bubabar

czwartek, 14 maja 2026

Świerkowy las znów szumi - Jeseniki cz.2 (2026) - Pytlák, Janovy skály, Rabenštejn, Kamzičí skála

Kolejnego dnia na wycieczkę ruszamy z doliny rzeki Střední Opava, gdzieś między wioskami Železná i Bílý Potok. Mijamy samotny letni domek (na tym etapie jeszcze nie wiemy, że zaraz obok stoi też drugi)


Przez łąki i łany zieloności pełzniemy powoli pod górę.


Mijamy przyjemne źródełko. Strumyk płynie w niewielkim wąwozie, po drewnianej rynience mocno wyścielanej mchem. Woda jest chłodna, widać gdzieś niedaleko jest jej wypływ. Dzień jest na tyle ciepły, że z dużą radością myjemy sobie gęby! :) Widać jest to doceniane ujęcie wody, bo ktoś nawet zostawił kubeczek! :)


A se znalazł miejsce do życia... Mniszek żwirowy...


Przez przyjemne świerkowe lasy pniemy się do góry.


Fragmenty lasu są nieco przetrzebione więc tu i ówdzie trafi się jakiś widoczek.


Tu każda skałka wygląda jak potencjalne miejsce na nocleg!


Dziś chyba pierwszy taki dzień w tym roku, że można iść na krótki rękaw i nie marznąć! (tzn. mówię o sobie, bo toperz z kabakiem chadzali już wcześniej.)


Tak to sobie wędrując docieramy na cudne skałki zwane Pytlák.


Korzeniowiska, mchy, porosty, dywany z igliwia. Początkowo wydaje się, że specjalnych widoków stąd nie będzie...


...ale nic bardziej mylnego! Tu i ówdzie między drzewami otwiera się szersza przestrzeń.


I jak ciepło! I jaki zapach - taki jakby trochę... morza? Jakby nadmorskiej wydmy? I do tego ten szum! Śmiejemy się, że byśmy mieli miny jakbysmy po wyjściu na szczyt zamiast Pradziada i spółki zobaczyli morskie fale! Ale póki co tylko bodźce słuchowe i zapachowe zawierają elementy podejrzane - wizualnie wszystko wygląda w sposób tradycyjny i przewidywalny. I znów wszędzie pusto, zielono, ani pół domku czy drogi. Niesamowite, że tak wyglądają widoki w terenach obiektywnie tak mało dzikich i gęsto zamieszkanych, gdzie w dolinach jest od groma wsi i miast. W takich np. Beskidach to gdzie człowiek spojrzy to wsie podchodzą pod szczyty i wszystko upstrzone wszelaką zabudową. I jeszcze jedna ciekawa rzecz - tu nie ma niedźwiedzi a w Beskidach są! To najlepsze kombo - góry, które wyglądają dziko a miśkow nie ma. Cieszy podwójnie! (acz kiedyś chyba musiały być - te wszystkie Medvědí vrchy nie wzięły się z niczego ;)


Bardzo przyjemna buda tu stoi na jednej ze skałek. Nie wiem czy to wiata turystyczna czy ambona. Miejsce emanuje spokojem i zachęca, aby posiedzieć w środku czas dłuższy. Miło pachnie stare drewno, skrzypią podłogowe dechy. Acz nasza obecność chyba się nie podoba stałym lokatorom - myszom. Jedna ucieka nam spod nóg, a druga przysiada na filarze i patrzy na nas z wyraźną dezaporobatą.


Czyżby kabak był już większy ode mnie???? Sie porobiło! ;)


Na szczycie Pytlaka jest też taki słupek. Nie wiem czy to data? Bo raczej nie wysokość... ;)


Złazimy. Ze świetlistych skał w coraz bardziej cieniste lasy.


Przechodzimy koło źródełka...


A zaraz obok mijamy chałupkę. Janska Chata się zwie.


Bardzo mi ona przypomina Marianówkę - pewnie też taka do wynajęcia. Chociaż? Jak w majówkę nikogo tu nie ma??

Werandę zrobili z bardzo żywicznego drewna - wypływa obfitymi, aromatycznymi soplami!


Dalej w lasach różne dziwy! Spotykamy np. konika z wypchanych worków. A może to sarna? Czy to ma coś odstraszać czy raczej przywabiać? Albo po prostu - stoi dla ozdoby?


Naszym celem są Janovy Skaly. Nie jest to miejsce jakoś specjalnie widokowe, ale połazić jest gdzie - pomiędzy kamiennymi blokami, nawisami i grotami.

Pierwsze się rzuca w oczy zadaszenie ogniskowe, a nasze odzienie (lub jego brak) na zdjęciach pokazuje jak wspaniale ciepły to był dzionek!


Dalej prowadzą wąskie korytarzyki, cieniste bramy, wilgotne tunele pod nawisami.


Czasem trzeba się trochę powspinać, by dostać się na słoneczne tarasy na szczytach skał. I wśród borówek i małych świerczków można się do woli powygrzewać.


Dochodzi tu też do dziwnego zjawiska - mamy jeden batonik, do podziału na trzy. W czasie wyjmowania batonik nieszczęśliwie upada na skały, turla się i wpada w szczelinę. Widzieliśmy jak się toczy, jak się zatrzymuje na błotnistym kawałku, że leży na dole. Podejmuję się akcji ratunkowej - obchodzę skały, spełzam w szczelinę, cała się uwaliłam w błocie i to na marne! Bo batonika nie ma! Zniknął!! Leży tylko jakiś stary śmieć. Jak nic duchy skał zeżarły nasz batonik! W sumie - może i dobrze? Nie utyjemy! ;)

Nacieszywszy się skałami powoli spełzamy w dół.


Liczne wycinki umożliwiają oglądanie widoków.


Docieramy do obszernego placu, gdzie stoi Chata František.


Zamknięta, też taka jakby na wynajem. I też pusta. Chata ma śliczny ganeczek okalający ją z 3 stron.


Jest to więc fajne, że zbłąkany wędrowiec docierający tu w deszczowy dzień - ma się gdzie schronić.


Fragment werandy ma nawet oszkloną ścianę zewnętrzną, więc zaciszność jest znaczna. I stoi tu jakieś dziwne urządzenie.


Jest też wychodek, ale nie testowałam. Ba! Nawet nie zajrzałam do środka. Wstydzę się... Jak mogłam dopuścić takiego niedopatrzenia!?


W ogóle najbliższa okolica obfituje w miejsca noclegowe - są wypaśne, otwarte paśniki. Z siankiem na stryszkach.


Albo karłowata ambona. Do wyboru do koloru.


Dalej tuptamy sobie stokówką.


Mijając różne formy skalne np. podkorzeniowe...


...czy poprzerastane drzewami w inny sposób.


Tak docieramy do ruin zamku Rabenštejn. Dużo tu sympatycznych skał.


No dobra, wszystko ładnie pięknie - ale gdzie ten zamek?? Może coś na tej skale będzie?


No i faktycznie. Są jakieś kamienne ściany.


Ponoć to miejsce pełniło funkcje strażnicy do wypatrywania i było związane z pobliskim zamkniem Veisenštejn, gdzie już dziś nie zdążymy się wybrać. Ciekawe czy w tym całym sredniowieczu była na terenie Czech jakaś skałka, na której nie było zamku? Bo mam wrażenie, że chyba żadnej nie odpuścili ;)

Ma się już ku wieczorowi, ale skoro już tu jesteśmy to sobie jeszcze podejdziemy na pobliski punkt widokowy znaczony na mapie, zwany Kamzičí skála. Już po drodze coś tam majaczy przez nie całkiem jeszcze opierzone drzewa.


Albo wiszą nad drogą fajne skałki.


Wyłazimy na mocno przepaścistą ostrogę skalną z krzyżem...


... i zbieramy szczęki z podłogi! Odczucie jest jakby nie, że otworzył się przed nami widok, ale jakby nas nagle zawiesiło w powietrzu, a przestrzeń była przed nami, za nami, z lewej, z prawej, z góry, z dołu - dosłownie wszędzie!!! Jakby taki dziub statku, ale zamiast wody - bezkres pustych, falujących gór. Miejsce robi na nas mega wrażenie - jest to zdecydowanie najlepszy widok z całej naszej dwudniowej trasy. I napewno nie jest to miejsce dla osób z lękiem wysokości ;) Powykręcane drzewa łapią się korzeniami pionowych zboczy. Widać, że targane wiatrem i brakiem oparcia poprzybierały fantazyjne kształty. Z ludzkiej ingerencji jest tylko ten krzyż i trzymające go liny. I żadnego gówna w postaci barierek, drabinek, poręczy. Podchodzisz tak blisko urwiska jak ci gra w duszy, tak jak pozwalają ci umiejętności, ochota i wiara w swoje ręce i nogi. Piękne miejsce - mające w sobie oddech wolności, przestrzeni i (wiem, że złudnej) dzikości.


I jest coś, czego niestety nie odda żadne zdjęcie. Przez ten dwubarwny las na pierwszym planie co jakąś chwilę przechodzi fala. To chyba takie podmuchy wiatru. W zupełnie inny sposób falują świerki, a w inny ten "kaczy puch" pomiędzy nimi - jakby ruszał się w przeciwną stronę? Wygląda to niesamowicie, zwłaszcza, że jest przerywane ciszą i absolutnym znieruchomieniem. A potem znów buch! jakby takie drzewne tsunami! A do tego szum, tak - ten tytułowy szum Jeseników, acz tu zwielokrotniony, brzmiący jak wzburzone morze. I jakby na chwilę zamknąć oczy - to znów jakby trochę morzem pachniało! Do tego dokłada się dużo cichszy szum, ale taki ciągły - chyba to rzeka w dolinie albo jakiś wodospad tu mają? Oglądamy to zjawisko z otwatymi japami czas dłuższy.


Wracamy. Cienie coraz dłuższe, zaczynają przypominać nie ludzi, ale jakieś dziwne istoty nie z tego świata. Z dolin ciągnie chłodem i wilgocią. Nie wiem ile nam światła zostało, ale musimy jeszcze znaleźć miejsce na nocleg.


Nie wiem czy to dobrze widać na tym zdjęciu, ale mamy z kabaczkiem takie same bluzy :) Tzn. nie podobne, ale identyczne - tego samego rozmiaru. Na mnie jest trochę przymała, a na nią ciut przyduża. No ale mimo wszystko daje to jakiś obraz tego jak ogromne to już jest dziecko. A tak niedawno było niemowle, pod pachą się nosiło jak teczkę... 10 lat temu... jak wczoraj ;)


Domek nad potokiem. Tu się zamyka pętelka naszej dzisiejszej trasy.


Teraz jednak dostrzegamy, że jest tu jeszcze jedna chałupka - chyba opuszczona. Mocno zarośnięta, nie prowadzi do niej żadna ścieżyna, a grunt na większości działki wokół stanowi raczej bagno. Teren jest mocno cienisty i wilgotny, chyba nawet w słoneczny dzień.


Ale poza tym niezwykle tu urokliwie. Obok szumi rzeka (o której malowniczości jeszcze wspomnę później) Dookoła rosną drzewka obsypane białym kwieciem, co aromatom ogólnej świeżości dodaje jeszcze zapachu jakby perfum. Zbutwiałe, omszałe ławeczki ze stołem zachęcają by spożyć tu posiłek.


Jest też drewno na opał, które oprócz mchu i szyszek pokrywają łany szczawiku zajęczego.


Źródło też mamy na miejscu.


Ktoś tu kiedyś ognia nie lubił. Ale dawno to już było, więc pewnie ów brak sympatii dawno się przeterminował.


Jedno jest pewne - jakbyśmy mieli namiot to właśnie tu byłoby wymarzone miejsce na dzisiejszy biwak (bo były też suchsze wyspy wokół). No ale namiotu nie mamy. Mamy busia. A jakby busio wrył się w to bagno - to by go czołgiem nie wyrwał... Busio umie się wkopać, oj umie! ;) Trza więc jechać dalej na poszukiwania.

Nie odjeżdżamy daleko. Stajemy w małej zatoczce nad rzeką Střední Opava. Dziś na biwaku będziemy sami! Juuuuupi!!!! :) Śpi się wybornie wśród szumu świerkowego lasu. Przy busiu wiatru nie ma - nie duje w kuper jak się wychodzi na nocny kibelek. Wiatr wyje tylko gdzieś wysoko w koronach drzew.

Tak prezentuje się nasze miejsce noclegowe o poranku.


To jedno z tych miejsc, gdzie się podkłada pod koła duże kamienie - jakby hamulec w nocy puścił ;)


Pierwsze tegoroczne mycie w potoku!!! :)


Střední Opava zachwyciła mnie jako rzeka. Przypomina mi odrobinę mój ulubiony Wiar, ale nie wiem czy nie jest jeszcze piękniejsza. Te wielkie głazy - wręcz jak płyty skalne. Wygryzione skarpy zboczy, zwałowiska pni i gałęzi. Powyrywane z korzeniami drzewa i głębokie buniory - wręcz idealne do kapieli! Jak jakaś rzeka w niedostępnych, nieprzebytych kniejach.


Zdaje sobie sprawę, że to nie przypadek, ale skutki powodzi z września 2024. Wcześniej pewnie tak "dziko" tu nie było. A co Střední Opava i jej koleżanki wyprawiały wtedy - to się naoglądałam na telefonie Ukrainki pracującej w schronisku pod Pradziadem. Działo się tu grubo...

Już na powrocie zatrzymujemy się jeszcze kawałek dalej, na obrzeżach Železnej.


Jest tu przyjemna kładeczka.


Ale wzrok przykuwa bardziej zerwana tama.


Chyba musimy tu wrócić w sezonie bardziej kąpielowym! Jak na tej wielkości rzeczkę to głębie są solidne :) Można by popływać po powrocie z górskich tras albo o poranku! Mmmmmmm... Już się cieszę na wizję takowej przyszłości.




KONIEC

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz