bubabar

wtorek, 2 czerwca 2026

Łąkami Gór Orlickich - z Międzylesia do Lichkova (2026)

Wycieczkę zaczynamy na dworcu PKP w Międzylesiu.


Chociaż nie, czekaj! Kontakt z pięknem świetlistego lasu i urokiem wzburzonych strumieni mieliśmy już wcześniej - w kiblu! ;) Tak ładnie udekorowanego kibelka w pociągu to ja jeszcze nie widziałam! A jak zasysa wodę w czasie spuszczania - to jakby szemrał ten potok z fototapety! Normalnie pełna multimedialność! :P


Z Międzylesia idziemy w stronę Kamieńczyka, a wszędzie wokół otacza nas zieleń wzgórz.


I słońce świeci! Co za radość! Rano w Oławie przebijaliśmy się przez ścianę deszczu, a i prognozy były, oględnie mówiąc, mało optymistyczne.

Droga wkracza na rozległe polany. Jak cudnie - jaka przestrzeń! Góry majaczą po horyzontach, przypominając, że to nie całkiem równinna okolica, ale owe szczyty zdają się być bardzo daleko. A tu taki jakby płaskowyż, z grzejącym słońcem i dużą dawką ożywczego wiatru!


I wreszcie niebo jest takie jak lubię najbardziej - z barankowatymi obłokami (a nie tylko smugi po samolotach, układające się w krzyże, gwiazdy i drabinki)


Czasem mignie kapliczka w cieniu starych drzew.


Im bliżej Kamieńczyka niestety coraz gęsciej pożera łąki zabudowa. Nowe domy, ogrodzenia, biegające luzem psy wielkości dorodnego cielęcia...

W bok, w pola, uchodzi malownicza droga, ale to niestety nie nasz kierunek.


Żołty szlak wyprowadza nas prosto pod drewniany kościół.


Przez chwilę można się poczuć zupełnie jak nie w Sudetach. Aromat impregnatu do starego drewna raczej przywodzi mi zwykle na myśl zupełnie przeciwległy kraniec polskich gór.

Znajdziemy tu także drewniane krzyże, o spękanej, chropowatej powierzchni.


Najbardziej urzekły mnie chyba kwiatki!


Byliśmy już tu kiedyś, 12 lat temu, podczas zlotu z forum sudeckiego - RELACJA Nie wiem czemu, ale wtedy cała okolica wydawała mi się o niebo dziksza, bardziej zapomniana. Może ma się takie wrażenie tylko będąc gdzieś po raz pierwszy? A może rzeczywiście coś się tu pozmieniało przez te wszystkie lata?

Nie udało się wtedy wejść do kościoła. Teraz również jest zamknięty. Zaglądam więc jedynie przez okienka, co nieraz wymaga odrobinę wspinaczki. Ładnie jest w środku - dywany, malowane drewno i widać pozostałości po niedawnych Zielonych Świątkach. Okna nie były zbyt czyste, więc trochę poszkodziło to zdjęciom.


Zaglądamy też na stary cmentarz. Zwykle cmentarze mało interesowały kabaka, ale tu zaciekawiło ją, że groby są opisane po niemiecku - a ona przecież ma w szkole niemiecki! I jaka była radość, gdy odnalazła dwa słowa, które zna: "Schwester" i "Vater" :)


Grzejemy kupry o ciepły asfalt :)


A potem tuptamy dalej, w stronę granicy. Mijamy czasem stare domostwa.


Niektóre bywają dość mocno zarośnięte.


Pierwszą rzeczą jaka się nam rzuca w oczy po czeskiej stronie - jest barakobar :)


Siadamy na chwilę. Widać takie było nasze przeznaczenie - skoro miła knajpka tak nam wyrosła na środku drogi!


Sprzedają tu też kozie sery, więc część wystroju jest związana z kozami - jakieś rysunki, maskotki kozy czy np. koza zrobiona z wikliny i mchu :)


Mamy od jakiegoś czasu taką tradycję, że na przejazdy koleją dłuższe niż godzinę (więc do Wrocławia czy Opola się nie liczy) kupujemy kabakowi małą paczkę czipsów "duszków". O takich:


I tu, w tym barze, natrafiamy na ich czeski odpowiednik - straszydełka!!! Ale jaja!!! Radości jest co niemiara!! :)


Potem nasze ścieżki prowadzą wzdłuż granicy. I znów przecudne łąki! W sumie jeszcze fajniejsze niż te przed Kamieńczykiem, bo zupełnie pozbawione zabudowy czy ogrodzeń. Nie wiem czy to zasługa granicy przecinającej łąkę - ale fakt jest taki, że póki co żadne paskudztwo tu nie narosło i można się cieszyć nieskrępowaną przestrzenią.


Na chwilę wbijamy w las.


... by znów wypluło nas na łąkach opadających w stronę Lichkova.


Przed nami otwiera się widok na obły grzbiet Vysokiego Kamena, po którego zboczach i szczytach będziemy wędrować dziś i jutro.


Trochę niepokoi nas kolor chmur wyłażących zza pagórka...


No ale to jest ZA nami. Przed nami jest pogodnie, słonecznie i ciepło. A że poruszamy się z zawrotną prędkością pewnie półtora kilometra na godzinę - to żadna chmura nie ma szans nas dogonić! :P


Dzwonki zwykłe i albinosy ;)


Zabudowa Lichkova miewa miłe dla oka akcenty, np. kubeczki na płocie.


Chyba szykują się na srogą zimę!


Trzy mostki, jeden za drugim.


Rzeka im nieco zakwitła - ładnie to wygląda, ale chyba nie świadczy zbyt dobrze o czystości wody?


Powoli wspinamy się nad miejscowość.


A klimaty wokół nabierają wieczornego wyrazu.


Leśny krzyż.


Na dłuższą chwilę zatrzymujemy się przy źródłach. Ujęcie wody blisko drogi nosi imię księcia Rostislava.


Omszałe kamienie, stara tablica, plusk wody i przesycenie powietrza aromatem świeżości. Jak ja uwielbiam takie leśne źródełka! :)


Dodatkowo cała najbliższa okolica została udekorowana różnymi rzeźbami. Czego tutaj nie ma!! Są brzozowe ludziki i drzewny domek! Pająki, mrówki, myszy, świnki a nawet sowy z uszami z piór!


Najbardziej jednak urzekł nas chyba młyn i kładeczki! :)


Kawałek wyżej położone jest źródło "Šalamoun i Karolína". Ono ma ponoć właściwości lecznicze, bo wypływająca tu woda zawiera radon. Więc jeśli ktoś pragnie mieć na wieczór świecącą herbatkę - to trzeba tankować u góry! :D


Ciekawa płaskorzeźba. Koleś trzyma za rękę leżącą kobitę, a ona uśmiecha się tajemniczo... Na bank jakaś historia jest z tym związana, ale nie udało mi się nic o niej dowiedzieć.


I tak to docieramy do dzisiejszego miejsca biwaku - wiaty z pięterkiem. Z daleka powiedziałabym, że to paśnik ;) Wiata jest nowa - ma chyba 2 lata. Ostatnimi czasy trochę takowych w Czechach powstało. Mają różne kształty, ale łączy je jedno - zostały celowo zaprojektowane i zbudowane, aby pełnić funkcje noclegowe. No więc się da...


Na "parterze" jest drewniana podloga, stół, ławy, a ściany są nieco ażurowe.


Pięterko jest dużo bardziej zaciszne. Kabak od razu się tam osiedla i jest tak zachwycona okolicznościami, że odmawia schodzenia na dół ;)


Wiata stoi w przyjemnym, brzozowym zagajniku. Miejsce z jednej stroni cieniste, ale równocześnie gęsto przesiane światłem promieni.


Nie wiem czy to przypadek czy celowo jest to tak zaplanowane, ale zachodzące słońce wypełnia całe wnętrze wiaty. Wszędzie już kładą się długie cienie, a przy stoliku wciąż jak na plaży! :)


Kurde... szkoda, że nie wzięłam świeczek! Myślałam o tym wczoraj, ale ostatecznie zapomniałam... A fajnie by z takowymi posiedzieć po zmroku. Bo na ognisko jakoś nie ma dziś fazy - nie ma bardzo dogodnego miejsca, chrust w lesie jest mokry po porannych ulewach, w sumie jest ciepło, a jeszcze dym nam tu kogoś zwabi...

Słońce zachodzi dziś nietypowo - za dmuchawcem :)


Nasza gawra :)


Noc jest ciepła. Na tyle ciepła, że wyłażę ze śpiwora i tylko się nim nakrywam. Otwieramy też jedno z okienek, bo strych o dziwo okazuje się na tyle szczelny, że robi się dusznawo. Bardzo fajnym patentem, który tu zastosowano, jest drabina przytwierdzona na stałe do ściany. Raz, że trudniej ją ukraść, a dwa, że schodząc w nocy do kibla, w rozwiązanych butach i z senną głową - jest mniejsza szansa zlecieć na zbity pysk (co w przeszłości kilkakrotnie mi się zdarzyło na chybotliwych drabinach w chatkach i bacówkach)

Poranek wstaje pogodny, acz wietrzny. Wyprawiam się z butelkami do źródła, więc wody nam nie zabraknie :) Toaleta poranna.


Śniadanie - połączone z osłanianiem palnika przed wiatrem ;)


I w drogę! No bo być w Górach Orlickich i póki co żadnego bunkra nie obczaić? Toż to skandal! Musimy się poprawić!


cdn


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz