ratować dobytku.
Okazuje się, że jednak pali się daleko, dopiero za kanałem z rybaczymi domkami, chyba gdzieś w rejonie naszych solnisk.
Jest więc szansa, że przez kanał pożar nie przyjdzie i nas nie odwiedzi. Toperz się z nas śmieje, że jesteśmy głupie baby, bo biegnąc w stronę domniemanego pożaru - kabak najbardziej się martwił o ulubioną przytulankę, a ja o notes z zapiskami do relacji ;) Od tego czasu owe najważniejsze rzeczy zawsze nosimy przy sobie.
Będąc na obrzeżach Ulcinj i mając blisko knajpy, postanawiamy z tego skorzystać. Odwiedzamy oczywiście miejsce, gdzie serwują różnorakie morskie robaki. Aby wejść akurat tutaj - skusił nas górny baner z homarem (czy jak tam to zwierzę się nazywa) i napis "fish". Co jest najzabawniejsze - dopiero pisząc relację odkryłam, że dolna część plakatu jest cała napisana po polsku! Ki diabeł??? Może nas jednak oszukali i byliśmy na Helu? ;)
Jakbym tu mieszkała na stałe to bym się chętnie żywiła wyłącznie rybami i innymi żyjątkami z morskich odmętów!
Knajpę tą odwiedzamy dwukrotnie. Fajnie się tu siedzi, pod dachem z winorośli.
Dostajemy też nalewkę z kiwi - gratisowo, przed obiadem, po obiedzie i jeszcze strzemiennego już na odchodnym. W smaku jest hmmm... specyficzna. Taka bardzo gęsta i słodka, trochę zapodająca jakby lekarstwem? Chyba mają jej za dużo i muszą się szybko pozbyć ;)
Pod stolikami pełza przemiła kocia rodzinka: mama, tata i trzy kocięta.
![]() |
![]() |
|---|
Jeden biedny koteczek nie ma łapek! Wygląda jakby mu je coś odgryzło... Chodzi więc na dwóch i często się przewraca. Z myszami więc nie wróżę mu sukcesów, ale ma całkiem spore szansę przeżyć (o ile nie pęknie), bo stołujący się tu - głównie podkarmiają jego.
Po drodze mijamy różnych użytkowników parkingów.
Specyficzny próg zwalniający ;)
Wieczorem też idziemy na plażę. Pusto. Nikogusienko. Tylko ciemne rzędy parasoli i gdzieniegdzie pełgające przyćmionym światłem, nieczynne jeszcze plażowe knajpy. Masakra tu będzie jak to wszystko pootwierają... Ale póki co nie ma co narzekać. Ma to swoisty urok - taka cisza przed burzą...
Wreszcie można popływać na golasa (czy raczej potaplac się - biorąc pod uwagę głębokość wody ;) ) Można w spokoju pobujać się na huśtawce wodnej, gdzie za dnia chyba zawsze stoi kolejka.
No i to Czarnogóra, więc nie ma tego problemu, że po zmroku automatycznie robi się zimno! :)
Gdzieś w oddali świeci miasto.
Warto świecić latarką pod nogi, coby nie rozdeptać np. takiej ładnej piaskowej rzeźby.
Żeby nie było - myśmy też ładne budowali!
W nocy przychodzi dziwna ni to mgła, ni to dym. Wszystko wokół jest nią spowite, a światło latarni (tych co ich nasrali na kempingu co dwa metry) śmiesznie się rozszczepia. Żałuje, że nie zrobiłam zdjęcia. Zapach jest taki, hmmm... ogniskowy! Mam nadzieję, że pożar się nie odnowił, a co gorsza nie powstały jego nowe zarzewia po "naszej" stronie kanału. Gdy idę do kibelka mijam jakiś turystów kręcących się przy kamperze, którzy sobie opowiadają, że kilka dni temu na jakiejś greckiej wyspie usmażyło się sporo turystów, bo nie mieli jak uciekać, a niosło się, że hej! A tutaj, oględnie mówiąc, też mokro nie jest...
Gdy wcześniej pytaliśmy obsługę kempingu co myślą o pożarze - to nam powiedzieli: "Spokojnie, to jeszcze daleko. Nikt nie będzie tego gasił, samo zgaśnie jak dojdzie do rzeki, a poza tym jutro ma padać".
Wychodzimy więc na drogę, wypatrujemy, niuchamy - ognia póki co nie widać, tylko łunę z oddali. Dobrze, że ja co 2 godziny chodzę do kibla - to będe obczajać sytuację na bieżąco. Ale ogólnie nie śpi się nam za dobrze. Jedynie kabak ma na wszystko wywalone i śpi słodko jak niemowlę.
Pożar nie przyszedł. Może dlatego, że rano faktycznie pada? To już nasz ostatni dzień w Czarnogórze. A tyle jeszcze zostało do zobaczenia - zawsze na wyjazdach jest za mało czasu!
Kilka rzutów oka na boki podczas powrotu do Podgoricy.
Nie wiem czy kiedyś już wspominałam, że najbardziej lubię takie lotniska, gdzie do samolotu idzie się pieszo z budynku? Nie jakieś autobusy, rękawy... Po prostu idziesz sobie jak na PKS :)
Z okien podziwiamy tereny przemysłowe.
I kolejne miejscówki gdzie się coś jara. Ale to już nas nie dotyczy...
No i tyle byłoby prawdziwie upalnego lata na rok 2025. W Polsce czekała na nas zimna późna wiosna, która płynnie przeszła w chłodną jesień ;)
KONIEC

















































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz