Kolejnego dnia planujemy połazić po okolicznych lasach i skałkach. Jak już tu jesteśmy to zobaczymy co się kryje w zaroślach oprócz poradzieckiego betonu. No i jakoś wszystko dziś jest przeciw nam. Normalnie jakby się uwzieło. Droga do Doksy okazuje się być zamknięta, trzeba objeżdżać lasami albo mocno nadkładać trasy wycieczki. Potem tam, gdzie chcemy iść przez lasy, raz po raz słyszymy jakąś kanonadę strzałów. Polowanie? Wybuchy w kamieniołomie? Egzekucje? A może Ruscy wrócili na swoje poligony? Cokolwiek by to nie było - chyba lepiej się do tego nie zbliżać... W koncu okazuje się, że strach ma wielkie oczy, a nasza wyobraźnia jest nieco bujna ;) Po prostu strzelnica - i grzmią w niej na potęgę. Pozostaje mieć nadzieję, że mają tarcze i przechodniów za cele nie biorą ;)
Sporo dróg wygląda tu ot tak. Jak jeziora. Kajak by się nadał. Macaliśmy kijem - z pół metra to miały na głębokość.
Duże nawodnienie jak widać służy mchom, które bardzo bujnie i malowniczo porastają okoliczne zbocza, skały i kamulce.
Jedna z przydrożnych skał. Wygląda jak drzemiący olbrzym, który niby w letargu, ale obserwuje nas spod zmrużonych powiek.
Ten wygląda jakby niuchał i identyfikował przechodniów na węch.
Tu wyraźnie mamy otwór nienaturalnego pochodzenia. Wyryty jest też napis i data.
Skała jest fragmentem takiego jakby wąwoziku.
Nie wiem co pisało na tej tabliczce, ale chyba temu drzewu się to nie podobało ;)
W ogóle niektóre fragmenty drzew wyglądają nieco drapieżnie...
Są wąwozy...
...a gdzieniegdzie ścieżki wspinają się mocno pod górę.
Lasy są mocno nadwyrężone przez zrywkę. Spomiędzy poręb wyłażą skałki. Kabak twierdzi, że wyglądają jak wypięta pupa.
Niektórych drzew nikt nie zabrał. Leżą sobie.
Czasem ze wzniesienia pojawi się jakiś widoczek. Zazwyczaj nieco przymglony czy przysłonięty.
Nieraz jednak można się dopatrzeć jakiejś fortecy na szczycie. Ta ponoć Bezděz się nazywa. Na tym wyjeździe będziemy go widzieć praktycznie zewsząd. Może kiedyś i tam zawędrujemy.
W miejscach mniej widokowych spotykamy muflona - chyba jakiś zwiał z hodowli, bo ma klips na uchu!
Różne struktury mijanych skałek, które raz po raz wyłażą z różnych zaułków bukowych i sosnowych lasów.
Jak te korzenie tam powłaziły? Jak te drzewa są w stanie zachować pion jak np. wieje?? Zawsze mnie fascynują takowe naskalne korzeniowiska!
No a potem sielankowa wycieczka zostaje brutalnie przerwana. Nie wiem skąd - ale pojawia się chmura gigant. Jakoś tak nagle, jakby wyskoczyła spod ziemi. I spuszcza nam taki prysznic, że nic się nie da z tym zrobić. Nawet nie kwiknęliśmy, nie zdążyliśmy się schować pod drzewo czy skałę. Mokre jest wszystko, dosłownie ociekające. A tu zbliża się wieczór, temperatura leci na łeb na szyję... Nie mamy kilku kompletów ciepłych ubrań. Nie wysuszymy tego w busiu, gdy w dzień w porywach jest kilkanaście stopni a w nocy zero. A tu cały wyjazd przed nami. Troche szkoda się zaziębić na samiuśkim początku. Trudno, trzeba dziś wyczaić jakiś nocleg pod dachem z możliwością suszenia. Pada na Mimoń bo jest najbliżej. Doksy też jest blisko, ale nie ma tam jak dojechać bo rozdupcyli drogę. Znaleziony nocleg nie jest ani tani, ani nie wpada za bardzo w nasze klimaty. Ale jest. W Mimoniu nie ma za dużego wyboru. Poza tym ma szczelny dach (w nocy znowu ma padać) a miła babeczka jak widzi mokry ślad, który za sobą zostawiamy - to zaraz przynosi nam kilka przenośnych kaloryferów. Rozwieszamy więc gdzie popadnie nasze ociekające szmaty i jesteśmy mega szczęśliwymi ludźmi. Ufff... to udało się uniknąć zagnicia klamotów.
Nasza nadrzeczna miejscówka.
Włóczymy się wieczorem po miasteczku.
Zagadka: co łączy bubę z czeskim słupem ogłoszeniowym? :P
Idziemy na pizze, a do lokalnej speluny nie chcą nas wpuścić, bo jest tylko dla osób pełnoletnich. Nie wiem co za striptiz tam odwala leciwa barmanka, że młodzież mogłaby się zgorszyć. Owe "striptizy" są chyba jednak mało wciągające, tzn. mniej niż nasza obecność, bo z knajpy wypełza kilka osób i łazi za nami po mieście. Coś od nas chcą, ale ni chu chu nie możemy rozkminić lokalnego bełkotu po kilku głębszych. Miasteczko jest ogólnie puste, nie ma takiej rujki jak to bywa w Polsce wieczorami, że ludzie się kręcą w kółko. Czasem przemknie ktoś o skośnych oczach. Strasznie tu wszędzie dużo jakiś Chińczyków czy innych Wietnamców - w sklepach sprzedają, w barach pracują, autobusy prowadzą. Chyba są tu już od dosyć dawna, bo gęgają z miejscowymi po czesku całkiem sprawnie.
W mijanych krzakach siedzi ukryty krasnoarmiejec. Pewnie usłyszał jaki los spotkał jego kamiennych pobratymców na terenie Polski. W Czechach chyba mają wyrąbane na ten temat, ale przezorny zawsze ubezpieczony ;)
Obok wsród klombowej roślinność stoją dwa słupki z napisami "Dukla" i "Lidice". Nie wiem co te miejscowości łączy - bo są od siebie dosyć daleko.
Gęba kolesia z pomnika całkiem współgra z masowo spotykanymi na ulicach skośnookimi ;)
Napotykamy też uliczkę drewnianych domów, które ładnie się prezentują w promieniach zachodzącego słońca, które właśnie błysnęło spod chmur.
Są też komórki w skałach - popularna rzecz w tych okolicach.
cdn
bubabar
wtorek, 29 sierpnia 2023
niedziela, 27 sierpnia 2023
Wiosenne Czechy cz.1 - okolice zamku Hamrstein (2023)
We wrześniu zeszłego roku mieliśmy okazję powłóczyć się trochę po północnych Czechach. Teren nas zachwycił - głównie pustką i dogodnością biwakową. Wiosną więc znów tam wracamy - i to po części w miejsca, gdzie już byliśmy. Chcemy te najfajniejsze pokazać też kabaczkowi! Jedną z tych miejscówek jest przeprawa przez Nysę Łuzycką poniżej ruin zamku Hamrstein. Fajnie, że tu wróciliśmy. Poprzednio była zdechła pogoda - ciemno, szaro i pizgająco. Dziś wieczorne słonko oświetla okolice ciepłymi promieniami. Będzie więc miło się wozić, a i zdjęcia powinny wyjść ładniejsze :)
Droga idzie nam nieskoro. Bo to najpierw potoczek. A jak potoczek to łapki trzeba wsadzić przynajmniej po łokieć. Bez tego kontakt z potoczkiem jest niepełny.
Potem droga staje się grząska jak szlag i trzeba ją dzielić z różnymi użytkownikami. Jak można się domyślać bryzgają oni błotem na wszystkie strony. Zwłaszcza ci kopytni.
Czy może być coś piękniejszego niż wiosna??? Czy może być coś wspanialszego niż obrazek, gdy spod uschłych liści wyłazi nadzieja na lepsze jutro? Gdy wilgotny, pachnący kiełek mówi ci: "Koniec zimna i marazmu. Zaczyna się cudowny czas wędrówek, szerokiej przestrzeni i nie odmarzania nosa"!!! I masz ochotę ucałować te wszystkie kiełki razem i każdy z osobna!
Wiadukt stoi gdzie stał i robi wrażenie swoim ogromem. Dziś poznamy go lepiej! Mamy czas, nic nas nie goni.
Przywiaduktowa rura w słońcu i jaskrawych zielonościach wczesnej wiosny prezentuje się wyjątkowo przyjaźnie.
Jest i naczelny punkt programu. Główny bohater dnia dzisiejszego. Kabaczę jest zachwycone - skąd ja to wiedziałam! :) Wozimy się chyba z pół godziny. Tu i tam. Tam i nazad. W lewo i w prawo. A radosny kwik niesie się wokoło! Jak to człowiekowi mało trzeba do szczęścia! :)
Wyłazimy też na wiadukt zobaczyć jak się prezentuje świat z tej perspektywy.
Mają tu całkiem przyjemną stacyjkę. I ruch pociągów całkiem spory. Podczas naszego pobytu to kilka szynobusów śmignęło!
Wspinamy się na pobliskie wzgórze. Ostatnio nie poszliśmy do ruin zamku, więc dzis postanawiamy naprawić ten błąd.
Zamek pochodzi z XIV wieku. Jego dawni lokatorzy zajmowali się ponoć nadzorowaniem wydobycia i obróbki rud metali. Stąd też ochraniali pobliskie kopalnie. W XVI wieku budowla została opuszczona. Jak widać więc - ruiny są całkiem trwałe! :)
Obecnie ruinka zdaje się być wspaniale wkomponowana w otaczającą przestrzeń - aż momentami ciężko stwierdzić, gdzie się kończy sztuczny mur a zaczyna prawdziwa, naturalna skała. Może dlatego, że to się przenika i zazębia jak jakieś puzzle?
I co nas urzekło w tym miejscu. Wolność! Nie ma żadnych pieprzonych barierek! Tablice jakieś były, ale takie nienachalne. Każdy łazi gdzie chce. Na terenie ruin są dwa miejsca ogniskowe - jedno łatwo dostępne, drugie tylko dla orłów ;) Do wyboru do koloru.
Wędrując po tych okolicach mam często takie deja vu... Jakbym widziała Jurę z końca lat 90-tych. Te cudne ruiny zamków przyklejone do skał, owiane smugą ogniskowego dymu, zasypane liśćmi, porosłe wysoką trawą. Te wszystkie Tenczynki, Olsztyny, Bobolice, Mirowy, Smolenie, Rabsztyny... Budowle na wzgórzach otwarte dla swobodnej eksploracji, dla wspinaczki, dla biwaków, dla cieszenia się światem o każdej godzinie dnia i nocy. Bez krat, biletów, zakazów, regulaminów. Bez grupy ludzi, ktorzy zawłaszczyli te miejsca tylko dla siebie, niszcząc je dla innych.
Ale grunt, że jesteśmy tu i teraz. I że tu jest klimatycznie. Widoki z zamkowych okolic są nieco ograniczone, ale cośkolwiek można wyłuskać z krajobrazu.
Przez krzaki wpada nam też w oczy dziwna konsktrukcja. Ki diabeł? Coś na wodzie. Jakaś tama, śluza, przepompownia? To trzeba obczaić z bliska!
No więc przyszlim, obejrzelim, ale nadal nie wiemy co to dokładnie było ;)
Słońce chyli się ku zachodowi, więc wracamy do busia. Pewnie byśmy dłużej posiedzieli na wygrzanych murach zamku, ale jesteśmy jełopy i nie zabraliśmy latarek. Idziemy inną drogą, nad potoczkiem. Zaliczamy jeszcze "kąpiel" w ujściu jakiegoś źródełka. Mamy nadzieję, że nie jest to wylot kanalizacji z domów powyżej ;) Do pluskania przekonuje nas fakt, że obok jest ławeczka i wiszą kubki, tak jakby lokalsi tą wodę nieraz pijali.
Nocujemy nad potoczkiem, za mostkiem, w przydrożnej zatoczce typu "sralnik". Oto nasz super zamaskowany busio... Tylko na nadmorskiej skarpie mamy szanse się ukryć! ;)
Podejmujemy próbę obeznania jaskini naprzeciw sralnika. Ot taki kamieniołomik i szczelina. Jest krata, ale przy pewnej dozie chęci moglibyśmy sprawić, że by nie była przeszkodą. Acz jaskinia wygląda na nieco pionową, więc i tak byśmy się tam nie pchali bez lin. Z linami zresztą też nie, bo nie umiemy z nich korzystać ;)
Zaopatrujemy się też w czosnek niedźwiedzi. Czesi chodzą na niego z koszami jak na grzyby. Na całym tym wyjeździe większość parkingów zajmują właśnie owi "grzybiarze wiosenni" a cudowny aromat roznosi się wokoło.
Kolejnego dnia jedziemy spotkać się z chłopakami i wspólnie zwiedzamy poradzieckie osiedla i bunkry - o tym było już w osobnych relacjach.
cdn
Droga idzie nam nieskoro. Bo to najpierw potoczek. A jak potoczek to łapki trzeba wsadzić przynajmniej po łokieć. Bez tego kontakt z potoczkiem jest niepełny.
Potem droga staje się grząska jak szlag i trzeba ją dzielić z różnymi użytkownikami. Jak można się domyślać bryzgają oni błotem na wszystkie strony. Zwłaszcza ci kopytni.
Czy może być coś piękniejszego niż wiosna??? Czy może być coś wspanialszego niż obrazek, gdy spod uschłych liści wyłazi nadzieja na lepsze jutro? Gdy wilgotny, pachnący kiełek mówi ci: "Koniec zimna i marazmu. Zaczyna się cudowny czas wędrówek, szerokiej przestrzeni i nie odmarzania nosa"!!! I masz ochotę ucałować te wszystkie kiełki razem i każdy z osobna!
Wiadukt stoi gdzie stał i robi wrażenie swoim ogromem. Dziś poznamy go lepiej! Mamy czas, nic nas nie goni.
Przywiaduktowa rura w słońcu i jaskrawych zielonościach wczesnej wiosny prezentuje się wyjątkowo przyjaźnie.
Jest i naczelny punkt programu. Główny bohater dnia dzisiejszego. Kabaczę jest zachwycone - skąd ja to wiedziałam! :) Wozimy się chyba z pół godziny. Tu i tam. Tam i nazad. W lewo i w prawo. A radosny kwik niesie się wokoło! Jak to człowiekowi mało trzeba do szczęścia! :)
Wyłazimy też na wiadukt zobaczyć jak się prezentuje świat z tej perspektywy.
Mają tu całkiem przyjemną stacyjkę. I ruch pociągów całkiem spory. Podczas naszego pobytu to kilka szynobusów śmignęło!
Wspinamy się na pobliskie wzgórze. Ostatnio nie poszliśmy do ruin zamku, więc dzis postanawiamy naprawić ten błąd.
Zamek pochodzi z XIV wieku. Jego dawni lokatorzy zajmowali się ponoć nadzorowaniem wydobycia i obróbki rud metali. Stąd też ochraniali pobliskie kopalnie. W XVI wieku budowla została opuszczona. Jak widać więc - ruiny są całkiem trwałe! :)
Obecnie ruinka zdaje się być wspaniale wkomponowana w otaczającą przestrzeń - aż momentami ciężko stwierdzić, gdzie się kończy sztuczny mur a zaczyna prawdziwa, naturalna skała. Może dlatego, że to się przenika i zazębia jak jakieś puzzle?
![]() |
![]() |
|---|
![]() |
![]() |
|---|
I co nas urzekło w tym miejscu. Wolność! Nie ma żadnych pieprzonych barierek! Tablice jakieś były, ale takie nienachalne. Każdy łazi gdzie chce. Na terenie ruin są dwa miejsca ogniskowe - jedno łatwo dostępne, drugie tylko dla orłów ;) Do wyboru do koloru.
Wędrując po tych okolicach mam często takie deja vu... Jakbym widziała Jurę z końca lat 90-tych. Te cudne ruiny zamków przyklejone do skał, owiane smugą ogniskowego dymu, zasypane liśćmi, porosłe wysoką trawą. Te wszystkie Tenczynki, Olsztyny, Bobolice, Mirowy, Smolenie, Rabsztyny... Budowle na wzgórzach otwarte dla swobodnej eksploracji, dla wspinaczki, dla biwaków, dla cieszenia się światem o każdej godzinie dnia i nocy. Bez krat, biletów, zakazów, regulaminów. Bez grupy ludzi, ktorzy zawłaszczyli te miejsca tylko dla siebie, niszcząc je dla innych.
Ale grunt, że jesteśmy tu i teraz. I że tu jest klimatycznie. Widoki z zamkowych okolic są nieco ograniczone, ale cośkolwiek można wyłuskać z krajobrazu.
Przez krzaki wpada nam też w oczy dziwna konsktrukcja. Ki diabeł? Coś na wodzie. Jakaś tama, śluza, przepompownia? To trzeba obczaić z bliska!
No więc przyszlim, obejrzelim, ale nadal nie wiemy co to dokładnie było ;)
Słońce chyli się ku zachodowi, więc wracamy do busia. Pewnie byśmy dłużej posiedzieli na wygrzanych murach zamku, ale jesteśmy jełopy i nie zabraliśmy latarek. Idziemy inną drogą, nad potoczkiem. Zaliczamy jeszcze "kąpiel" w ujściu jakiegoś źródełka. Mamy nadzieję, że nie jest to wylot kanalizacji z domów powyżej ;) Do pluskania przekonuje nas fakt, że obok jest ławeczka i wiszą kubki, tak jakby lokalsi tą wodę nieraz pijali.
Nocujemy nad potoczkiem, za mostkiem, w przydrożnej zatoczce typu "sralnik". Oto nasz super zamaskowany busio... Tylko na nadmorskiej skarpie mamy szanse się ukryć! ;)
Podejmujemy próbę obeznania jaskini naprzeciw sralnika. Ot taki kamieniołomik i szczelina. Jest krata, ale przy pewnej dozie chęci moglibyśmy sprawić, że by nie była przeszkodą. Acz jaskinia wygląda na nieco pionową, więc i tak byśmy się tam nie pchali bez lin. Z linami zresztą też nie, bo nie umiemy z nich korzystać ;)
Zaopatrujemy się też w czosnek niedźwiedzi. Czesi chodzą na niego z koszami jak na grzyby. Na całym tym wyjeździe większość parkingów zajmują właśnie owi "grzybiarze wiosenni" a cudowny aromat roznosi się wokoło.
Kolejnego dnia jedziemy spotkać się z chłopakami i wspólnie zwiedzamy poradzieckie osiedla i bunkry - o tym było już w osobnych relacjach.
cdn
Subskrybuj:
Posty (Atom)























